Jak być idealnym świadkiem

 Nikomu rzecz jasna tego nie życzę, ale brutalna prawda jest taka, że każdy z nas, w każdej chwili może stać się naocznym świadkiem przestępstwa, czy to jako jego ofiara, czy też postronna osoba, która po prostu znalazła się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie.

 Zakładam, że w takiej sytuacji prawy obywatel wykaże maksimum dobrej woli, aby swoją wiedzą wspomóc policję w wykryciu sprawcy. Jeśli więc chcemy być wiarygodni jako świadek, musimy pamiętać o kilku podstawowych zasadach.

Obalamy mity

 Mit I – Najbardziej wiarygodne i przydatne są zeznania złożone na gorąco, najszybciej po zdarzeniu, którego byliśmy świadkiem.

Oczywiście, że bezpośrednio po popełnieniu przestępstwa, którego padliśmy ofiarą lub też byliśmy mimowolnym świadkiem, musimy przekazać policji jak najwięcej informacji mogących pomóc w zatrzymaniu sprawcy, ale niech nikt nie liczy, że nasze zeznania będą bogate w szczegóły, które staną się kluczowe dla sprawy. Pierwsze szczegółowe przesłuchanie powinno mieć miejsce pomiędzy 2-3 a 8 dniem od chwili, gdy nasze zmysły odebrały informacje. Tyle bowiem czasu mija, aż „poukładają” się one niejako w naszej świadomości. Czas ten pozwala również na nabranie pewnego dystansu do zdarzeń, w których braliśmy udział.

Mimo że ta „prawda oczywista” od dawna opisywana jest w podręcznikach kryminalistyki, m.in. przez Tadeusza Hanauska w „Zarysie taktyki kryminalistycznej” (wyd. 1994 rok), to jednak można odnieść wrażenie, że mało kto o niej dziś pamięta. Mało tego, w policji panuje przekonanie, że aby nie dręczyć świadka, należy go przesłuchać raz, jak najszybciej to możliwe. Rozumiem, że chodzi o to, aby niepotrzebnie nie męczyć świadka ciągłym powrotem do traumatycznych przeżyć. Ta tendencja ma szczególne zastosowanie w przypadku nieletnich, jak również ofiar przemocy i przestępstw na tle seksualnym.

Mit II – Najpierw opisz a potem rozpoznaj, będziesz bardziej wiarygodny.

Każdy z nas wie doskonale, że zdarza mu się rozpoznać znajomą osobę w tłumie innych ludzi, nawet jeśli widział ją tylko przez ułamek sekundy. Ta umiejętność nie dotyczy tylko osób doskonale nam znanych. Potrafimy również rozpoznawać ludzi, których widzieliśmy kiedyś, dawno, jeden jedyny raz, a teraz nagle spotykamy ich na ulicy. Proszę jednak spróbować opisać wygląd takiej osoby. Od razu powiem, że nie jest to proste, mimo że znamy kogoś lata i widujemy go na co dzień. Jak więc opisać człowieka, którego widzieliśmy przez chwilę w stresującej sytuacji? Odpowiedź brzmi: nie powinniśmy go opisywać do czasu, aż nie zostaniemy poproszeni o wskazanie go np. z fotografii kartoteki policyjnej.

Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ i tak nie podamy dokładnego rysopisu, natomiast nasz mózg zapisze ten opis jako obraz człowieka, którego widzieliśmy. W późniejszym czasie, przeglądając zdjęcia przestępców, będziemy podświadomie szukali osoby, którą opisaliśmy, a nie faktycznie widzianej.

Nie bez znaczenia jest tutaj fakt, czy podczas przestępstwa sprawca groził nam bronią lub innym niebezpiecznym narzędziem. W takim przypadku uwaga świadka przeważnie skupia się na broni właśnie, co utrudnia późniejsze rozpoznanie sprawcy. To również powinni brać pod uwagę przesłuchujący, żądając od nas dokładnego rysopisu bandyty.

