JESTEM GANGSTEREM Z WYBORU

Publikujemy fragment rozmowy z   Grzegorzem K., znanym jako „Ojciec” vel „Sołtys”, z książki Janusza Szostaka „Komando śmierci”, która   opisuje najbardziej brutalną grupę   przestępczą w Polsce, działającą w ramach tzw. „Mokotowa”.   Grzegorz K. „Ojciec” był jednym z jej filarów, to gangster z kilkudziesięcioletnim stażem, którego historia życia to gotowy scenariusz filmu.  To pierwsza rozmowa z tym gangsterem.

  Z Grzegorzem K. znanym jako „Ojciec” vel „Sołtys”, choć sam nie lubi tych pseudonimów, spotkałem się kilka razy w areszcie na warszawskiej Białołęce.

Mężczyzna, ze względu na chorobę kręgosłupa, porusza się na wózku inwalidzkim. Co w więzieniu, które nie jest do tego kompletnie przystosowane, nie jest łatwym zadaniem.  Specjalnie dla Grzegorza K. musiano przebudować celę, aby miał w niej łazienkę, nie jest bowiem możliwe, żeby kąpał się w łaźni.  Oddzielny problem logistyczny stanowi dowożenie „Ojca” na sprawy sądowe. Tu potrzebna jest karetka pogotowia   i pomoc   sanitariuszy. Problemem dla Grzegorza K. jest nawet wjechanie wózkiem do toalety przy salach widzeń. O czym się naocznie przekonałem. Nie dość, że stopień w górę, to jeszcze drzwi są za wąskie, aby zmieścił się w nich wózek.   Podobnych utrudnień, na jakie codziennie napotyka ten skazany, jest znacznie więcej. Chociaż on sam nadmiernie nie rozczula się nad swoim losem. Jednak koszty jego utrzymania i konwojowania karetką na sprawy, są gigantyczne. Zapewne budżet państwa i służba więzienna odczułyby ulgę,   gdyby Grzegorzowi K. przeprowadzono operację kręgosłupa, a gangster zaczął się poruszać o własnych siłach.

Na razie jednak legenda warszawskiego świata przestępczego jest skazana na pomoc innych. I chociaż stan fizyczny „Ojca” pozostawia sporo do życzenia, to intelektualnie wydaje się być w wysokiej formie.   Można to zaobserwować zwłaszcza podczas rozpraw sądowych, których jest najbardziej aktywnym uczestnikiem.   Gdy inni oskarżeni wydają się przysypiać, Grzegorz K. czujnie wyłapuje każde potknięcie świadków, stanowi też spore utrapienie dla przewodniczącej składu sędziowskiego, zasypując ją bezustannie uwagami i wnioskami – choćby o jej zmianę.

„Ojciec”, to gangster z kilkudziesięcioletnim stażem, którego historia życia to gotowy scenariusz filmu.

Początek pana gangsterskiej kariery nie ma związku z „Mokotowem”, praktykował pan u osławionego „Dziada”. 

Do „Dziada” trafiłem przez kolegę ze wsi, gdzie mieszkałem. Jego szwagier latał u „Dziada”. A  ja w tym czasie sprzedawałem już broń, która zwykle pochodziła z czasów wojny. Przyjeżdżali do mnie postrzelać, popolować na zające, i tak się wylansowałem. Potem poznałem innych gangsterów i było mi już bliżej w tę stronę.

Chociaż stan fizyczny „Ojca” pozostawia sporo do życzenia, to intelektualnie wydaje się być w wysokiej formie. Fot. Tomasz Radzik

Jak pan zapamiętał  Henryka N. zwanego „Dziadem”?

Spośród  braci N., to „Wariat” był tym, który to ogarniał. Heniek był jak gdyby sekretarką w firmie; wiedział kto, gdzie i jak. Dopóki żył Wiesiek „Wariat”, to „Dziad” nie podejmował decyzji. Heńkowi imponowało, że do niego przychodzi się rozmawiać. Zawsze mówił: „Ja zapytam chłopaków, ja sam nie decyduję”.

Robiliście wspólnie interesy?

