BANDYTĘ ZGUBIŁ WŁOS

 Rozwój nauki i techniki cały czas nas zadziwia. To, co kiedyś było możliwe tylko w filmach SF, teraz dzieje się w rzeczywistości. Nauka ma wpływ na wszystkie dziedziny naszego życia. Dotyczy również policji. Boleśnie przekonał się o tym mieszkaniec Poznania, któremu aż 16 lat udawało się uniknąć kary za napad rabunkowy i postrzelenie dwóch osób.

Był ciepły lipcowy wieczór 2002 roku. Maciej Ł. właściciel kilku kiosków zlokalizowanych w Poznaniu, przyjechał na ulicę Murawa, by jak co dzień odebrać utarg. Nie były to wielkie sumy, nie spodziewał się, że może stać się celem ataku bandyty. Jednak życie pokazuje, że przestępcy kierują się zupełnie inną logiką. Dla nich często niewielka suma okazuje się warta zorganizowania napadu, jakie znamy z filmów sensacyjnych.

Handel to ciężka działka, wielkie galerie handlowe i markety dały się we znaki drobnym sklepikarzom. Maciej Ł. liczył się z każdą złotówką. Nie stać go było na wynajęcie firmy ochroniarskiej, by profesjonalni i wyszkoleni konwojenci odbierali pieniądze z dziennego utargu.

Trafieni w brzuchy

Przedsiębiorca wyszedł z kiosku i szybkim krokiem szedł w kierunku zaparkowanego auta. Otworzył drzwi i wtedy podbiegł do niego nieznajomy mężczyzna i przystawiając mu pistolet do głowy, zażądał wydania pieniędzy. Maciej Ł. czuł, jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa, czuł zimny dotyk metalu na karku i nie potrafił pogodzić się z myślą o utracie pieniędzy. Błyskawicznie przeliczył w myślach straty, zdenerwował się strasznie i chyba świadomość głupiego błędu, jaki popełnił rezygnując z ochrony, zmusiła go do działania.

Zobaczył wycelowany w siebie pistolet i bandytę skrytego pod mocno naciągnięta na głowę czapkę. Broń wydawała się prawdziwa, jednak w prasie ostatnio czytał tyle artykułów o napadach z atrapami pistoletów, że postanowił się bronić. Rzucił się na napastnika i mocnym uderzeniem odrzucił dłoń z bronią. Wywiązała się szarpanina, bandyta nie odpuszczał. Krzyki zaalarmowały sprzedawcę z kiosku, który go zamknął i bez namysłu ruszył na pomoc. Razem udało się im wepchnąć bandytę do auta. Wtedy padły pierwsze strzały. Maciej Ł. został trafiony w brzuch oraz udo. Odniesione rany były poważne, nie miał już sił do walki. Drugi mężczyzna został postrzelony w brzuch. Obaj osunęli się na ziemię przy samochodzie. Bandyta wyrwał torbę z pieniędzmi. Widząc, że jest już po walce, połasił się jeszcze na radio samochodowe, a właściwie sam panel sterujący.
Dopiero wtedy zdecydował się na ucieczkę. Policjanci analizując napad, zastawiali się, czy mają do czynienia z amatorem, który kradnie wszystko, co wpadnie mu pod ręce, czy też zawodowcem umiejącym zachować zimną krew. Sprawca na miejscu zdarzenia pozostawił wiele śladów, znaleziono części jego garderoby, które zgubił podczas szamotaniny. Był także rysopis, a nawet portret pamięciowy sporządzony przez policyjnego rysownika. Dlatego śledczy sądzili, że bandytę szybko dopadną. Jednak śledztwo stanęło w miejscu. Bandyta nie zdecydował się na kolejny podobny napad. Akta sprawy trafiły do archiwum, a śledztwo zostało 31 grudnia 2002 roku umorzone. Nieznany sprawca mógł Sylwestra świętować spokojnie. Postrzeleni mężczyźni trafili do szpitala. Rany nie okazały się groźne i szybko wracali do zdrowia.

Kłótnia sąsiedzka

Wojciech K. i Leokadia S. mieszkali na poznańskich Podolanach, byli sąsiadami. Przez lata żyli w zgodzie i przyjaźni. Jednak sąsiedzka idylla w końcu się skończyła. Tak naprawdę nikt nie wiedział, o co się pokłócili. W takich sytuacjach czasem wystarczy niewielka iskra i wybucha prawdziwy pożar. Sąsiedzi, zamiast się dogadać, odpuścić, przebaczyć, brnęli w coraz większy konflikt. Były wyzwiska, krzyki, groźby, drobne złośliwości.


