BOSS BEZ PODSTAWÓWKI

fot. Przemysław Graf

 Każdego dnia kilkudziesięciu emerytów odbiera telefony od „wnuczkowej mafii”. Oszuści podają się za krewnych w potrzebie, albo policjantów prowadzących tajne śledztwo wymierzone w zmyślone grupy przestępcze. Proszą o pieniądze. Seniorzy przekazują ogromne sumy, wierząc, że działają w słusznej sprawie. Tylko w 2018 roku było 3476 takich osób, straty wyniosły blisko 57 milionów złotych. Grupy polskich oszustów działają także w Niemczech. Pomysłodawcą metody „na wnuczka” jest Arkadiusz Ł. „Hoss”.

 

Materiał procesowy, który przekonał niemieckich i polskich śledczych, nie przekonywał Arkadiusza Ł. ani jego obrońców. Pierwszy protokół przesłuchania „Hossa” zawiera wzruszającą wręcz historię uciśnionego przez złych śledczych przedstawiciela mniejszości etnicznej. Swoją rolę zaczął odgrywać już na korytarzu w prokuraturze, gdzie siedział w towarzystwie policjantów i łkał.

Śledczy przyglądali się ze zdziwieniem tłuściutkiemu Cyganowi w obstawie. Nie mogli uwierzyć, że właśnie tak wygląda słynny boss wnuczkowej mafii, na którego od lat polowała niemiecka policja.

Zatrzymanie „Hossa” w jego mieszkaniu na ulicy Żelaznej w Warszawie
fot Komenda Stołeczna Policji

Myślę, że on czuł się w Polsce bezpieczny, uważał, że jest nie do ruszenia. Pamiętam, jak zapytał, czemu się go czepiamy, bo on do polskich emerytów nie dzwoni – opowiadał mi prokurator Wojciech Smoleń.

Zanim śledczy wysłuchał wersji wydarzeń „Hossa”, musiał uzyskać od niego oczywiste informacje. Rozbieżności pojawiły się już przy pytaniu o wzrost i kolor oczu, które Ł. inne miał w dowodzie osobistym (piwne), a inne w pamięci (brązowe). Nie można jednak wykluczyć, że wszystko pomyliło mu się ze stresu albo przez chore serce.

Chorowity oszust

Arkadiusz Ł. urodził się 6 lutego 1968 roku w Jaworznie; w maju 2014 był zameldowany w Poznaniu, ale ulica wpisana do dowodu także nie pokrywała się z tą, którą podał do protokołu. Potwierdził, że od lat żyje w Warszawie, mieszka przy Żelaznej 67, ma polskie obywatelstwo, a edukację zakończył na poziomie 2 klasy szkoły podstawowej. To by tłumaczyło fakt, że jako jeden z nielicznych Romów podejrzanych w tym śledztwie potrafił czytelnie się podpisać.

„Hoss” oświadczył prokuratorowi, że wziął ślub według zwyczaju cygańskiego i nie ma na to dokumentów, formalnie jest kawalerem. Ciekawe jest też, co powiedział o swoich dzieciach.

Podczas procesu Arkadiusza Ł. „Hossa”w Poznaniu
Fot. Przemysław Graf

„Daria w wieku około 20 lat, Roman w wieku około 20 lat, Marcin w wieku chyba 22 lata i Piotrek w wieku chyba 19 lat. Wszystkie dzieci są na moim utrzymaniu, tzn. moim i żony”– czytam w dokumentach.

– Zawód wyuczony?

– Brak – stwierdza. Choć niektórzy śledczy twierdzą, że gdy jako nastolatek zaczynał od handlu dywanami, poznał psychologiczne triki i nauczył się manipulować ludźmi, co zrobiło z niego arcyoszusta.

– Miejsce pracy?

Nie pracuję, pomagają mi ludzie, moja rodzina, siostry, bracia. Moja mama w Niemczech sprzedała dom za milion marek i ma pieniądze, z nich utrzymuje się moja rodzina. Matka mi pomaga, ponieważ jestem chory. Miejsce poprzedniej pracy?

Czasem myłem samochody i z tego się utrzymywałem.

– Karalność?

– Ja nigdy nie byłem karany. Zostałem skazany przez Sąd Rejonowy w Poznaniu na karę grzywny, ale nie pamiętam jaką, nie musiałem płacić, bo areszt został zaliczony na grzywnę, wyrok był za posłużenie się fałszywym dowodem osobistym.

Leczył się pan na coś? – pyta prokurator.

