MORDERCY NIE ZAZNAJĄ SPOKOJU

Premier Exif JPEG

 – Syna nie ma w domu – powiedziała. Nie zdążyła dowiedzieć się kto o niego pyta. Nieoczekiwanie padł strzał. Kula przebiła drzwi i zraniła kobietę w brzuch. Kilka godzin później 62-letnia Stanisława W. zmarła na stole operacyjnym.

Przez 20 lat sprawca tej zbrodni pozostawał bezkarny. Wprawdzie po zabójstwie kobiety policja wiedziała w jakim środowisku go szukać, ale to było za mało, żeby go dorwać. Sprawa została umorzona.

Nie ma jednak zbrodni doskonałej. Jest to wymysł autorów powieści kryminalnych i scenarzystów filmowych. Tak naprawdę żaden morderca nie jest na tyle sprytny i inteligentny, żeby nie zostawić śladów w miejscu zbrodni. Przy dzisiejszych możliwościach kryminalistyki większość z nich można już zidentyfikować. Niekiedy jednak muszą upłynąć lata nim zabójcę dosięgnie kara.

Pogranicze we krwi

Zabójstwo Stanisławy W. z Terespola nad Bugiem było związane z porachunkami grup przestępczych, rywalizujących pod koniec XX wieku o wpływy na polsko-białoruskim pograniczu. Starsza pani nie miała nic wspólnego z wojną gangów, natomiast w biznesie tym od jakiegoś czasu siedział jej syn, Dariusz S. znany w swoim środowisku pod pseudonimem „Tulipan”. I – jak później wykazało śledztwo – to on był w rzeczywistości celem wynajętego kilera.

W latach 90. XX wieku stałym widokiem na polsko-białoruskim przejściu granicznym w Terespolu były kolejki aut czekających na odprawę celną. Zdarzało się, że ogonki ciągnęły się kilometrami a oczekiwania kierowców na wjazd do Polski lub na Białoruś trwały nawet 4-5 dni. Innym elementem tamtych czasów w Terespolu była walka grup przestępczych o przejęcie wpływów na pograniczu. Przynosiły one kolosalne zyski, toteż gangsterzy – zarówno Polacy, jak też Białorusini, Ukraińcy i przedstawiciele innych krajów, powstałych po rozpadzie ZSRR – nie przebierali w środkach. Dotkliwe pobicia i okaleczenia, tajemnicze zniknięcia, szantaż i morderstwa – to wszystko było niemal na porządku dziennym.

Pytanie, o kogo lub o co przestępcy tak się bili? Odpowiedź brzmi: o kierowców czekających w kolejce na odprawę. Często padali oni ofiarami napadów rabunkowych. Okradano także pasażerów autokarów wycieczkowych. „Turyści” zza Buga sprzedawali na polskich bazarach towary, które u nas w sklepach kosztowały o wiele drożej niż u nich. Skupowali natomiast dolary i inne zachodnie waluty. Przestępcy mieli więc na kim się obłowić. Ponadto stałym zjawiskiem było wymuszanie haraczy od podróżnych.

Tirowcy i wycieczkowicze niewątpliwie potrzebowali ochrony przed bezwzględnymi zbójami. Oficjalne służby graniczne – polskie i białoruskie – nie były w stanie jej zapewnić, bo to nie leżało w ich kompetencjach. Policja też niewiele mogła. Interweniowała tylko w przypadku jawnego przekroczenia prawa, co nie poprawiało bezpieczeństwa, bo przestępcy byli zbyt sprytni by dać się złapać na gorącym uczynku. Natura nie znosi jednak próżni.

