GINEKOLOG RECYDYWISTA

Ginekolog wmawiał pacjentkom choroby, aby za pieniądze przeprowadzać niepotrzebne zabiegi. Niekiedy udawał, że je robi. Byle tylko dostać kasę. Zdrowie kobiety było na dalszym planie. Co istotne, lekarz działał w warunkach recydywy.

– Nie wystarczało mu chyba pieniędzy, chciał zarabiać coraz więcej, to się doigrał –  ocenia Andrzeja W. – ginekologa z Wrocławia, jego była pacjentka z miejscowości Góra w województwie dolnośląskim.

– Ginekolog był już raz karany – przypomina Lidia Tkaczyszyn, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Legnicy. – 26 maja 2014 roku za oszustwa korupcyjne i przestępstwa został skazany wyrokiem Sądu Okręgowego we Wrocławiu na 2 lata pozbawienia wolności, z warunkowym zawieszeniem na okres próby 5 lat. Otrzymał jeszcze wtedy na okres 6 lat zakaz prowadzenia prywatnej praktyki lekarskiej w zakresie ginekologii i położnictwa.

Zawieszenie pozbawienia wolności mija dopiero 26 maja 2019 roku, a zakaz prowadzenia prywatnej praktyki lekarskiej 26 maja 2020 roku. Pomimo kuratorskiego sądowego dozoru, lekarz dopuścił się jednak kolejnego, podobnego w gruncie rzeczy przestępstwa.

Zgodnie z wyrokiem sądowym z 26 maja 2014 roku, lekarz miał wprawdzie zakaz prowadzenia prywatnej praktyki na okres 6 lat, nie miał jednak zakazu pracy w służbie zdrowia.

Wmawiał choroby

W aktach sprawy z 26 maja 2014 roku, która toczyła się przez 4 lata, można wyczytać, że Andrzej W. uzyskał tytuł lekarza specjalisty w zakresie położnictwa i ginekologii w 1977 roku. Był zatrudniony w publicznym szpitalu we Wrocławiu. Pracował również jako nauczyciel akademicki oraz w klinice. Miał stopień doktora nauk medycznych, był dydaktykiem i cenionym specjalistą w zakresie ginekologii i położnictwa.

Tym bardziej dziwne było jego zachowanie wobec pacjentek. Przyjmował je w szpitalu i w swym prywatnym gabinecie. W wielu przypadkach nie był przygotowany do przeprowadzenia tego typu zabiegów. Nie posiadał specjalizacji w zakresie anestezjologii i nie korzystał z usług anestezjologa oraz pielęgniarki anestezjologicznej. Jego gabinet nie był wyposażony w środki techniczne niezbędne do przeprowadzenia zabiegów znieczulenia ogólnego. Nie przeprowadzał też wywiadu lekarskiego ani badań poprzedzających zabieg. Nie prowadził dokumentacji medycznej pacjentek. Samodzielnie stosował krótkotrwałe znieczulenie ogólne w postaci dożylnej iniekcji leku, narażając w ten sposób kobiety na ryzyko skutków stosowania takiego środka znieczulającego.

W celu osiągnięcia korzyści majątkowych wprowadzał również w błąd niektóre pacjentki, informując, iż proponowany przez niego zabieg jest konieczny i niezbędny dla zdrowia. Czynił tak nawet za cenę utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu pacjentki. Mówił też, że zabieg zrobił, choć tego nie uczynił. Ale za wszystko brał pieniądze. Nawet wizyta w jego gabinecie dziennikarki jednej ze stacji telewizyjnych w 2006 roku nie przerwała tego procederu. Reporterka zbierała o nim materiał do reportażu, była zdrową osobą. I nie potrzebowała żadnej pomocy lekarza. Wiedziała o tym, a on wmawiał jej chorobę. I zaproponował nawet zabieg i leczenie. Za pieniądze oczywiście.

