ON DZIŚ W NOCY MUSI UMRZEĆ!

 Delikatna dziewczęca ręka niewprawnym ruchem pociągnęła spust pistoletu. Broń wypaliła. Trafiony w plecy mężczyzna poniósł natychmiastową śmierć. Pozornie wszystko było jasne. Morderczyni przyznała się do winy. Nie znała jednak  szczegółów zbrodni, wzięła winę na siebie, ponieważ chciała chronić mordercę.

 7 kwietnia 1946 roku do funkcjonariusza MO, pełniącego wartę przed komendą miejską w Lublinie, podbiegł kilkunastoletni chłopak. Wręczył mu list w kopercie, po czym błyskawicznie wmieszał się w tłum przechodniów. List okazał się nader interesujący. Była to informacja o zabójstwie Władysława Dębickiego, właściciela jadłodajni przy ulicy Cyruliczej 4 w Lublinie. Do morderstwa miało dojść w sobotę 5 kwietnia w nocy, a zwłoki mężczyzny leżą do tej pory w piwnicy domu. Autor listu nie przedstawił się z imienia i nazwiska.  Podpisał się jako „NSZ”, czyli Narodowe Siły Zbrojne.

Nie udawała żalu

List trafił do wydziału kryminalnego MO. Zdaniem śledczych został napisany przez kobietę. Świadczyło o tym drobne pismo oraz niektóre sformułowania. Czy ze sprawą rzeczywiście miało związek zbrojne podziemie? Nie można było niczego wykluczyć, choć wydawało się to naciągane.

W pierwszej kolejności postanowiono sprawdzić, czy informacja o zbrodni jest prawdziwa. Wywiadowcy udali się pod wskazany adres. W rok po zakończeniu wojny Lublin był jednym z najbardziej przeludnionych miast w Polsce. Zmorą lublinian były przymusowe dokwaterowania lokatorów. W jednym mieszkaniu gnieździło się czasami po kilkanaście osób. Brakowało jedzenia, leków, benzyny i w zasadzie wszystkiego.

Z ulicy Staszica, gdzie mieściła się siedziba komendy milicji, na Stare Miasto jest o rzut beretem. Jednak wywiadowcom droga zajęła prawie pół godziny. Musieli przeciskać się przez ciżby przekupek, okupujących chodniki i omijać jeżdżące na wyczucie furmanki. Wrzało niczym w biblijnej wieży Babel.

Ulica Cyrulicza w czasie okupacji stanowiła część getta. Na parterze trzypiętrowej kamienicy pod numerem 4 widniał szyld jadłodajni Dębickich. Przed wojną właścicielem lokalu była żydowska rodzina Jeleniewiczów.

Informacja podana w liście potwierdziła się. Milicja po wejściu do piwnicy znajdującej się przy tylnych drzwiach do jadłodajni znalazła zwłoki Władysława Dębickiego z raną postrzałową pleców. Przeprowadzono rozmowę z żoną restauratora.

– Mąż wyjechał w interesach w sobotę wieczorem i do tej pory nie wrócił – poinformowała śledczych Petronela Dębicka. Kiedy zaprowadzono ją do piwnicy, kobieta sprostowała wcześniejszą wypowiedź. Mąż miał wyjechać, wspominał jej o tym, ale ona widziała jedynie, jak wychodził z mieszkania. Dębicka nie sprawiała wrażenia szczególnie poruszonej tragiczną śmiercią męża. Wyjaśniła powód swojej oschłości.

– Nie byliśmy dobrym małżeństwem, o czym pewnie już wiecie, albo wkrótce się dowiecie. Nie mam więc zamiaru udawać żalu – powiedziała milicji.

Córka coś kręci

Związek Dębickich rzeczywiście nie należał do udanych. Był to w tym przypadku eufemizm. Dębicki, jak stwierdzili mieszkańcy kamienicy, po pijanemu znęcał się nad żoną. Bił ją i jej groził. Nie lepiej traktował córkę. Na jadłodajnię były skargi o nielegalny wyszynk alkoholu i zakłócanie ciszy nocnej.

