Podwójny wyrok śmierci

Byłą żonę uważał za największego swojego wroga. Choć to on ją dręczył i poniewierał. Mówił nawet, że ją zabije, ale policja zbagatelizowała te groźby. Ta historia nie mogła skończyć się dobrze. Wydał wyrok na nią i na siebie.

10 października 2017 roku przy jednej z ulic w Gorliczynie, w powiecie przeworskim na Podkarpaciu, okolicznych mieszkańców obudził hałas. Wokół jednej z przybudówek gospodarczych posesji biegali ludzie i opowiadali, że nad ranem tego dnia znaleziono zwłoki mężczyzny.
– Powiesił się – powtarzano.
Jak na tak małą miejscowość było to sensacja. Wezwano z powiatu policję. Wówczas nikt nie wiedział, że na tym nie koniec.

Przyjechał po śmierć

W pobliżu przybudówki gospodarczej, przy sąsiedniej ulicy, stał zaparkowany volkswagen passat kombi na rejestracjach z województwa opolskiego. Samochód był otwarty, i zdawało się, bez właściciela. Zwrócili na niego uwagę okoliczni mieszkańcy. We wnętrzu były widoczne wyraźne ślady krwi. Znajdowały się na tapicerce i na tablicy rozdzielczej. Oględziny auta ujawniły również ślady krwi w bagażniku. Przeworscy policjanci skojarzyli zwłoki mężczyzny ze stojącym nieopodal passatem, i natychmiast sprawdzono właściciela opolskich rejestracji. Mieszkał w Kędzierzynie-Koźlu. Miejscowość ta jest oddalona o blisko 400 kilometrów od Gorliczyna. Co mogło zatem sprowadzić tutaj właściciela volkswagena i czemu to odległe od swojego domu miejsce wybrał na rozstanie się z życiem? – zastanawiano się.
Policjanci z Przeworska skontaktowali się z funkcjonariuszami z Kędzierzyna-Koźla, i szybko okazało się, że ciało mężczyzny należało do 55-letniego Piotra L.
Po wnikliwych oględzinach miejsca zdarzenia oraz zwłok wisielca stwierdzono również, że nie został zamordowany. Ale co robił w Gorliczynie, i dlaczego przyjechał do tej miejscowości? Tego jeszcze wtedy policja nie wiedziała.
Gdy odnaleziono zwłoki Piotra L., wówczas 60-letnia Halina M., mieszkanka Gorliczyna, wstawała właśnie do porannych zajęć i zwróciła uwagę na swój telefon komórkowy. Spostrzegła, że około 2. w nocy otrzymała sms-a. Był od Piotra L. Przeczytała go od razu. W treści w sposób dramatyczny żegnał się z nią, i ze swoim życiem. Dziękował za pomoc i za wszystko, co dla niego uczyniła. Za to też, że zrobiła z niego lepszego człowieka. Ale on już nie ma innego wyjścia, jak zakończyć swoje życie. Dopisał, że pozostawia jej swój samochód, volkswagena passata, który zaparkował na sąsiedniej ulicy.

Ciało ukryte w trawie

Zdarzenia za oknem, fakt powieszenia się mężczyzny w sąsiedniej przybudówce, natychmiast zreflektowały kobietę.
– To może być Piotr – pomyślała i powiadomiła policję, przekazując treść sms-a, który otrzymała od niego.
Kobieta wyjaśniała, że Piotr L. ją odwiedzał. Nadal jednak nie było wiadomo, dlaczego popełnił samobójstwo, i skąd wzięły się krwawe ślady we wnętrzu jego samochodu.
Sprawa nabrała tempa następnego dnia. 11 października 2017 roku, kiedy to jeden z mieszkańców Gorliczyna przy drodze łączącej miejscowość z autostradą znalazł w trawie kobiecą torebkę z dokumentami. Wynikało z nich, że torebka należała do mieszkanki Kędzierzyna-Koźla.


Wówczas sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa w Przemyślu.
– Policjanci przeszukali cały teren – przypomina prokurator Marta Pętkowska, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Przemyślu. – I w przydrożnym rowie znaleziono worek z brunatnymi plamami, a nieco dalej, w zaroślach, kobiece ciało przykryte trawą. Kobieta miała rozległy uraz głowy, stłuczenia i uszkodzenie mózgu zadane jakimś narzędziem tępokrawędzistym – dodaje rzecznik prokuratury – Twarz miała całą w sińcach i niewykluczone, że jeszcze żyła, gdy się jej pozbywano z samochodu
Okazało się, że znaleziona torebka z dokumentami należała do 54-letniej Honoraty S. z Kędzierzyna-Koźla. Śledczy ponownie skontaktowali się z kędzierzyńską policją.
Dwa dni przed odkryciem w Gorliczynie ciała kobiety, 9 października 2017 roku, na policji w Kędzierzynie-Koźlu zgłoszono zaginięcie Honoraty S. Zniknięcie swej matki zgłosiły jej dorosłe już córki, Marzena i Wioletta. Mówiły, że boją się o jej życie.
– Honorata S. zawsze odbierała od córek telefony, i gdy jej komórka nie odpowiadała, córki przestraszyły się – informowali policjanci – Wieczorem, w dniu zaginięcia, dzwoniły do niej dwanaście razy. Tyle odnotowano połączeń.
Obawy córek potwierdziły zbliżający się dramat.

