Przeprosiła za zabójstwo córek

 19 Wszystkich wyświetleń,  1 dziś

Matka zabiła dwie córki. Potem chciała popełnić samobójstwo. Nie wiadomo, co skłoniło kobietę do tak makabrycznego czynu. Prawdopodobnie przyczyną zachowania 32-letniej kobiety było załamanie psychiczne lub zazdrość wobec partnera i ojca jednej z zamordowanych dziewczynek.

 Tego ranka Natalia W. wyrzuciła z domu wszystkich dorosłych. Najpierw konkubenta, a potem swoją babcię, która od kilku dni pomagała jej w opiece nad dziećmi.

Mężczyznę feralnego dnia „wyprosiła” z mieszkania, trzymając nóż w dłoni.

 – Nie chciałem kłótni i wyszedłem – opowiadał o incydencie, zeznając przed sądem Wojciech Ż.

Poszedł więc do rodziców, bo wrócił po nocnej zmianie w kopalni i chciał się przespać.

Fatalny poranek

Dokładnie pamięta to babcia oskarżonej Lucyna P., która przed Sądem Okręgowym w Legnicy opowiadała o wydarzeniach tragicznego dnia, między innymi, gdy Natalia W. trzymała nóż w ręku i wyrzucała konkubenta za drzwi.

– Miała zaciśnięte usta, obłędny wzrok – zeznała przed sądem Lucyna P., wspominając to zdarzenie.

Ale chyba jeszcze gorzej ostatnie godziny przed tragedią doświadczyły ją, niemal osiemdziesięcioletnią, schorowaną kobietę.

Bowiem kiedy poprzedniego dnia wieczorem konkubent Natalii W. poszedł do pracy na nocną zmianę, kobieta wepchnęła staruszkę do jednego z pokoi w mieszkaniu i zamknęła ją tam na klucz. Mimo że ta pukała w ścianę i prosiła, żeby ją wypuścić, Natalia W. była nieubłagana.

Wypuściła babcię z domowego więzienia dopiero rano. I chyba tylko dzięki temu Lucyna P. zobaczyła, jak rano mężczyzna przyszedł z pracy, a następnie oskarżona pozbyła się go, właśnie stojąc w przedpokoju z nożem w dłoni.

Wobec niej zaczęła się zachowywać agresywnie po wyrzuceniu konkubenta. I długo nie czekając, wypchnęła starszą kobietę z mieszkania na zewnątrz.

 – Chciałam się pożegnać z dziećmi, ale mi nie pozwoliła – opowiadała przed sądem babcia oskarżonej.

I wtedy w mieszkaniu przy ulicy Cedrowej w Lubinie (woj. dolnośląskie) rozegrały się dramatyczne wydarzenia.

Kobieta zaatakowała nożem swoje dwie córki: 13-miesięczną Laurę i 12-letnią Emilię.

Potem próbowała popełnić samobójstwo i powiesić się, ale jak sama wyjaśniała w trakcie śledztwa Natalia W. –  Nie udało się.

Nikt nie otwierał

Gdy po wyrzuceniu z mieszkania Lucyna P. znalazła się na bruku i w obcym mieście, postanowiła pójść szukać pomocy do pobliskiego kościoła.

Gdy tam szła, spotkała na spacerze drugą babcię dziewczynek – matkę konkubenta. Ta zaprosiła ją do siebie, żeby odpoczęła. Tam zaczęły rozmawiać, analizować, co się stało i co dalej począć z taką sytuacją.

Nie wiedziały, co mają zrobić, dlatego postanowiły obudzić syna śpiącego po nocnej zmianie i wysłać go znowu do mieszkania, gdzie była Natalia W. z dziewczynkami.

Mężczyzna, choć zmęczony szychtą w kopalni, poszedł. Jednak nie dostał się już do środka, chociaż pukał, dzwonił, prosił o rozmowę, wysyłał sms-y do oskarżonej, żeby go wpuściła.

Wrócił więc do mieszkania swoich rodziców. Wtedy zaniepokojeni pogarszającą się sytuacją dziewczynek, wspólnie postanowili poprosić o wsparcie pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej.

Niestety na działanie i pomoc dziewczynkom było już zbyt późno.

Kiedy po rozwierceniu zamka w mieszkaniu konkubent razem z pracownikami MOPS i policją wszedł do domu, na kanapie leżały dziewczynki. Laura już nie żyła, a Emilii próbowali pomóc lekarze. Została natychmiast przewieziona do szpitala przez pogotowie ratunkowe.