– To nie była żadna jadłodajnia, tylko zwyczajna mordownia – powiedzieli milicji sąsiedzi Dębickich. – Zbierali się w niej różni tacy ze Starego Miasta, Koziej i Dolnej Marii Panny. Sam kwiat Lublina. Całą grupą jeździli na Śląsk na szaber, a potem w  knajpie dzielili się zyskami. Tu nie raz lała się krew.

Milicja znała takie historie. W mieście ogarniętym powojennym rozgardiaszem trudno było jednak zlikwidować patologiczne zjawiska. Wywiadowcy zainteresowali się córką właścicieli jadłodajni. 18-letnia Leokadia Dębicka, uczennica gimnazjum, zeznała, że nic nie wie na temat śmierci ojca. Zachowywała się jednak dziwnie – jakby coś ukrywała – a jednocześnie butnie. Miała pretensję, że milicja zabiera jej czas i odrywa od nauki. Mimo młodego wieku, niewątpliwie była osóbką z charakterem.

Pobrano próbkę jej pisma i przekazano grafologom. Ci stwierdzili, że dziewczyna nie napisała listu z informacją o morderstwie Dębickiego. Gimnazjalistka została jednak zatrzymana, ponieważ w trakcie rewizji mieszkania milicja znalazła w jej rzeczach kopertę, identyczną jak ta, w której przyszedł list do milicji. Na kopercie figurowało: „Irena Wojciechowska, Lublin, Kozia 4/6”.

Irena szybko „pękła”

– Nie znam Ireny Wojciechowskiej, nigdy o niej nie słyszałam. Ta koperta znalazła się u mnie przez przypadek – Leokadia Dębicka szła w zaparte. W dalszym ciągu nie spuszczała z tonu. Żądała od milicji, żeby ją wypuściła, gdyż – jak mówiła – miała w tym dniu pilne sprawy do załatwienia.

Jej wyjaśnienia były szytymi grubymi nićmi kłamstwami. Z zeznań personelu jadłodajni wynikało, że Leokadię często odwiedzała koleżanka o imieniu Irena. To córka handlarki z ulicy Koziej. Milicja poszła do niej.

Irena Wojciechowska miała 20 lat. Była drobną dziewczyną o bladej, wylęknionej twarzy. Gdy milicja ją przesłuchiwała, początkowo także twierdziła, że nic nie wie o zabójstwie na Cyruliczej. Do jadłodajni Dębickich nie chodziła, nie znała ani właścicieli, ani ich córki. W przeciwieństwie do Leokadii Dębickiej zachowywała się niepewnie, głos jej się łamał, plątała się w wyjaśnieniach. Było tylko kwestią czasu, kiedy „pęknie” i zacznie mówić prawdę.

Nastąpiło to po okazaniu Wojciechowskiej wyników ekspertyzy grafologicznej jej pisma, z której wynikało, że napisała list do milicji z informacją o zabójstwie Władysława Dębickiego. Dziewczyna zalała się łzami, po czym przyznała się do popełnienia zbrodni. Zrobiła to, bo chciała pomóc przyjaciółce.

Ten świat ją wchłonął

Poznały się kilka miesięcy temu. Chociaż Leokadia Dębicka była od niej dwa lata młodsza, imponowała jej obyciem, przebojowością, tupetem, powodzeniem u mężczyzn. Irena wiedziała, że nigdy nie dorówna przyjaciółce i nawet nie próbowała z nią rywalizować.

Leokadia zapraszała ją do mieszkania i do lokalu ojca. Miała drogie ubrania, które chętnie pożyczała Irenie. Wojciechowska poznała jej rodziców. Na początku zrobili na niej korzystne wrażenie.