 Akcja była na zasadzie, że dogadywało się wiele osób. Tak, że w dwadzieścia kilka osób wkładaliśmy kasę do „Dziada” lombardu. On komuś pożyczał pieniądze, a my dostawaliśmy swój procent. Heniek miał proste podejście do życia i biznesu, ale był bezwzględny.

Co pan ma na myśli, mówiąc o bezwzględności „Dziada”?

Po prostu nie miał skrupułów. Jeśli chodziło o jego interesy.

Na przykład?

Choćby taka sytuacja, związana z zabójstwem „Cebera”.

Chodzi o Czesława K. pseudonim „Ceber”, który wraz z Jerzym M. – najsłynniejszym kasiarzem PRL-u, zginął w 1995 roku w domu w Markach. Co poróżniło „Dziada z „Ceberem”, który przez wiele lat był jego wspólnikiem?

Poszło o interesy. Heniek wiedział, że Czesiek  kombinuje ze Stanisławem K. Planował otworzyć własny kantor i lombard, i wycofał pieniądze zainwestowane w biznes z „Dziadem”. Heniek bał się, że straci klientów w swoim lombardzie. Co było równoznaczne z wyrokiem na „Cebera”.  Po zamachu na Cześka zrobiło się bardzo głośno i gorąco wokół Heńka.

„Dziad” ten zamach przypisywał Ludwikowi A. „Lutkowi”, który wcześniej razem z Marianem K. „Klepakiem” miał rzekomo uprowadzić syna „Cebera”.

 A co miał mówić? Przyznać się samemu do zlecenia?

Z „Dziadem” był pan w dobrych relacjach.  Bywało też, że pomagaliście sobie wzajemnie?

Zdarzały się i takie sytuacje. Miałem kiedyś kolegę, który na Stadionie Dziesięciolecia handlował różnym towarem i on mi powiedział, że Chińczycy mają dresy, na których można zarobić. Sprzedają je hurtem po 100 złotych, a ja mogę je sprzedać po 150. Pytam go,  ile mają tych dresów, a on mówi, że cały kontener. „Umów mnie z nimi, biorę wszystko”- zapaliłem się do biznesu. Za kilka dni umówiłem się z nimi w hotelu „Vera”, koło dworca Warszawa Zachodnia. Dobrze się do tego przygotowałem; miałem neseser, do którego włożyłem pocięte gazety, a na wierzchu położyłem może tysiąc złotych. Siadamy do obiadu, pokazuję im, co mam w tej walizce. A oni szczęśliwi, że walizka pełna. Nawet nie chcieli liczyć przed obiadem. W tym czasie moi ludzie odebrali już dresy i je policzyli. My tymczasem rozmawiamy, konsumujemy obiad w bardzo miłej atmosferze. W pewnej chwili mówię, że muszę wyjść do toalety, walizkę oczywiście zostawiam. Chińczycy szczęśliwi: „Ależ proszę, proszę”. Wyszedłem i już nie wróciłem, a ich nie chciała wypuścić kelnerka, bo musieli jeszcze zapłacić za ten obiad. A dresy odjechały w nieznanym im kierunku. Wtedy „Pruszków” rozpuścił famę, że to były ich dresy i nikt nie chciał ich ode mnie kupić. A tego kumpla, co mi nagrał ten biznes, pobił „Masa” z „Parasolem”. Wtedy się mocno wkurwiłem: „To panowie walczymy z nimi. Sprzedam dresy i kupię broń. Ja tych dresów nie oddam za nic” – tak wówczas mówiłem. Wolałem z nimi walczyć, jak oddać im za darmo towar. Ale nie było szansy dresów na broń zamienić, bo nikt nie chciał ich ode mnie kupić.  W tej sytuacji pojechałem do „Dziada”, powiedziałem mu o swoim problemie, a on zadzwonił do jednego z pruszkowskich  i tak mówi: „Słyszałem, że szukacie czegoś, a ja to mam? Dawajcie mi dziesięć tysięcy dolarów i jest wasze”. Ale oni nawet nie mieli takiej kasy. Po jakimś czasie dzwonią do Heńka i mówią: „Sprzedaj, to co masz, nam daj cokolwiek”. Tacy byli głodni kasy. Ale Heniek nie ustępował: „A za co pobiliście tego chłopaka, co to wystawił? Na tych dresach nie było napisane, że są pruszkowskie”. Sprzedaliśmy w końcu te dresy, wtedy żył jeszcze „Cichy” i to on dał pruszkowiakom jakieś ochłapy i  zaprosił ich na obiad do burdelu. To był 1994 rok, od tamtej pory wiedziałem, że ta słynna mafia pruszkowska, to tylko farmazon. Lecieli na reklamie. Wiem, że „Masa” w tamtym czasie jeździł po Polsce, oferując różnym ludziom ochronę, co jej wcale nie potrzebowali. Przewalał ich po prostu na kasę. Bo każdy słysząc o „Pruszkowie”,  miał pełne gacie. A to był tylko farmazon dla leszczy, których potem nikt, nigdy nie chronił.