Ten wątek „Hoss” rozwija bardzo chętnie. Opisał swoje problemy psychiczne ujawnione przez lekarzy z Poznania. Oświadczył, że cierpi na chorobę, która nie pozwala mu usiedzieć w jednym miejscu, oraz że choruje na serce. Pierwszy zawał miał ponoć w 2007 roku, czyli jako niespełna 40-latek. Mówił też, że boi się dalszych diagnoz i badań, ma złe przeczucia, że od dzieciństwa cierpi na astmę i gdy się zmęczy, albo gdy jest zamknięte okno, musi wziąć „taką pompę”.

Jak zostałem zatrzymany dla Niemców, to przebywałem rok czasu w areszcie śledczym, początkowo w Bytomiu, gdzie stwierdził lekarz, że jestem symulantem, i wsadzono mnie do więzienia – wyznał.

W końcu ktoś miał uznać, że boss musi opuścić areszt, bo „grozi mu śmierć”. Dodał, że 3-4 tygodnie przed zatrzymaniem miał kolejny zawał i ledwo uszedł z życiem. Prokurator Wojciech Smoleń odnotował, że w tym momencie „Hoss” zaczął płakać. Z tego, co udało mi się ustalić, do lamentu dodał rzucanie się na kolana i błaganie o litość. Opowieść o złym stanie zdrowia i słabym sercu miały chyba wzruszyć przesłuchującego, ale akurat ten najwyraźniej miał serce z kamienia.

Luksusowy mercedes „Hossa” ląduje na policyjnej lawecie fot Komenda Stoleczna Policji

Wywody „Hossa” na temat zdrowia stanowią zdecydowaną większość majowego protokołu. Do zarzutów działania w zorganizowanej grupie przestępczej i dziewięciu wyłudzeń metodą „na wnuczka” Arkadiusz Ł. się nie przyznał. Twierdził, że jest niewinny. Zapewniał, że nie byłby w stanie oszukać niemieckojęzycznego emeryta, bo nie mówi w tym języku zbyt dobrze, mimo że mieszkał tam od 1976 do 2001 roku.

Słabe serce  i mocne imprezy

Przesłuchujący „Hossa” prokurator wiedział, z kim będzie miał do czynienia i do jakich sztuczek spróbuje uciekać się podejrzany. Jeden z kryminalnych z Hamburga został w tej sprawie przesłuchany jako świadek – opowiedział wówczas o ustalonym przez tamtejszych śledczych stanie zdrowia wnuczkowego bossa.

„Hoss” wielokrotnie wspomina, że ma dolegliwości sercowe. Na podstawie podsłuchu stwierdzono jednak, że nie zachowuje się jak osoba, która cierpi na chorobę kardiologiczną. Wnioskuję, że albo w ogóle nie ma takich dolegliwości, albo nie są one zbyt poważne – stwierdził jeden z policjantów.

Z podsłuchanych rozmów wynika, że „Hoss” nie stronił od alkoholu. W kwietniu „Adam” opowiadał szwagrowi „Remkowi” o imprezie, na której pobiło się kilku Cyganów. „Hoss” planował osobiście spuścić im lanie, ale zdążyli się rozbiec.

Z kolei 21 lipca sam boss opowiadał „Remkowi”, że był gościem honorowym na jakimś cygańskim festiwalu 250 km od Warszawy, na który pojechał autem kompletnie pijany, a wracał po jeszcze większej dawce alkoholu. Arkadiusza Ł. rozpierała duma, bo gdy tylko pojawił się na imprezie, wszyscy wstali i oklaskiwali go. Film z tego festiwalu przez jakiś czas był dostępny w sieci, pokazywali go sobie Cyganie.

24 lutego 2013 „Hoss” mówi do „Remka”, że idzie na trening, bo chciałby schudnąć, by mieć na brzuchu kaloryfer. Opowiada również, że na siłownię przyszła jego żona, by go sprawdzić.

Z kolei 9 listopada „Remek” ledwo mógł się dogadać z „Hossem”, bo ten całą noc spędził w kasynie. W sylwestra 2013 roku chwalił się przez telefon, że pije najlepszego szampana, a później idzie w smokingu na bal.

‒ Te wypowiedzi jednoznacznie wykluczają chorobę serca w przypadku „Hossa”– ocenił niemiecki funkcjonariusz.

Ale to nie były jedyne dowody na prawdopodobnie zmyślone dolegliwości.