Wojna na całego

Skoro było zapotrzebowanie na ochronę, to pojawiła się. Stanowiły ją firmy ochroniarskie. Jedne legalne, inne funkcjonujące na dziko. Działania jednych i drugich niewiele miały wspólnego z legalnością. De facto były to kolejne grupy przestępcze, które pod pozorem ochrony wymuszały od osób oczekujących na przekroczenie granicy, wymuszały haracze. Na przykład 10 złotych od głowy za ranne budzenie. Płacić trzeba było ponadto za sprzątanie, za nocne pilnowanie kolejki a nawet wymyślono „taryfę ekologiczną”. Ochroniarze paradowali w czarnych mundurach, nosili pałki, paralizatory, atrapy broni palnej. Już sam ich wygląd zniechęcał do targowania się. Tych, którzy nie chcieli płacić za „ochronę”, siłą usuwano z kolejki, bito i straszono.

Interes był zyskowny, więc chętnych do pilnowania porządku i bezpieczeństwa w kolejkach na granicy nie brakowało. Dla wszystkich nie starczało miejsca. I na tym właśnie tle dochodziło w Terespolu do krwawych rozpraw między działającymi na rynku firmami ochroniarskimi.

Podobno Dariusz S. był związany z jedną z takich firm i pełnił w niej kierowniczą funkcję. Czy tak naprawę było, tego nie sposób dziś ustalić. Kilka tygodni przed zabójstwem matki Dariusza S. mężczyzna wszedł w sojusz z bossem konkurencyjnej grupy, niejakim  Mariuszem L. pseudonim „Wara”. To się nie spodobało przestępcom zza Buga, którzy także udzielali się na przejściu granicznym jako „ochroniarze”. Porozumienie zawarte między Dariuszem S. i Mariuszem L. odebrali jako konsolidację dotychczas skłóconych ze sobą polskich firm i obawiali się, że zostaną zmuszeni do wycofania się z tego interesu.

Śledztwo wykazało, że postanowili zemścić się na Dariuszu S. Dlaczego wzięli na celownik „Tulipana” a nie „Warę”? Ano dlatego, że Dariusz S., który rządził twardą ręką i słynął z brutalności, już wcześniej im się naraził. Ponadto to jego a nie Mariusza L. uważali za faktycznego przywódcę wrogiego gangu.

W tym środowisku nie prowadzi się rozmów biznesowych. Nie istnieją sądy arbitrażowe. Porachunki są załatwiane za pomocą noża lub spluwy. Na „Tulipana” wydany został wyrok śmierci. Wybrano egzekutorów i ustalono datę.

Młodzi, krótko ostrzyżeni

Środa 4 września 1996 roku była ciepłym, słonecznym dniem. Wieczorem piłkarska reprezentacja Polski rozgrywała na stadionie w Zabrzu mecz towarzyski z Niemcami, które kilka miesięcy wcześniej zdobyły na Euro tytuł mistrzów Starego Kontynentu.

O godzinie 23.00 do mieszkania przy ulicy Wojska Polskiego w Terespolu, zajmowanego przez Dariusza S. i jego matkę ktoś zapukał. Stanisława W. spytała: –  Kto tam?

 – My do Tulipana – padła odpowiedź. Słyszała ją przebywająca w jednym z pokoi wnuczka kobiety. Choć była wtedy dzieckiem, nie miała wątpliwości, że głos należał do młodego mężczyzny. Zwróciła uwagę na jego śpiewny wschodni akcent.

Stanisława W. zgodnie z prawdą odpowiedziała, że syna nie ma. Ostatnio Dariusz S. rzadko nocował w domu. Najwyraźniej obawiał się wizyt nieproszonych gości. To były ostatnie słowa kobiety. Zaraz potem przez zamknięte drzwi padł strzał z broni palnej. Starsza pani, trafiona w środek brzucha, upadła na podłogę w przedpokoju. Zaczęła krwawić, krzyczała z bólu i prosiła o pomoc.

