NOWORODEK W WYCHODKU

 Pijaństwo, awantury, w końcu śmierć dziecka, które po urodzeniu matka i babcia zakopały w nieużywanym wychodku. Obie trafiły do więzienia, choć zdaniem wielu osób wyrok jest zbyt łagodny.

 Różnie bywało w małżeństwie 21-letniej Anny i 24-letniego Jerzego R. Raz lepiej, raz gorzej, ale ludzie i tak swoje wiedzieli. W wiosce C. znajdującej się w gminie Kotla, koło Głogowa (woj. dolnośląskie), gdzie mieszkało małżeństwo, ciągle o nich mówiono. Najczęściej, że są u nich w domu awantury, które z powodu swej pijackiej natury wszczyna najczęściej Jerzy R. Jego żona miała już tego wszystkiego serdecznie dość. Poszkodowana była również dwójka małoletnich dzieci małżeństwa: 4-letnia Leokadia i 3-letnia Zuzanna. Warunki, w których zamieszkiwały dzieci, pogarszały się z dnia na dzień i 27 stycznia 2017 roku Sąd Rodzinny w Głogowie ograniczył w końcu dwójce małżonków władzę rodzicielską. Leokadię umieszczono w rodzinie zastępczej, a Zuzannę, ze względu na stan zdrowia, w jakim znalazło się dziecko, skierowano do zakładu leczniczo-opiekuńczego.

Niechciana ciąża

Pomimo różnych awantur, wieczorami jednak małżonkowie godzili się w łóżku. Czego efektem była kolejna ciąża, o której Anna R. w maju 2017 roku poinformowała swego męża. W czerwcu  poszła po raz pierwszy na badania. Ginekolog potwierdził stan, w jakim się znalazła, określając nawet dokładną datę urodzenia dziecka.

-To będzie 8 listopada tego roku – oznajmił lekarz.

Mąż Anny R. powiadomił o ciąży żony Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Kotli, z pomocy którego małżeństwo często korzystało. Również o ciąży 21-latki poinformowany został dzielnicowy, który z racji swoich obowiązków służbowych musiał się często interesować sytuacją małżeństwa R.

Trudno dziś określić, czy Anna R., cieszyła się ze swego stanu, ale dopiero w lipcu 2017 roku powiadomiła o nim swoją matkę, 46-letnią Teresę Sz. Trudno jest też powiedzieć, jaki był stosunek ojca Anny R. do swej 21-letniej córki.

W każdym razie Teresa Sz., gdy się dowiedziała o ciąży swej córki, bardzo się przestraszyła.

– Ojciec nic o tym nie może wiedzieć! – oznajmiła Annie, która nie była jedynym dzieckiem 46-latki. Teresa Sz. miała jeszcze dwójkę, także dorosłych dzieci.

Sytuacja w rodzinie młodych małżonków R. nie uległa zmianie, a wręcz stawała się coraz gorsza. Matka z córką postanowiły zatem coś z tym zrobić. Tym bardziej, że córka nadal nigdzie nie pracowała. Teresa Sz. była starszym magazynierem jednej z firm w Kłobuczynie, to w innej firmie, w tej miejscowości załatwiła pracę Annie R. na stanowisku młodszego magazyniera. Był to zarazem pretekst, by 21-latka powróciła do swego rodzinnego domu, odwiedzając męża jedynie w weekendy. Poza tym trudno byłoby codziennie dojeżdżać 21-latce do pracy. Mąż Anny R. przystał na takie rozwiązanie.

Firmy były niedaleko od siebie, więc kobiety  zaczęły razem dojeżdżać do roboty.

– Ojca się jakoś oszuka – oświadczyła matka córce i przez cały czas ukrywały ciążę Anny, która po domu i do pracy ubierała się w coraz to obszerniejsze ubrania. Ukrywały również ciążę przed sąsiadami, a gdy ci pytali, odpowiadały wymijająco.

Poród na sedesie

Kiedy z rana, 12 września 2017 r., 21-latka znalazła się w pracy, poczuła się nagle słabo i dostała bóli brzucha. Zwolniła się i już o 7.00 była z powrotem w domu. Bóle nie ustępowały, ale czekała. Była w domu sama. Teresa Sz. wróciła dopiero o 15.00 i zastała córkę w łazience. Siedziała na sedesie.

– Rodzę! – krzyczała do matki.

Poród nie zgadzał się z listopadowym terminem wyznaczonym przez ginekologa podczas czerwcowej wizyty 21-latki u lekarza.

Anna R. urodziła dwa miesiące wcześniej do muszli klozetowej.

We dwie położyły dziecko na dywaniku w łazience. Nie wezwały pogotowia. Teresa Sz. poszła jedynie do pokoju po nożyczki i ucięła nimi pępowinę. Włożyła niemowlę do foliowego worka na odpady. Posprzątały łazienkę i pozbyły się łożyska. Rękawice do czyszczenia i papierowe ręczniki, którymi wycierały łazienkę, wsadziły do dodatkowej reklamówki.