Oskarżona z obrażeniami ciała znajdowała się w przedpokoju.

Niestety jeszcze tego samego dnia, mimo prób ratowania starszej dziewczynki przez lekarzy w szpitalu, zmarła także ona.

 – Nie przeszło mi przez myśl, że mogłaby zrobić to, co zrobiła – stwierdził Wojciech Ż. – Jest to dla mnie niewytłumaczalne.

Zabiła własne dzieci

Prawdopodobnie jedno z najtrudniejszych zadań w czasie pierwszego dnia procesu miał Marek Bartosiewicz, prokurator oskarżający kobietę.

Musiał bowiem w trakcie odczytywania aktu oskarżenia wymienić obrażenia, jakie Natalia W. spowodowała nożem, gdy zadawała ciosy swoim córkom.

Trzynastomiesięczna Laura miała rany cięte i kłute szyi, twarzy i tułowia, przecięte drogi oddechowe i tętnice, oraz rany pleców. Dwunastoletnia Emilia miała aż 3  rany kłute oraz 7 ran ciętych m.in. w okolicy serca, płuc i tętnic.

Po takich wyliczeniach musiał sucho stwierdzić: – Materiał dowodowy zgromadzony w trakcie śledztwa pozwolił na ustalenie stanu faktycznego i przedstawienie aktu oskarżenia.

Kolejny wstrząs wzbudził na sali rozpraw fakt, iż Emilia miała się samookaleczyć, co wynika z opinii biegłych, którzy w czasie sekcji zwłok stwierdzili tego rodzaju obrażenia na przedramieniu dziewczynki.

Jednak nikt z najbliższej rodziny tego nie zauważył.

Zdaniem Prokuratury Rejonowej w Lubinie wina kobiety jest bezsporna. Tym bardziej, że w czasie śledztwa, składając zeznania do protokołu, aż dwa razy przyznała się do winy.

Nie potrafiła jednak podać powodów swojego działania.

Jak podkreśla Prokuratura: – 23 stycznia 2018 roku w Lubinie, w mieszkaniu przy ulicy Cedrowej, działając w zamiarze bezpośrednim pozbawienia życia, zadawała Laurze i Emilii uderzenia nożem w różne części ciała, czym spowodowała u Laury obrażenia ciała w postaci ran kłutych i ciętych, skutkiem czego doszło do zgonu na miejscu, zaś u Emilii spowodowała obrażenia w postaci ran kłutych i ciętych, skutkiem czego doszło w tym samym dniu do jej zgonu w szpitalu.  

 – Bardzo żałuję i przepraszam całą rodzinę. Nie chciałam tego – powiedziała oskarżona przed sądem w trakcie pierwszej rozprawy.

Problemy psychiczne?

33–letnia, bezrobotna Natalia W. od wielu miesięcy mieszkała w Lubinie wraz z córkami i konkubentem, który był ojcem młodszej dziewczynki – Laury. Niestety od pewnego czasu między partnerami dochodziło do konfliktów, głównie z powodu zazdrości Natalii W. o konkubenta.

Sąd próbował wyjaśnić okoliczności i przebieg rodzinnego dramatu, choć oskarżona nie chciała zeznawać w tracie pierwszego dnia procesu.

Dlatego sędzia Witold Wojtyłło odczytał jej zeznania składane wcześniej w prokuraturze, w czasie śledztwa.

W prokuraturze oskarżona wyjaśniała między innymi, że konkubent chciał jej odebrać młodszą córkę i spowodować, aby starsza trafiła do ojca.

Z zeznań oskarżonej wynikało też, że konkubent miał ją zastraszać, znęcać się psychicznie, nadużywać alkoholu i także w przeddzień tragedii był pijany. Wszystkiego miał się czepiać i wszystko miało mu przeszkadzać.

Jednak Wojciech Ż., konkubent oskarżonej kobiety zaprzeczył tym zeznaniom, gdy sam składał wyjaśnienia przed sądem: – Myślę, że układało się nam dobrze, oboje byliśmy po przejściach. Natalia dbała o dom i Emilię, potem zdecydowaliśmy się na wspólne dziecko. Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu, odkładaliśmy pieniądze, planowaliśmy kupić własne. Dzieciom krzywda się nie działa. To, co powiedziała oskarżona, że znęcałem się nad Emilią, nie jest prawdą – podkreślał mężczyzna.