Przybiegli sąsiedzi zaalarmowani hukiem wystrzału. Wezwali karetkę pogotowia. Stanisława W. w krytycznym stanie trafiła do szpitala w Białej Podlaskiej. Zapadła decyzja o przeprowadzeniu operacji, niestety kula nieodwracalnie uszkodziła narządy wewnętrzne kobiety: wątrobę, śledzionę, żołądek i jelita. Lekarzom nie udało się uratować Stanisławie W. życia. Emerytka zmarła około godziny drugiej w nocy.

Na miejscu zbrodni już była policja. Zabezpieczono łuskę po kuli, przesłuchano świadków. Strzał słyszeli sąsiedzi. Widzieli wybiegających z budynku dwóch młodych, krótko ostrzyżonych mężczyzn, którzy następnie wsiedli do zaparkowanego przed domem czerwonego volkswagena golfa na białoruskich tablicach rejestracyjnych i odjechali z piskiem kół.

Inni świadkowie zeznali, że dwaj mężczyźni mówiący ze wschodnim akcentem, których rysopisy pasowały do przypuszczalnych zabójców, już wcześniej nachodzili Stanisławę W. i pytali o jej syna. Matka zawsze odpowiadała,  że nie ma go w domu i nie wie, gdzie przebywa. Nigdy ich nie wpuściła do mieszkania. Kilka dni wcześniej w oknie jej mieszkania wybito szyby. To też mogła być ich robota.

To była zemsta

Prowadzący śledztwo w tej sprawie funkcjonariusze policji z Białej Podlaskiej i Lublina nie mieli wątpliwości, że zabójstwo matki „Tulipana” stanowi kolejny element krwawej walki o wpływy na wschodnim pograniczu. Sporo już wiedzieli o stosunkach jakie panowały między rywalizującymi ze sobą gangami i o roli jaką rzekomo w nich pełnił Dariusz S. (m.in. dowiedzieli się o próbie zmonopolizowania przez niego opłat kolejkowych).

Wszystko wskazywało na to, że konkurencja postanowiła się na nim zemścić. Dlaczego jednak zabito matkę „Tulipana” a nie jego? Możliwych wyjaśnień było kilka. Albo ten, który pociągnął za spust myślał, że Dariusz S. jednak jest w domu i strzelił, sądząc, że celuje do niego, albo w ostatniej chwili plan się zmienił i zdecydowano się ukarać go w sposób szczególnie okrutny, zabijając mu matkę. I jeszcze trzecia możliwość: niewykluczone, że zniecierpliwionemu ciągłą nieobecnością „Tulipana” w domu kilerowi puściły nerwy i strzelił na ślepo w drzwi mieszkania.

Tak czy inaczej, z poczynionych bezpośrednio po zbrodni ustaleń i z wcześniejszych materiałów dochodzeniowych wynikało, że  zabójców Stanisławy W. należy szukać wśród przestępców zza Buga.  Policja przesłuchała wielu świadków w tej sprawie, zebrano i zabezpieczono ślady z miejsca zbrodni; wiedziano z jakiej broni padł strzał i dysponowano portretami pamięciowymi podejrzanych. Działania te nie doprowadziły jednak do ustalenia i zatrzymania sprawców. Najprawdopodobniej zaraz po zabójstwie wyjechali z Polski. W 1996 r. międzynarodowa współpraca policji dotycząca ścigania przestępców dopiero raczkowała. Nie było szybkich i niezawodnych środków łączności. Technika śledcza nie pozwalała na identyfikację śladów w tak szerokim zakresie jak obecnie. Z powodu nie wykrycia sprawców sprawa została umorzona.

Kierunek Niemcy

Po wielu latach nierozwiązanym zabójstwem zainteresowali się policjanci z powstałego w pierwszych latach XXI wieku Archiwum X Wydziału Kryminalnego KWP w Lublinie. Zajmuje się on rozwikłaniem niewyjaśnionych zagadek kryminalnych sprzed lat.