Jednak robił pan interesy także z pruszkowskimi ?

W zasadzie, gdy byłem w grupie u Heńka, to z nim głównie pracowałem. Ale jak był jakiś interes do zrobienia, to robiłem też z „Pruszkowem” czy „Mokotowem”. Świat przestępczy w tamtym czasie nie był tak hermetyczny. Nie miało to jednak nic wspólnego z grupą taką czy inną. Liczyło się zarabianie pieniędzy. Pamiętam, jak „Dziad” opowiadał, że jeździł z „Masą”  na  akcje.  Ale „Masa” się do tego nie przyznaje.

Wydawało mi się, że w tamtym czasie poszczególne grupy ze sobą wojowały, a nie współpracowały.

Zdarzały się pewne spięcia, na przykład „Mokotów” zapędził się z prochami na Ochotę, która była pruszkowska. Albo „Pruszków” otworzył burdel na Mokotowie. Ale w takich sytuacjach po prostu się dogadywano. Wojny to były takie, że na przykład złodzieje nie chcieli płacić tyle, ile od nich chciały gangi. No to ktoś zawsze dostał po dupie.

Były też  takie sytuacje, że na przykład  „Pruszków” kogoś dociskał, a „Mokotów” niby mu pomagał, a tak naprawdę tę ofiarę wywalały obie grupy. Mówię tu choćby o  tak zwanej ochronie, to wszystko był farmazon i kit. Tak działali głównie niektórzy pruszkowscy. Choćby „Masa”, który miał do perfekcji opanowany farmazon i jechał na famie.  Pruszkowscy mieli ogromny talent do napuszczania jednych na drugich, głównie takich, co się buntowali przeciwko nim. Wiele grup przeciwko sobie podjudzili. Niektórzy ludzie z tego powodu ginęli za nic.

Pan też kilka razy blefował, chociażby po to, aby wystraszyć „Masę”.

„Masa” był odważny w grupie, a jak była akcja, to ponoć dostawał biegunki. Miałem z nim kilka razy do czynienia i nie oceniam go najwyżej. Pamiętam, jak Sokołowski wyszedł z aresztu po tym, gdy został świadkiem koronnym. Dostałem informacje, że jest w Pruszkowie i chroni go policja. Mój kolega zadzwonił do Ryszarda Sz. „Kajtka” i pyta go, czy będą załatwiali „Masę”. I co słyszy, że pruszkowscy bossowie nie są  tym zainteresowani. „On nas niczym  nie obciąża, zeznaje tylko na policjantów ” – „Kajtek” oznajmił, że starzy nie są za zlikwidowaniem „Masy”. Wtedy postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i napędzić mu chociaż strachu. Trzymali go wówczas w ośrodku pod Pruszkowem. Zdobyłem jego numer telefonu, chociaż on nie powinien mieć w ogóle telefonu. Lecz miał i co kilka dni zmieniali mu karty. Dzwonię do niego i mówię: „Bydlaku niedługo wylecisz w powietrze z tą swoją ochroną”.  W gacie się obsrał. Już nie jeździł po Pruszkowie, nie lansował się. Minęło kilka dni i wywieźli go w inne miejsce. Wkrótce zaczęły pojawiać się legendy, że to mafia wydała wyrok śmierci na   „Masę”. Chociaż tak naprawdę to nikt, nigdy nie był tym zainteresowany.

