Seryjny samobójca powraca

 5 Wszystkich wyświetleń,  1 dziś

Kilka miesięcy temu w areszcie na warszawskiej Białołęce rozmawiałem ze znanym gangsterem. Chciałem poznać jego zdanie na temat tego, czy jest możliwe, aby służby – pod przykrywką samobójstwa – zlikwidowały niewygodnego więźnia.

Mój rozmówca zdecydowanie temu zaprzeczył: „To nie jest realne. Zbyt wiele osób musiałoby być w to zaangażowanych. Jeden klawisz nie zdołałby przeprowadzić takiej operacji.  Musiałoby w to być wtajemniczonych kilka osób, a może też jacyś więźniowie.  To byłoby za bardzo ryzykowne”.

 Pytałem o to w kontekście tajemniczych zgonów morderców Krzysztofa Olewnika i mój rozmówca nie do końca mnie przekonał. Choć niewątpliwie  jego wiedza o realiach życia w więzieniach jest  ogromna.

W pierwszych dniach sierpnia przypomniałem sobie tę rozmowę, gdy w mediach pojawiła się informacja, że w celi aresztu na Białołęce  powiesił się bokser Dawid Kostecki, znany też jako  „Cygan”. Ten 38-latek był karany za pobicie, założenie i współkierowanie grupą przestępczą, pranie brudnych pieniędzy, wyłudzanie podatków, legalizację kradzionych samochodów. Zajmował się też sutenerstwem, w jego agencjach towarzyskich zatrudniane były osoby małoletnie. Często dochodziło wobec nich do przemocy.

Takich osób nie lubi się więzieniach. Do tego, Kostecki jako Cygan nie mógł grypsować. Zatem był na marginesie więziennej społeczności. Nie był akceptowany i zapewne był prześladowany. To tylko niektóre przesłanki wskazujące, że miał motyw, aby odebrać sobie życie. Zwrócił na to mimowolnie uwagę jeden z jego adwokatów, kreśląc portret  psychologiczny samobójców: „Na ogół to są działania związane z określoną sytuacją, albo z określonym portretem psychologicznym osoby, która jest nieakceptowana, która nie może znaleźć wyjścia (…)”. Nie da się ukryć, że  Kostecki nie był lubiany na Białołęce.

Polubiła go natomiast opozycja, wyciągając na sztandary w walce z obecnym rządem, któremu przypisuje się dokonanie zbrodni na tym pospolitym przestępcy.  Domagano się nawet powołania w tej sprawie komisji śledczej. Szum medialny w sprawie śmierci tego bandyty  nie ustępuje do dziś.

Tymczasem kilka dni po samobójstwie Kosteckiego w więzieniu we Wrocławiu znaleziono ciało Brunona Kwietnia. Ten 52-latek, były pracownik naukowy Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, odsiadywał karę 9 lat pozbawienia wolności za rzekome planowanie zamachu bombowego na sejm.  W „grupie zamachowej” Kwietnia było kilku funkcjonariuszy ABW, którzy nakłaniali go do przeprowadzenia zamachów, lecz on się od tego uchylał. Niewiele mu to pomogło.

Poprzednia ekipa rządowa zapowiadała bowiem poważną reorganizację tej służby oraz ograniczenie jej śledczych i procesowych uprawnień. Wiązało się to oczywiście z redukcją etatów. Dlatego „należało” udowodnić, że ABW jest niezbędne dla bezpieczeństwa państwa. Postanowiono to wykazać, wrabiając Kwietnia w planowanie zamachu.

Tak na ten temat Brunon Kwiecień opowiadał mi w 2017 roku w areszcie w Pińczowie: „W tym czasie był już gotowy projekt ustawy o służbach specjalnych, która zmniejszała ich kompetencje śledcze oraz redukowała liczbę pracowników. I to była ustawa, która w momencie, gdy ja zostałem aresztowany, została wycofana z Sejmu. Jest to bardzo silny motyw. Operacja, którą ze mną przeprowadzili, miała wykazać, że oni są potrzebni państwu polskiemu. Zobaczcie, w Polsce istnieje zagrożenie terrorystyczne, a my wykryliśmy właśnie niebezpiecznego zamachowca, który chciał wysadzić sejm wraz z prezydentem, premierem i wszystkimi politykami! Dla nich byłem dobrym kandydatem na kozła ofiarnego z tego względu, że interesowałem się materiałami wybuchowymi, zresztą studia robiłem też w tym kierunku na Politechnice Warszawskiej. Interesowałem się też militariami, miałem też dość radykalne poglądy polityczne, co nie było bez znaczenia (…)”.

W pierwszej instancji Kwiecień został skazany na 13 lat pozbawienia wolności.  Sąd Apelacyjny zamienił mu wyrok na  9 lat. Choć naukowiec nie dopuścił się żadnej zbrodni. Był jedynie do niej namawiany, a osoby, które to robiły, uniknęły odpowiedzialności.

Zapytałem też Brunona Kwietnia, czy czuje się zagrożony. Odpowiedział: „W tej chwili nie, ale wszystko jest możliwe. Może zdarzyć się taka sytuacja. W każdym razie ja na pewno nie mam zamiaru popełnić samobójstwa. Mam dla kogo żyć”.

Gdy z nim rozmawiałem, nie skarżył się na problemy ze zdrowiem. Jak mówił, nie miał też żadnych problemów ze współwięźniami.

Wkrótce miał szansę wyjść na wolność, gdyż starał się o warunkowe, przedterminowe zwolnienie. I to mogło bardzo niepokoić osoby, które sprawiły, że znalazł się za kratami. Obawa przed obnażeniem  całej prawdy o prowokacji z rzekomym zamachem, mogła Kwietnia kosztować życie.

 Jednak budząca wiele wątpliwości śmierć człowieka skazanego jedynie za zbrodnię  w myślach, nie zainteresowała mediów i polityków.  Została właściwie przemilczana. Moim zdaniem celowo.

Janusz Szostak

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*