Żółte papiery na każdą okazję

W jednym z podsłuchów ze stycznia 2014 roku jest mowa o tym, że „Hossa” czeka rozprawa sądowa. Jego żona Sylwia dzwoni do Jerzego K. „Lolka” i mówi, że trzeba zdobyć i przygotować dokumentację choroby. „Lolek” ma porozmawiać o tym z niejakim Babaczem. W kolejnej rozmowie Sylwia zapewnia swoją matkę, „Kukę”, że „Hoss” będzie miał żółte papiery, na podstawie których w każdej chwili zostanie przyjęty do szpitala. Ta rozmowa ma miejsce na cztery miesiące przed akcją na Żelaznej. W ten sposób „Hoss” zabezpiecza się na wypadek czynności policyjno-prawnych ze strony polskich organów ścigania, by w obliczu jakichkolwiek sankcji udowodnić swój zły stan zdrowia. „Hoss” nie wspomina w rozmowach objętych podsłuchem o żadnych schorzeniach, jednak chce być w posiadaniu zaświadczeń, które upozorują istnienie poważnej choroby bądź niezdolność do odbycia kary pozbawienia wolności – uznał niemiecki śledczy.

Policja miała także nagranie z 30 grudnia 2012 roku, w którym „Hoss” opowiada innemu Romowi, że gdy siedział w styczniu 2008 roku w areszcie, przekupił pięciu lekarzy medycyny sądowej, oferując im po 20 tysięcy dolarów, aby uznali go za niezdolnego do odbycia kary pozbawienia wolności. Jeśli rozmowa została dobrze przetłumaczona, wynika z niej, że „Lolli” wsiadł zimą w swoje ukochane porsche i ruszył do Poznania ze 100 tysiącami złotych na łapówki dla ojca. „Hoss” został przebadany właśnie przez tych lekarzy, znał wcześniej ich nazwiska.

Podczas przesłuchania w warszawskiej prokuraturze w maju 2014 roku „Hoss” opowiadał na swój temat bajki, które bardziej pasowałyby do opisu życia kuracjusza w sanatorium niż 45-letniego Cygana, który pojawia się na zdjęciach w towarzystwie młodych kobiet i w luksusowych autach. „Hoss” jednak brnął dalej.

Czym się pan zajmuje na co dzień? – dopytywał prokurator.

Chodzimy z żoną na spacery, na kawę do restauracji, Cyganie zapraszają nas na imprezy, śluby, grille, czasem, jak się dobrze czuję, to sobie potańczę.

Gdzie pan wypoczywa?

Ja mam wypoczynek tutaj, jak idę załatwić lekarstwa, na kontrolę do lekarza w Poznaniu. Poza Warszawą i Poznaniem nie wyjeżdżam w inne miejsca.

Wnuczkowy król ponownie zapewnił, że nikogo nie oszukał i od nikogo nie wyłudził pieniędzy. Oświadczył, że jeżeli już dzwoni do Niemiec, to do swoich szwagrów, ale nie jeździ za granicę, bo w sprawie, w której został ukarany grzywną, ma zakaz opuszczania kraju.

Król za mnie ręczy

Obrońca „Hossa” prawdopodobnie zorientował się, że przesłuchanie zmierza w beznadziejnym kierunku i wyciągnął – jak się domyślam – asa z rękawa. Oświadczył, że poznańska społeczność Romów z rodu Lowarow oraz pan Pika Łakatosz są w stanie zaoferować za Arkadiusza Ł. poręczenie społeczne i majątkowe.

Prokurator wykazał się niewiedzą w kwestii romskich struktur, bo „Hoss” musiał objaśnić, kim jest Pika Łakatosz i dlaczego warto pochylić się nad faktem, że właśnie on chce ręczyć za Arkadiusza.

To nasza głowa sądowa w społeczności Romów. Jeżeli ktoś nieprawnie się ożeni albo bierze nieprawidłowo żonę, to on daje zlecenie, aby było tak, jak to się należy, żeby był porządek. To jest osoba, której Cyganie słuchają. On ma 80 lat. Romowie nie mogą się sprzeciwić woli Piki Łakatosza, jak on coś powie, to musi tak być. On się cieszy powszechnym uznaniem, szacunkiem Romów. W obecnym czasie nie ma królów cygańskich, on jest takim rodzajem króla, tak na niego mówią. Jest to bogata osoba, może dać za mnie poręczenie majątkowe. Pika Łakatosz mi ufa. Stowarzyszenie Romów tak działa, że zbiera pieniądze od ludzi w razie zatrzymania jakiejś osoby, te pieniądze wędrują do Piki Łakatosza i on decyduje, czy wpłacić, czy nie. Ma taką pozycję, że jest szanowany również w innych krajach. Cyganie są różni, na przykład rumuńscy, i ja wiem, że jak sobie nie dają rady, to się zwracają do Piki. Pika Łakatosz jest to mój wujek, bardzo dobry kolega ojca – tłumaczył chętnie„Hoss”, licząc, że po tym, co prokurator teraz usłyszał, na pewno zgodzi się przyjąć poręczenie i puści go wolno. I dodał:  Ja będę się stawiał na wszystkie przesłuchania, jeżeli będzie sprawa sądowa. Nie mam żadnych zastrzeżeń, co do czynności policji lub prokuratury. Jedynie nie podobało mi się badanie.