Jednak egzekucje w tym środowisku były na porządku dziennym?

W niektórych przypadkach samo życie do tego zmuszało. Tak było choćby z „Kiełbasą”, bo pruszkowscy chcieli przejąć jego interesy. Ale nie ze wszystkim do końca to się udało.

Mówi się, że „Mokotów” brutalnością znacznie przewyższał „Pruszków”, a nawet osławionych „Mutantów”.

Moim zdaniem nigdy nie było tak sztywnej grupy, jak mokotowska, i z tyloma trupami. Zapewne nadal nie ma takiej.

To dlatego związał się pan z „Mokotowem”?

Mnie nigdy nie interesowało zabijanie, lecz zarabianie pieniędzy.

Janusz Szostak na sali sądowej podchodzi do Grzegorza K. „Ojca” Fot. Tomasz Radzik

Podobno poznał pan Andrzeja H. „Korka”, bossa „Mokotowa”, w więzieniu. Jak pan go ocenia, jako gangstera z zasadami?

Nie ma w tym świecie gangstera, który ma zasady. Jak grubo kręcisz, to coś z tego masz, to jedyna zasada. To nie jest prawdą, że znam się z Andrzejem z kryminału. „Korka” poznałem przez wspólnych znajomych, którzy z nim siedzieli. Spotkaliśmy się na jakimś obiedzie. „Korek” wiedział, że byłem tym chłopakiem, który przeciwstawił się „Daksowi”.

„Daksowi”, czyli Zbigniewowi C.,  prawej ręce „Korka”. Miał pan z nim jakiś zatarg?

Była taka sytuacja, że mokotowscy nałożyli haracz mojemu koledze. Przemek na ulicy Dolnej miał szkołę nauki jazdy. I mokotowscy chcieli od niego 300 dolarów miesięcznie haraczu. Postanowiłem mu pomóc i w dniu, kiedy mieli odbierać, przyjechałem tam z dwoma swoimi ludźmi. Oni stali z bronią i granatami na ulicy. A ja byłem z tym kolegą w jego biurze. Pojawił się też tam „Daks” w asyście 20 chłopa, i chce pieniędzy od Przemka. Mówię mu grzecznie: „Odejdź stąd, bo Przemek nie będzie ci płacił. Idź do innych”. Zaskoczony „Daks” pyta mnie, skąd ja jestem. „Wolny strzelec” – odpowiadam. Próbował ze mną pertraktować, że to jego teren, że każdy musi płacić. To ja na to opowiadam: „Idź już, bo zaraz oni zaczną rzucać granatami” – i pokazuję na swoich ludzi. Wtedy wymiękł. Powiedziałem też „Daksowi”, że Przemek zapłacił już mi trzy tysiące dolarów, i więcej nikomu nie będzie płacił.  Dodałem jednak, że mogę się z nimi podzielić pieniędzmi: pół na pół. Trochę to „Daksa” strapiło: „Was jest tylko trzech,  a nas dwudziestu,  to po ile wypadnie nam na głowę” – powiedział zmartwiony. Doradziłem mu, aby chodził z mniejszą ekipą, to więcej zarobią. Potem zaprosił nas na dyskotekę do „Remontu”, gdzie był bramkarzem.

Tak pan trafił do „Mokotowa”, a w efekcie do  gangu obcinaczy palców?

Trudno powiedzieć, jak to się wszystko zaczęło i w jakich okolicznościach się spotkaliśmy. Znałem wówczas pół Warszawy.  Z nimi też miałem kontakt. Ale na początku głównie telefoniczny. Oni kupowali ode mnie broń, wtedy już  przychodzili do mnie. Ja ich dobrze nie znałem. Po prostu to byli jedni z wielu moich klientów. Wtedy też prowadziłem dla nich nasłuch policyjnych rozmów, gdy robili jakieś akcje, to ich ostrzegałem. Oni na początku nie wiedzieli, że mam specjalne radio, dzięki któremu podsłuchuję policję na jej częstotliwościach. Byli pewni, że mam opłaconego policjanta i płacili mi za to. Prowadziłem też nasłuch dla innych grup (…).

Ciąg dalszy rozmowy w książce „Komando śmierci”.  

Janusz Szostak

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*