– Pan Władysław troszczył się o mnie, gdy chorowałam. Przyniósł mi ciastka od Chmielewskiego. Nie widziałam, żeby kłócił się z żoną – zeznała dziewczyna.

W równym stopniu co Leokadia, fascynowało ją towarzystwo zbierające się w jadłodajni. To byli ludzie z szerokim gestem, pili francuskie koniaki, palili Camele. Świat, wcześniej nieznany córce ubogiej przekupki z Koziej, całkowicie ją wchłonął. Szukała towarzystwa mężczyzn z grubo wypchanym portfelem, którzy czasem łaskawie obdarowali ją zagraniczną czekoladą lub parą nylonowych pończoch – wówczas marzeniem większości polskich kobiet.

Czy wiedziała skąd ci młodzi, pewni siebie mężczyźni w wyglansowanych na błysk oficerkach, mają tyle pieniędzy i dóbr? Coś tam słyszała, że jeżdżą „w interesach” na Ziemie Odzyskane. Nawet raz czy dwa wybrała się z nimi pod Katowice. Potem była wielka zabawa. Tyle na ten temat wiedziała.

Na dobre i na złe

Kilka tygodni przed zbrodnią Leokadia przyszła do niej cała we łzach. Trudno było ją uspokoić. Powiedziała do Ireny, że chce jej przekazać pewien sekret. Chodziło o ojca. Tylko przy obcych udawał miłego, kulturalnego człowieka. Tak naprawdę to brutal, alkoholik i psychopata. Gdy wypije, dostaje małpiego rozumu.

– Bije mamę i mnie, grozi nam śmiercią. A dziś… – głos Leokadii się załamał, otarła oczy. Dokończyła po chwili: – Przyszedł w nocy i zaczął się do mnie dobierać. To nie był pierwszy raz…

Wojciechowska słuchała wstrząśnięta. Być może nie uwierzyłaby w historię przyjaciółki, gdyby nie jej własne doświadczenia, o których nikomu nie ośmieliła się powiedzieć. Dębicki i do niej próbował się przystawiać, gdy był pijany.

W początkowej fazie śledztwa Irena Wojciechowska utrzymywała, że zastrzeliła Dębickiego sama, bez udziału innych osób. Chciała bronić przyjaciółkę przed okrutnym i lubieżnym ojcem. Planowała zabójstwo, ale nie miała pojęcia, w jaki sposób je popełnić. Okazja pojawiła się kilka dni temu. W mieszkaniu jej matki na Koziej kwaterował oficer WP. Dziewczynie udało się wyśledzić, że żołnierz po powrocie ze służby chował pistolet do podręcznej walizki, której nie zamykał na klucz.

W sobotę 5 kwietnia Wojciechowska po kryjomu zabrała mu broń i poszła z nią do Dębickich. Zeznała, że gdy właściciel jadłodajni udał się po coś do piwnicy, ruszyła za nim i wpakowała mu kulę w plecy. Mężczyzna zginął natychmiast. Po dokonaniu zabójstwa powiedziała o wszystkim swojej przyjaciółce, która przeszła nad tym faktem do porządku.

Leokadia Dębicka potwierdziła jej zeznanie. Od siebie dodała, że Irena chciała jak najszybciej powiadomić organa ścigania o zbrodni. W tym celu napisała list do milicji list, informując o zwłokach mężczyzny w piwnicy.

– Pisała go w mojej obecności, ale sama, ja jej nie pomagałam. Podpisała się „NSZ”, żeby zmylić trop. Popełniła jeden błąd. Zaadresowała kopertę własnym imieniem i nazwiskiem. Gdy to zobaczyłam, poradziłam jej, żeby nie podawała takich informacji, bo wyda się, że to ona. Wzięła więc inną kopertę, a tę zapisaną musiała przez nieuwagę zostawić w moim pokoju. W poniedziałek rano poprosiła jakiegoś chłopaka na ulicy, żeby dostarczył milicji list – tłumaczyła Dębicka.