O 18.58 zakończono przesłuchanie, a prokurator skierował wniosek o areszt, który sąd oczywiście uwzględnił.

Moj informator, który zna zarówno „Hossa”, jak i znał nieżyjącego już dziś Pikę Łakatosza, uważa, że poznańscy Romowie wpłaciliby za wnuczkowego króla nawet milion euro.

Bracia „Hoss” i „Adam” bardzo często obdarowywali naszego Szero Roma luksusowymi prezentami. Z reguły były to drogie zegarki, biżuteria z brylantami, rzadziej gotówka. W ten sposób okazywali szacunek starszyźnie, ale też pokazywali, że mają gest. Ta praktyka zapewniała im wsparcie w każdej sytuacji. Ale widać trafił się niezbyt przekupny prokurator, bo każda kasa by się znalazła – mówi mi „Cygan”.

Wyjaśnia także, że Szero Rom to po prostu zwierzchnik romskiej społeczności – najważniejszy spośród Cyganów. Taką osobą był właśnie Pika Łakatosz.

Z prokuratorem nie gadam

Brat „Hossa” poszedł na drugi ogień. Jego przesłuchanie rozpoczęło się 28 maja o godzinie 9.24 w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie. Prokurator Wojciech Smoleń przedstawił mu osiem zarzutów. Wszystko zostało nagrane.

Adam poinformował, że urodził się 13 marca 1970 roku w Jaworznie, ma 182 cm wzrostu, brązowe oczy, na lewym ramieniu wytatuowanego tygrysa, a na prawej piersi różę. W aktach, niestety, nie ma zdjęć tych dzieł sztuki. W wieku 17 lat ożenił się w świetle prawa romskiego z Żanetą B. Mają czwórkę dzieci: Florydę, Żaklinę, Valentinę i Lorenzo. On także, podobnie jak brat, ma bardzo słabe serce. Przeszedł dwa zawały.

Adam wyznał, że ani on, ani jego żona nie pracują. Pan domu zajmuje się dziećmi, pomaga żonie, bo kilka tygodni wcześniej na świat przyszedł jego najmłodszy syn. On czasem podejmie się „jakiegoś biznesu”.

– Jak jest do sprzedania pierścionek czy samochód, to robię taki interes – powiedział. Zapewniał, że jego rodzina żyje z oszczędności, a on sam chciałby w przyszłości zostać deweloperem.

Chcę pozyskać środki z kredytu bankowego. Chcę pożyczyć pieniądze od Romów, żeby coś zrobić, i jak będzie zrobione, to wtedy bank mi da pieniądze. Żona pożyczyła około 700 tysięcy euro od społeczności romskiej na te inwestycje. Moj ojciec zmarł 15 lat temu i my dostaliśmy 1,3 miliona marek, z czego ja dostałem 400 tysięcy i z tych pieniędzy żyliśmy – opowiadał prokuratorowi, jakby brał udział w zajęciach z przedsiębiorczości, a nie przesłuchaniu.

Prokurator Smoleń dowiedział się także, że Adam był karany za oszustwa w Niemczech. Sąd Krajowy w Stuttgarcie skazał go na 5,5 roku więzienia, ale odsiedział tylko połowę. W tamtych materiałach faktycznie znajduje się wzmianka o przebytym w 2003 roku zawale serca. Lekarze nie mogli się nadziwić, bo „Adam” miał wtedy zaledwie 33 lata. Uznali, że przyczyną mogły być papierosy, hulaszczy tryb życia, alkohol i wysoki poziom cholesterolu.

„Adama” nie uznano jednak za niezdolnego do odbywania kary.

To właśnie w tym procesie „Adam” zwierzył się sądowi, że po tym, gdy w 2001 roku wrócił z Niemiec do Polski, musiał zmienić nazwisko z Łakatosz na P., bo to pierwsze ma w Polsce „złą reputację”, a życie w Polsce pod tym nazwiskiem „nie należy do przyjemności”. W aktach nie ma rozwinięcia tego wątku, ale łatwo sobie wyobrazić, z czym Polakom kojarzy się nazwisko bossa.