Nie we wszystkich przypadkach kobiety zgadzały się na zabiegi, które proponował im ginekolog. Został wtedy przed  wrocławskim sądem oskarżony łącznie o 76 przestępstw. W tym również o wyłudzenia i próbę wyłudzenia pieniędzy. W sądzie mówił między innymi, iż nie zgłaszają się do niego pierwsze lepsze, tylko pacjentki wymagające z jego strony dyspozycyjności o każdej porze.

Narażał na niebezpieczeństwo

W trakcie zawieszonego wyroku z 26 maja 2014 roku Andrzeja W. zatrudniła spółka prowadząca w Górze szpital i przychodnię specjalistyczną. Pracował tam w poradni ginekologiczno-położniczej do 9 czerwca 2016 roku.

– Prywatnego szpitala i poradni ginekologiczno-położniczej nie ma już w mieście od dwóch lat – informuje jeden z lekarzy rodzinnych w Górze.

Numery telefoniczne pozostałych gabinetów ginekologiczno-położniczych w Górze milczą, a jedyny istniejący numer pozostał w rękach prywatnej osoby. Kobieta, do której należy dziś numer byłego gabinetu ginekologiczno-położniczego, słyszała o aferze sprzed dwóch lat wrocławskiego ginekologa: – Ale nie będę się na ten temat wypowiadała – dodaje.

– Był szpital publiczny w Górze, ale przejęła go jakaś spółka i szpital ten przestał potem funkcjonować – potwierdzają w Urzędzie Miasta i Gminy w Górze.

– Spółką było Polskie Centrum Zdrowia – precyzuje Elżbieta Kwiatkowska, sekretarz Starostwa Powiatowego w Górze. – Ale z tego, co wiem, od 2016 roku, od kiedy szpital wraz z poradnią ginekologiczno-położniczą przestały istnieć, spółka ta jest w stanie upadłości  i trudno będzie uzyskać dziś od nich informację, kto i dlaczego zatrudnił wtedy ginekologa z Wrocławia.

– Jeden z zarzutów aktualnego, kolejnego aktu oskarżenia przeciwko Andrzejowi W., z 18 kwietnia 2018 roku, to niestosowanie się lekarza do orzeczonego już raz prawomocnym wyrokiem sądowym z 26 maja 2014 r. zakazu prowadzenia przez niego prywatnej praktyki lekarskiej – wyjaśnia prokurator Tkaczyszyn. – Lekarz wykorzystywał kolejną sposobność wynikającą z przyjmowania pacjentek w ramach ubezpieczenia zdrowotnego i oferował im oraz wykonywał na kobietach zabiegi, za które pobierał od nich pieniądze. Wśród zarzutów aktu oskarżenia nie ma na szczęście przestępstwa narażenia pacjentek na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Miał swój cennik

W jaki sposób tym razem działał ginekolog?

Rzecznik prasowa prokuratury wyjaśnia, że w tamtejszej poradni ginekologiczno-położniczej w Górze, Andrzej W. przyjmował pacjentki na podstawie umowy o udzielanie usług medycznych zawartej ze spółką prowadzącą szpital i przychodnię specjalistyczną.

– Przyjmując pacjentki w ramach ubezpieczenia zdrowotnego, informował o konieczności wykonania różnych zabiegów – opisuje prokurator przebieg procederu ginekologa. – Lub nawet namawiał na pobrania materiału do badań.  Wprowadzał przy tym w błąd kobiety, przekazując im nieprawdziwe informacje, że taki zabieg i badania nie są finansowane ze środków publicznych. I należy za nie zapłacić jemu. Pacjentki, które decydowały się na takie zabiegi lub badania, po ich wykonaniu płaciły ginekologowi od 200 do 450 złotych. Pacjentek takich było 12.

W swym przestępczym i nieetycznym procederze działał podobnie, jak wówczas, gdy przyjmował pacjentki w swym prywatnym gabinecie we Wrocławiu. Za co już raz przecież odpowiadał przed wrocławskim sądem.