Przed fatalnym zdarzeniem mężczyzna pojechał jeszcze na ferie z córką z pierwszego małżeństwa, choć jak dodał, mieli jechać wszyscy razem.

 – Chciałem, żebyśmy pojechali razem, wspólnie, potem chciałem zabrać dziewczynki, Emilię i swoją córkę, ale Natalia odmówiła – opowiadał Wojciech Ż.

Dzień wcześniej do domu oskarżonej i jej partnera przyjechała karetka pogotowia, bo kobieta źle się czuła.

Jak zeznawała jej babcia, oskarżona nie potrafiła się uspokoić, chodziła, kręciła  się w kółko. Kobieta zauważyła, że Natalia W. była nerwowa. Mówiła, że ją podsłuchują, śledzą, szpiegują.

 – Źle się zachowywała, nie tak, jak zawsze. Cały świat był przeciwko niej – opowiadała babcia oskarżonej.

Właśnie wieczorem przed tragedią lekarz pogotowia ratunkowego po badaniu zlecił skierowanie kobiety do psychiatry ze względu na objawy choroby psychicznej.

Natalia W. zgodziła się. I razem z partnerem, po jego powrocie z nocki w pracy, mieli iść do lekarza. Ale już rano odmówiła, twierdząc, że jest zdrowa.

Jak zaznacza prokuratura, przeprowadzono obserwację psychiatryczną stanu zdrowia psychicznego, czy w czasie popełnienia zarzuconej zbrodni kobieta była poczytalna. Z wydanej na podstawie obserwacji psychiatrycznej opinii biegłych lekarzy psychiatrów i psychologa wynika, że była poczytalna. Nie rozpoznano u niej choroby psychicznej i innych zakłóceń psychicznych znoszących lub ograniczających w znacznym stopniu poczytalność. Zdaniem biegłych motywacja czynu Natalii W. nie miała charakteru chorobowego.

Inne złe sygnały

 Wydaje się, że także wyjaśnienia Krzysztofa W., pierwszego męża oskarżonej, wskazują na przyczyny dramatu: – Poznaliśmy się, gdy miałem osiemnaście lat, potem zaczęło się wszystko psuć, bo skacząc na główkę do wody, złamałem kręgosłup. Po rekonwalescencji wzięliśmy ślub cywilny, ale potem wszystko się posypało, płaciłem alimenty do ręki, ale Natalia utrudniała mi kontakty z córką i dopiero sąd ustalił widzenia z dzieckiem.

Również on zauważył niepokojące sygnały docierające z domu dziecka, bo córka nie była sobą, nie była wesoła. A w jednej z rozmów powiedziała mu: – Z mamą jest coś nie tak.

Krzysztof  W. przygotowywał się także do zabrania dziewczynki do siebie, bo matka powiedziała jej kiedyś, żeby szła mieszkać do ojca.

 – Dlatego remontowałem dla niej pokój w swoim mieszkaniu – zaznaczył mężczyzna.

W podobnie niepokojącym tonie zabrzmiały zeznania Wiesławy Ż., drugiej babci dziewczynek – matki konkubenta oskarżonej.

 – Jak się im układało, nie wiem, bo nie byłam tam częstym gościem. Czułam barierę.

Dlatego żeby częściej oglądać wnuczkę, musiała spotykać się z synem, gdy on wychodził z nią na spacery. Zaś dzień przed tragedią dostała od Emilii sms-a, żeby przyjść, bo „Z mamą coś się dzieje”. Kobieta jednak nie poszła, bo w domu z dziewczynkami była druga babcia, do której oskarżona miała większe zaufanie.

 – Wiem, jestem tu w sprawie wnuczki morderczyni. Co tu dodać, zabiła dzieci i tyle – mówiła z płaczem babcia oskarżonej, składając zeznania przed sądem. A wychodząc z sali rozpraw, dodała: – Widzisz, co żeś nam zrobiła, a ja ciebie tak słuchałam.

Sąd uznał Natalię W. winną obu zabójstw i wymierzył jej karę dożywotniego więzienia. Kobieta będzie mogła ubiegać się o warunkowe zwolnienie najwcześniej po 30 latach odbywania kary.

Artur Kowalczyk

 Fot. Artur Kowalczyk

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*