Tu, na poznańskich Winogradach, Krzysztof O. strzelał 16 lat temu
Fot. Przemysław Graf

Najpierw pan Wojciech zainstalował kamery na budynku, ale zamiast obserwować otoczenie swojego domu, obiektywy skierował na posesję sąsiadki. Odtąd obserwował każdy jej ruch. Przy każdej okazji krytykował jej zachowanie. Straszył, że na wszystko ma dowody, ponieważ nagrywał zapis z kamer. Leokadia S. nie chciała pozostać w tyle i też zainstalowała monitoring. Sąsiedzki „Big Brother” szybko zmierzał w stronę filmu sensacyjnego.

Wojciech K. nie zamierzał odpuścić. W jego głowie coraz częściej pojawiały się pomysły ostatecznego rozwiązania konfliktu.

– Stary babsztyl musi być ukarany. Przekona się, że nie warto ze mną zaczynać – mówił ze złością, kiedy nikt go nie słyszał. Najchętniej sam by jej pokazał, gdzie raki zimują, sprał na kwaśne jabłko, ale brakowało mu odwagi. Bał się również, że podejrzenia od razu doprowadzą policję do niego. Dlatego obmyślił genialny plan. Wykonanie go zlecił znajomemu.

Podejrzany wypadek

Był początek 2016 roku. Leokadia S. wyszła ze szpitala MSWiA w Poznaniu i poszła w kierunku przystanku autobusowego. Doskonałe znała ten region i wiedziała, że ulica nie należy do zbyt ruchliwych. Przed wejściem na pasy spojrzała w lewo, potem w prawo i zdecydowanym krokiem weszła na jezdnię. Nie usłyszała pisku opon ani trąbienia. Przed uderzeniem zapamiętała tylko ryk silnika wkręcanego na wysokie obroty. Potem straciła przytomność.

Wypadek był poważny. Kobieta w ciężkim stanie trafiła do szpitala.

Zdarzenie początkowo wyglądało jak zwykły wypadek. Chwila nieuwagi, zbyt duża prędkość i tragedia gotowa. Jednak kilka szczegółów wyglądało dziwnie. Przede wszystkim brak śladów hamowania i zeznania świadków, wskazujące że samochód chwilę przed wypadkiem stał na poboczu. Potem ruszył z wielkim przyspieszeniem. Za kierownicą siedział Krzysztof O. Już podczas wstępnego przesłuchania zachowywał się bardzo dziwnie, odpowiadał niechętnie, kluczył, denerwował się. Policjanci postanowili go przycisnąć. Wtedy Krzysztof O. przyznał się, że nie był to zwykły wypadek i ofiarę również nie wybrał przypadkowo. To Wojciech K. zlecił potrącenie sąsiadki, z którą był w konflikcie. Obaj zeznawali, że chodziło o potrącenie, a policja przypuszczała, że mogła być to próba zabójstwa.

Leokadia S. doznała poważnych obrażeń. Wypadek mógł zakończyć się tragicznie. Pacjentka w szpitalu spędziła kilka tygodni. Potem czekał ją długi okres rehabilitacji. Tymczasem Krzysztof O. trafił za kraty.

Sensacyjna wiadomość

W 2017 roku policjanci ponownie wrócili do sprawy sprzed lat. Jeszcze raz zostały przebadane ślady znalezione na miejscu napadu na ulicy Murawa. Z włosa znalezionego na czapce bandyty udało się wyodrębnić kod DNA. Dane trafiły do komputerowego systemu. To był strzał w dziesiątkę, policjanci byli zaskoczeni, ponieważ sprawcą okazał się mężczyzna, który od kilku miesięcy był już w ich rękach. Został zatrzymany w sprawie umyślnego potrącenia Leokadii S.

Jednak prokurator miał mały problem. Żeby ślady DNA znalezione na miejscu napadu mogły być przedstawione w sądzie, potrzebna była zgoda Krzysztofa O. na pobranie próbek. Zatrzymany w sprawie wypadku był pewien, że policja w żaden sposób nie skojarzy go z napadem sprzed 16 lat. Zgodził się na pobranie próbek do sprawy z potrąceniem. Chciał pokazać, że nie ma nic do ukrycia i nie kłamie podczas zeznań.

Powtórne badania wykazały, że to Krzysztof O. strzelał na poznańskich Winogradach 16 lat temu. Właściciel sklepu i sprzedawca, choć upłynęło wiele lat, na okazaniu bez problemu rozpoznali sprawcę.

Krzysztof O. został tymczasowo aresztowany, za kratami czeka na dwa procesy. Odpowie za usiłowanie zabójstwa właściciela kiosku oraz jego pracownika, a także kradzież około 15 tysięcy złotych. Tyle wtedy udało mu się zrabować. Jednak odzyskanie pieniędzy może być trudne, ponieważ zatrzymany nie ma żadnego majątku. W drugim procesie będzie odpowiadał za przyjęcie zlecenia na potrącenie kobiety.

Krzysztof O. może usłyszeć wyrok dożywocia.

Przemysław Graf

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*