– Wprowadzał niektóre ze swoich pacjentek w błąd, co do konieczności natychmiastowego bądź pilnego wykonania niektórych zabiegów – dodaje Lidia Tkaczyszyn. – Na przykład biopsji, lub innych zabiegów, co do których w rzeczywistości nie było wskazań medycznych. I żądał za wykonanie takiego zabiegu od 300 do 850 złotych. I to pomimo, że takie świadczenie było finansowane ze środków publicznych. W ten sposób Andrzej W. usiłował wyłudzić pieniądze od pozostałych 27 kobiet. Jednak nie wyraziły zgody na takie zabiegi i na uiszczenie za nie prywatnie opłaty. Ponadto, w prowadzonej dokumentacji medycznej będącej podstawą do rozliczeń przychodni z NFZ, wpisał 11 badań USG oraz 300 kolposkopii, których nie wykonał, a które zostały zrefundowane przez NFZ!

Okazało się również, że w ramach kontraktu z przychodnią był rozliczany procentowo do świadczonych usług.

Nikogo nie zmuszał

W 2016 roku, w rozmowie z „Gazetą Wrocławską”,  ginekolog bronił się i nie przyznawał do winy. Mówił na łamach, że szpital w Górze nie miał zgody Narodowego Funduszu Zdrowia na wykonywanie zabiegów, za które płacił NFZ. I to pacjentki miały nasłać na niego władze firmy, do której należał szpital. Na dodatek firma ta, jego zdaniem, przez dłuższy czas nie wypłacała mu wynagrodzenia. Dodawał jeszcze, że nikogo nie zmuszał do zabiegów, a wręcz przeciwnie. Jego zdaniem, to pacjentki same prosiły go o wykonanie takiego zabiegu.

Inne zdanie miała na ten temat prokuratura: – Podstawą wszczęcia śledztwa w tej sprawie było właśnie złożenie do protokołu zawiadomienia jednej z pokrzywdzonych kobiet oraz jej zeznania – wyjaśnia rzecznik Prokuratury Okręgowej w Legnicy. – Przeciwko oskarżonemu zgromadzono wiele dowodów. Zeznania świadków, dowody z dokumentów, w tym z dokumentacji medycznej i danych NFZ oraz opinie biegłego lekarza z zakresu położnictwa i ginekologii. Poza tym placówka, w której był zatrudniony Andrzej W., jednak posiadała umowę z NFZ Dolnośląski Oddział Wojewódzki we Wrocławiu na leczenie pacjentów w ramach ubezpieczenia zdrowotnego.

Przesłuchiwany w prokuraturze ginekolog nadal nie przyznawał się do winy.

– Przeczył temu, by nie wykonał badań i zabiegów objętych zarzutami aktu oskarżenia – dodaje Tkaczyszyn. – Potwierdził, że otrzymywał od pacjentek pieniądze. Z tym, że do zabiegów używał swoich narzędzi. Cena wykonywanych przez niego zabiegów była niższa od zabiegów komercyjnych. Twierdził nadal, że w przychodni w Górze nie można było wykonać takich zabiegów w ramach kontraktu z NFZ.

Prokurator Okręgowy w Legnicy skierował akt oskarżenia przeciwko Andrzejowi W. do Sądu Rejonowego w Głogowie, zarzucając ginekologowi popełnienie łącznie 50 przestępstw.

– Łączna wysokość szkody wyrządzonej przestępstwami oskarżonego w mieniu NFZ i pacjentek wyniosła 27 856 złotych. Na poczet przyszłych kar i roszczeń o naprawienie przez Andrzeja W. szkody zabezpieczono 8000 złotych oraz wpis hipoteki przymusowej w wysokości 54 000 złotych na udziale oskarżonego w prawie do użytkowania wieczystego nieruchomości. podkreśla prokurator.

Roman Roessler

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*