Po czym Teresa Sz. wyszła do nieużywanego już, znajdującego się w pobliżu wychodka. Tam zakopała ciało nieżyjącego niemowlaka, przykrywając go jeszcze zużytą, dużą oponą samochodową.

Były w domu nadal same.  Po wszystkim 21-latka umyła się jeszcze raz.

46-latka ponownie wysprzątała łazienkę i spłukała pozostałe jeszcze resztki po łożysku. Wyprała odzież córki i obie zasiadły do telewizora.

Gdy mąż Teresy Sz. wrócił wieczorem do domu, nadal niczego się nie zauważył. 21-latka nie poinformowała również swego męża, że urodziła, ale jeszcze w tym samym dniu, około godz. 19.00 wysłała mu radosnego sms-a „Dostałam okres”.

Następnego dnia, 13 września 2017 roku, jak gdyby nigdy nic pojechały obie do pracy.

W pewien weekend dzielnicowy natknął się we wsi C. na Annę R. i zapytał ją wprost, co z dzieckiem. Wtedy kobieta zaczęła kręcić: – Przecież nie byłam w ciąży.

– Pani kłamie – zakomunikował policjant i 25 września 2017 roku zajął się sprawą.

Jeszcze tego samego dnia matka i córka zostały zatrzymane, a lekarz ginekolog potwierdził jedynie, że Anna R. musiała urodzić, choć w innym terminie.

26 września 2017 roku obie kobiety przyznały się do winy, a Teresa Sz. wskazała policjantom miejsca, w którym ukryła zwłoki noworodka oraz porzuconą reklamówkę z papierowymi ręcznikami i rękawicami, których używały do sprzątania łazienki.

Okazało się, że noworodek był płci męskiej. Zaraz po urodzeniu dziecko miało 51 centymetrów i ważyło 2700 gramów.

Łagodny wyrok

W opinii biegłej, po sekcji okazało się, że dziecko: „po urodzeniu znajdowało się na granicy pełnej dojrzałości i podjęło czynność oddechową, o czym zaświadczyć może upowietrzenie jego tkanki płucnej”. Czyli jednym słowem żyło i było zdolne do życia poza łonem matki. Biegła orzekła również: „nie udzielono dziecku odpowiedniej pomocy”, i dodała: „niewątpliwie samo pozostawienie dziecka tuż po porodzie bez należytej opieki mogło doprowadzić do jego zgonu. Przeżycie noworodka było prawdopodobne, gdyby bezpośrednio po urodzeniu zostały podjęte podstawowe czynności ratownicze”. Czyli metoda usta-usta. Lecz nikt nie zamierzał reanimować niemowlęcia.

Biegli nie byli jednak w stanie ustalić stopnia takiego „zaniechania”, jak określali brak reanimacji, czy zastosowania metody usta-usta. Nie byli też w stanie stwierdzić bez wątpienia, że takie „zaniechanie” miało „decydujący wpływ dla zgonu dziecka”.

U Teresy Sz. stwierdzono pewne zaburzenia osobowości ze skłonnościami do działań impulsywnych, co jednak nie usprawiedliwiało w niczym jej czynu. Zresztą, przyznała się sama do winy, ale też broniła się w sądzie, matacząc zarazem:

– Kiedy dziecko nie dawało znaków życia, nie oddychało, i nie płakało, dałam mu w pupę trzy lekkie klapsy, ale nie zareagowało. Gdy położyłam je potem na dywaniku, naciskałam jego klatkę piersiową. Nie powiedziałam córce, że zakopałam dziecko.

W trakcie rozprawy sądowej Teresa Sz. przyznała się w końcu do znieważenia zwłok i do nieudzielenia pomocy dziecku.

– Ale nie przyznaję się do nieumyślnego spowodowania jego śmierci – upierała się nadal.

O Annie R. biegli wydali podobną opinię, jak o jej matce. Również 21-latka przyznała się do winy, ale odwrotnie niż matka mówiła, że nie klepały noworodka po pośladkach, ani w ogóle nie próbowały go reanimować.

– Jedynie włożyłam dziecko do worka, ale worek wyniosła moja matka – zeznawała. – Ja tylko wyniosłam z domu reklamówkę z papierem i rękawiczkami, którymi sprzątałam po noworodku łazienkę wraz z ubikacją.

12 czerwca 2018 roku Sąd Rejonowy w Głogowie skazał obydwie kobiety na 4 lata pozbawienia wolności, lecz 15 listopada 2018 roku Sąd Apelacyjny w Legnicy złagodził im karę do 2 lat więzienia.

Roman Roessler

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*