Oszczędny hazardzista

Jak wynika z podsłuchanych przez niemiecką policję rozmów, młodszy brat „Hossa” mimo słabego serca nie szczędził sobie skrajnych emocji. Wielokrotnie nagrywano, jak opowiadał „Remkowi”, że przegrał gigantyczne sumy. „Adam” próbował wprowadzić nawet plan oszczędnościowy i przysiągł sobie nie przegrywać więcej niż 100 tysięcy euro dziennie, co przychodziło mu jednak z wielkim trudem.

Cygan, który przegrywa ogromne sumy pieniędzy, idzie na zian pisola har. Czyli w obecności żony albo Szero Roma przysięga przed obrazem Matki Boskiej, że przykładowo przez rok nie zajrzy do kasyna. Takie przysięgi bardzo często są łamane. Albo zaczyna grać w inne gry. Ale nie ponosi żadnych konsekwencji, że nie dotrzymał słowa – mówi mój informator.

A przy takim rozmachu, jaki miał „Adam”, nawet największe oszczędności, z których rzekomo żył, stopniałyby w mgnieniu oka.

24 marca 2013 roku, godzina 10.

Znów uległem ruletce – żali się „Adam” szwagrowi.

A gdzie twoja przysięga? – pyta „Remek”.

Już po niej.

A ile przegrałeś?

Wczoraj przegrałem 110 tysięcy.

To nic.

I w nocy, około czwartej dostałem z powrotem 60 tysięcy i jeszcze przegrałem 50, potem znowu dostałem 50 i wygrałem jeszcze 10.

A teraz idziesz tam znowu?

Nie, Żaneta mówi, że mam nie iść.

Nie idź, człowieku! Głupi jesteś! Idź lepiej do kościoła i módl się przez cały dzień! To my nie mamy skąd wziąć 100 tysięcy, wczoraj pożyczyliśmy od ludzi, a ty przegrywasz takie sumy?

Ale ja przecież z tego żyję. Nie daję ze swoich. Ci ludzie czekają na mnie z paczuszkami – śmieje się „Adam”, najprawdopodobniej mając na myśli swoich odbieraków albo konkretnie pokrzywdzonych.

Mój „Cygan” mówi, że o bywaniu braci Ł. w kasynach było głośno na całą Europę.

Potrafili przegrywać jeszcze większe sumy, nawet po milionie złotych. W jednym z warszawskich hoteli była taka akcja, że dla „Adama” i „Hossa” zamknięto kasyno, żeby było tylko do dyspozycji wybranych Cyganów. Ta opowieść poszła w świat. Wszyscy wiedzieli, że przepuszczają majątek. Ale przegrywanie takich kwot nie jest postrzegane przez Cyganów jako porażka. Wręcz przeciwnie. Jeśli może przegrać kilkaset tysięcy, to znaczy, że jest barwalo, czyli bogaty. I natychmiast rośnie w oczach innych – słyszę.

Ciekawą rozmowę „Adam” prowadził też z „Remkiem” pod koniec lutego 2013 roku. Prosił szwagra o pomoc w załatwieniu dokumentów, które uwiarygadniałyby legalne pochodzenie jego majątku. Żalił się „Remkowi”, że może stracić swoje domy. Szwagier zapewnił go, że za 10 tysięcy będzie miał na wszystko odpowiednie kwity. Mimo to „Adam” przekonywał prokuratora Smolenia, że o przedmiocie zarzutów, czyli wyłudzeniach gigantycznych kwot od emerytów z Niemiec czy ze Szwajcarii, nigdy nie słyszał.

Ja nic nie wiem na ten temat. Nie będę składał wyjaśnień – zapewnił.

Po chwili zauważył, że jeden z czynów, który mu się przypisuje, miał zostać dokonany w dniu urodzin „Hossa”.

„My w ten dzień pijemy od rana, więc to jest niemożliwe, żebyśmy to zrobili tego dnia. (…) Nie znam osób wymienionych w zarzutach. Wszystkie osoby, które są łapane w Niemczech, to mówią, że „Hoss” z „Adamem” to robią. My nie mamy spokoju, a „Hoss” jest taki chory, tylko siedzi w domu. Uważam, że to celowe działanie Niemców, a my jesteśmy niewinni” – takie słowa zostały zaprotokołowane.

„Adam” również został aresztowany.

Hanna Dobrowolska

Jest to fragment książki Hanny Dobrowolskiej „Wnuczkowa mafia”.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*