Diabeł tkwi w szczegółach

 Takie motto przyświeca pracy Wiesława Zyskowskiego – specjalisty od przesłuchań metodami FBI.

Jedna z takich metod, to tzw. wywiad poznawczy, w trakcie którego wykorzystuje się specjalne techniki (nie należy mylić z hipnozą) pozwalające dotrzeć do najgłębszych pokładów ludzkiej świadomości. Niestety metoda wykorzystywana na co dzień w USA, nie zyskała popularności w naszym kraju, o czym niech świadczy fakt, iż wspomniany przeze mnie Wiesław Zyskowski zakończył karierę wykładowcy w Centrum Szkolenia Policji w Legionowie i teraz – jako prywatny przedsiębiorca – nie narzeka na brak zleceń. U nas ciągle przesłuchanie to raczej „spisanie zeznań” niż metoda na „wyciągnięcie” jak największej ilości szczegółów, które w konsekwencji mogą przyczynić się do wykrycia sprawcy przestępstwa. W efekcie końcowym może dojść do sytuacji, w której za wiarygodne zostaną uznane zeznania osoby, która po prostu bardziej przekonująco podała swoją wersję wydarzeń. Wersję, nie zawsze prawdziwą.

Boleśnie przekonał się o tym niejaki Ronald Cotton, który w 1984 roku został w USA aresztowany, a następnie skazany za zgwałcenie studentki Jennifer Thompson. Poszkodowana podała policyjnemu rysownikowi dokładny opis sprawcy. Na tej podstawie detektywi wytypowali podejrzanego, którego bez cienia wątpliwości poszkodowana rozpoznała, zarówno w trakcie policyjnego okazania, jak i później na sali sądowej. Tej samej nocy, której Thompson została zgwałcona, kilka ulic od jej domu, miało miejsce usiłowanie zgwałcenia innej kobiety. W tym przypadku sprawcą także był czarnoskóry mężczyzna, jednak ofiara nie rozpoznała w Cottonie napastnika. Twierdziła z całą stanowczością, że to nie on. Natomiast Jennifer Thompson – przez cały czas trwania procesu przeciwko Ronaldowi Cottonowi – z całkowitą pewnością siebie zeznawała, że to właśnie on jest sprawcą. Była do tego stopnia wiarygodna, że przysięgłym zajęło jedynie cztery godziny uznanie oskarżonego winnym. Sędzia wymierzył mu karę 50 lat więzienia.

I to właśnie pobyt w więzieniu okazał się punktem zwrotnym w życiu skazanego Ronalda Cottona. Okazało się, że w tym samym zakładzie karnym odbywa wyrok mężczyzna bardzo podobny do naszego bohatera. Mało tego, ów mężczyzna przyznaje się otwarcie współwięźniowi, że to on dopuścił się obydwu przestępstw. Widząc szansę na uwolnienie, Cotton fotografuje się ze swoim „sobowtórem”, a zdjęcie wysyła swojemu obrońcy. Ten okazuje je Thompson, która jednoznacznie stwierdza, że … nigdy tego człowieka nie widziała na oczy. W rezultacie Cotton nie tylko nie odzyskuje wolności, ale dodatkowo zastaje uznanym winnym drugiego przestępstwa, czyli usiłowania zgwałcenia. Tylko determinacja obrońcy doprowadziła do pozytywnego zakończenia sprawy. W 1995 roku przekonał on Thompson, aby poddała się badaniom DNA. Ta, nadal pewna swoich racji, zgodziła się. Jakież było jej zdumienie, kiedy okazało się, że sprawcą obydwu przestępstw okazał się „sobowtór” skazanego. Ofiara z czasem sama przyznała, że tyle razy słyszała z ust policjantów i prokuratorów, że jest wręcz idealnym świadkiem, ze względu na wysoki poziom pewności siebie.

Ile podobnych spraw ma miejsce w Polsce? Zapewne sporo, zważywszy na fakt, jak często słyszy się określenie „pomyłka sądowa”.
Mirosław Rybicki

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*