Okazało się, że do Stanisławy W. strzelał Uladzimir M., obywatel Białorusi.
fot. KWP Lublin

Nawiązano współpracę z białoruskimi instytucjami państwowymi i organami ścigania (m.in. z  funkcjonariuszami Głównego Zarządu Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości i Korupcji Zarządu VI w Brześciu i z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych Białorusi) oraz z policjantami z Białej Podlaskiej. Ponadto zastosowano nowoczesne środki techniczne, m.in. badanie śladów DNA i skorzystano z komputerowej bazy odcisków palców AFIS.

Działania te doprowadziły do ustalenia jednego ze sprawców zbrodni. Okazało się, że do Stanisławy W. strzelał Uladzimir M., obywatel Białorusi. W 1996 miał 18 lat. Wydany został Europejski Nakaz Aresztowania. Przez kilkanaście miesięcy nie było wiadomo gdzie Uladzimir M. przebywa. Poszukiwania prowadzono w kilku krajach europejskich. Pod uwagę brano m.in. Niemcy. I ten trop okazał się właściwy.

Wiosną 2016 roku policja uzyskała informację, że podejrzany o zbrodnię sprzed 20 lat widziany był w mieście Augsburg. Pod koniec marca niemiecka policja zatrzymała Uladzimira M. Przez miesiąc trwała procedura związana z ekstradycją do Polski. Na początku maja 2016 r,. podejrzany został w asyście funkcjonariuszy policji przetransportowany do Lublina.

Skrucha i żal zabójcy

16 grudnia 2016 r. Prokuratura Okręgowa w Lublinie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Uladzimirowi M. W śledztwie ustalono, że Stanisława W. była przypadkową ofiarą porachunków gangsterskich. Sprawca oddał strzał w kierunku  zamkniętych drzwi mieszkania nie w zamiarze zabicia kobiety, lecz  żeby zastraszyć jej syna. Nie pomyślał, że może komuś zrobić krzywdę.

Uladzimir M. przyznał się do zarzutu zabójstwa i wyraził skruchę z powodu śmierci przypadkowej osoby. W czasie procesu w Sądzie Okręgowym w Lublinie przepraszał rodzinę Stanisławy W. Ze łzami w oczach mówił, że zdaje sobie sprawę ile zła wyrządził. Przez 20 lat widok zastrzelonej kobiety ciągle go prześladował. Nigdy nie pozbędzie się poczucia winy.

Jego zachowanie budziło jednak mieszane uczucia. Czy naprawdę tak mocno przeżywał zabójstwo kobiety, tego nie sposób sprawdzić. Wiadomo natomiast, że po ucieczce z Polski i osiedleniu się w Niemczech nie zaprzestał stosowania przemocy. Partnerka mężczyzny zeznała, że parę razy dotkliwie ją pobił.

 W czerwcu 2017 r. sąd skazał Uladzimira M. na karę 10 lat więzienia. Gdyby został zatrzymany i postawiony w stan oskarżenia przed 1998 r. mógłby zostać skazany na karę śmierci, która wtedy jeszcze w Polsce obowiązywała chociaż jej nie wykonywano.

Rozwikłanie zagadki zabójstwa Stanisławy W. to przykład na to jak bardzo potrzebni są w policji ludzie (niekiedy są to emerytowani funkcjonariusze wydziałów kryminalno-dochodzeniowych), którzy badają niewyjaśnione zbrodnie sprzed lat. Innym spektakularnym sukcesem lubelskiego wydziału Archiwum X było zatrzymanie w 2011 r. sprawcy potrójnego zabójstwa małżeństwa stomatologów i ich pracownika, popełnionego w roku 1991 w Opolu Lubelskim.

Przypomnijmy, że w polskim prawie przedawnienie karalności za zabójstwo następuje po 30 latach od popełnienia przestępstwa. Ci, którym zostało niewiele do uniknięcia odpowiedzialności, być może już odliczają czas. Jednak każdy dzień jest dla nich wiecznością. Niewykluczone, że niektórzy ujdą sprawiedliwości. Tylko co potem zrobią ze swoim życiem?

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*