Policja szuka ciała Honoraty S. Fot Policja

Honorata S. i Piotr L. rozwiedli się w czerwcu 2014 roku. Piotr L. mieszkał od tego czasu sam. Nie dawał jednak spokoju swej byłej już żonie. Stale ją obserwował z ukrycia: z zarośli, zza płotów, zza drzew i różnych zakamarków.
A potem nachodził byłą małżonkę i jej groził.
Marzena i Wioletta zeznały, że ich matka miała spokój dopiero wtedy, gdy ojciec znajdował sobie kochanki: – Gdy się znowu pojawiał, oznaczało, że odchodziły od niego kolejne jego kobiety, i pozostawał sam.
Wyglądało na to, że prześladowanie byłej żony sprawia Piotrowi L. jakąś satysfakcję, jakby go to bawiło.

Mówił o zabójstwie

Halina M. z Gorliczyna nie była jednak kochanką Piotra L. Poznali się w 2015 roku w sanatorium. Miał w jej osobie powiernika swych spraw, a ona wsłuchiwała się w to, co opowiadał. A mówił o różnych sprawach i problemach Najczęściej o dawnej rodzinie.
Piotr L. czuł respekt przed Haliną M., choć i w jej przypadku nie brakowało agresji z jego strony. Próbował nawet ją sobie podporządkować. Stłamsić jakoś. Ale mu się nie dawała. I pozostali przyjaciółmi.
Ostatnio zwierzał się jej, że po rozwodzie i podziale majątku, musi byłej żonie zwrócić 70 tysięcy złotych. Ale nie miał skąd ich wziąć. Skarżył się na alimenty. Mówił też, że ma długi w spółdzielni mieszkaniowej, gdyż nie płaci czynszu, i zaległości urosły mu do 9 tysięcy złotych. Dodał również, że ma z tego powodu komornika i policjantów na karku. Wszystko to go przytłaczało i nie bardzo potrafił znaleźć wyjście z sytuacji. Halina M. chciała go nawet wesprzeć jakoś finansowo, ale ostatecznie nie przyjął od niej pieniędzy.
W czasie rozmów stale jednak narzekał na byłą żonę, delikatnie rzecz ujmując, nienawidził jej, jak nikogo innego na świecie.
Halina M. wystraszyła się, gdy jej oznajmił, że tym razem nie odpuści swej byłej żonie i na pewno zamorduje Honoratę S.
– Poinformowałam policję w Przeworsku, a oni mieli sprawę przekazać kolegom w Kędzierzynie – zeznawała potem Halina M.
Nikt jednak nie przypuszczał, że groźbę swą Piotr L. przekuje w czyn. I to tak szybko. Nawet rzecznik prokuratury przyznaje: – W końcu wielu w złości jedynie grozi śmiercią.
Ale on był inny, zapalczywy, pamiętliwy i agresywny. Jego syn Adam zeznał, że nie był dobrym ojcem: – Tłukł nas niekoniecznie po pijaku. Biła nas wszystkich nawet po trzeźwemu, bo tak mu się podobało.

Uprowadził żonę

Dwa lata temu Piotr L. stracił pracę w kędzierzyńskich „Azotach”. Miał wtedy rzucić się na koleżankę w pracy. Niektórzy potem mówili, że chciał ją nawet zgwałcić. Został za to dyscyplinarnie zwolniony.
Dorosłe dzieci Honoraty S. opowiadały, że kiedyś wszyscy uciekali przed Piotrem L. z rodzinnego mieszkania, a matka musiała nawet szukać schronienia w domu pomocy dla ofiar. Kiedy otrzymali w końcu nowe mieszkanie, już bez ojca, było im znacznie lepiej.
Piotr L. miał nawet sprawę karną o pobicie Honoraty S. Wyrok brzmiał: 3 lata pozbawienia wolności w zawieszeniu, i sądowny zakaz zbliżania się do swej byłej małżonki na odległość 100 metrów.
– Jak się jednak okazało, ten zakaz nie skutkował, i nikt go nie egzekwował.
Piotr L. miał już raz próbę samobójczą. Chciał się otruć tabletkami. Ale go odratowano. Jednak nie leczył się psychiatrycznie.
Honorata S. była zatrudniona w hali widowiskowo- sportowej „Azoty” przy ul. Mostowej w Kędzierzynie-Koźlu, jako pracownik ochrony fizycznej obiektów. Do pracy chodziła pieszo, bądź dojeżdżała rowerem. Gdy, dwa dni przed swoją śmiercią, o godzinie 18.00 wracała z pracy, ślad po niej zaginął.
– Nie było świadków – mówią w prokuraturze – Nie wiadomo, czy sama wsiadła do samochodu byłego męża? Czy może została w jakiś sposób uprowadzona? Co wydaje się chyba najbardziej prawdopodobnym w tej sytuacji. Trudno też ustalić, kiedy dokładnie zginęła, w którym momencie swej ostatniej podróży do Gorliczyna.
W przeddzień dramatu odwiedził swoją siostrę. Wyszedł od niej około 14. Mówił, że u niego wszystko jest w porządku, że chce tylko pożyczyć pieniądze, bo mu się kroi wyjazd do Francji. Potem dzwonił i wysyłał sms-y.
– Zapewne wszystko zaplanował, i za pieniądze siostry pojechał do Gorliczyna – sądzą w prokuraturze.
Gdy Piotr L. wieszał się w przybudówce gospodarczej, na szyi powiesił sobie różaniec.
Motywu tej zbrodni zapewne do końca nie poznamy.
Roman Roessler

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*