Ulica Cyruliczej w Lublinie, Tu mieściła się jadłodajnia Władysława Dębickiego

Kto zabił restauratora?

Pozornie wszystko było jasne. Morderczyni przyznała się do winy, a przyjaciółka potwierdziła jej wersję. W rzeczywistości niewiele się zgadzało. W zasadzie nic. Wojciechowska zeznała, że zastrzeliła Dębickiego w piwnicy. Nie znaleziono w niej jednak łuski po kuli. Zdaniem techników milicyjnych restauratora zamordowano najprawdopodobniej na ulicy w pobliżu domu, a do piwnicy zaciągnięto zwłoki.

Dlaczego Wojciechowska kłamała? Nasuwało się tylko jedno sensowne wytłumaczenie: to nie ona zabiła Dębickiego. Nie znając szczegółów zbrodni, wzięła winę na siebie, ponieważ chciała chronić osobę, która oddała do mężczyzny śmiertelny strzał. Tą osobą nie mógł być nikt inny niż jej serdeczna przyjaciółka Leokadia Dębicka.

Nie wiadomo, na ile prawdziwa była historia Dębickiej o tym, że ojciec ją bił i próbował molestować seksualnie, wiadomo natomiast, że sporo zyskiwała na jego śmierci. Zgodnie z prawem cały majątek restauratora dziedziczyła jej matka, ale tylko formalnie. Petronela Dębicka nie liczyła się w tym domu. Córka, która miała duże potrzeby finansowe, prędzej czy później wszystko by od niej wyciągnęła.

To była tylko hipoteza niepoparta twardymi dowodami. Irena Wojciechowska nadal pozostawała główną podejrzaną. W maju 1946 roku  miała odpowiadać za zabójstwo przed sądem doraźnym, jednak z uwagi na wątpliwości co do poczytalności oskarżonej, postanowiono rozpatrzyć sprawę w trybie zwyczajnym. Sąd zlecił zbadanie stanu umysłowego Wojciechowskiej oraz zarządził uzupełnienie materiału dowodowego.

Prawdziwy potwór

Sprawa weszła na wokandę Sądu Okręgowego w Lublinie pod koniec lipca. Jako ostateczną wersję przyjęto, iż śmiertelny strzał do właściciela jadłodajni oddała Irena Wojciechowska, jednakże zabiła go za namową Leokadii Dębickiej, w związku z tym na ławie oskarżonych zasiadły obie dziewczyny.

Niejasne pozostały powody, dla których osiemnastoletnia uczennica gimnazjum postanowiła pozbyć się ojca. Wykorzystała w tym celu przyjaciółkę, która była narzędziem w jej ręku. To w umyśle Dębickiej narodziła się myśl o zabójstwie. Podzieliła się nią z Wojciechowską. Zaczęła snuć plan zbrodni.

Pierwotnie chciała wynająć płatnego zabójcę. Pytała Irenę, czy zna kogoś, kto byłby gotów wyprowadzić jej ojca na przykład na Nową Drogę i tam go zamordować. Przyjaciółka obiecała się rozejrzeć, ale rzecz jasna nikogo odpowiedniego nie znalazła, bo i skąd?

Dębicka zżymała się i niecierpliwiła. Wojciechowska obawiając się, że Leokadia nie będzie chciała się z nią przyjaźnić, rozpaczliwie zaczęła szukać sposobu, żeby ją udobruchać. Wreszcie za sprawą niefrasobliwego oficera, który zamieszkał u jej matki na kwaterze, pojawiła się realna możliwość zabójstwa. Dębickiej spodobał się pomysł z kradzieżą pistoletu i nakazała Wojciechowskiej przyjść do nich z bronią wieczorem 5 kwietnia.

– Dziś w nocy ojciec musi umrzeć – powiedziała do niej. Zgodnie z planem Leokadii udały się do jadłodajni, gdzie był Dębicki. Córka wyprowadziła go na ulicę, a Wojciechowska poszła za nimi. Na dany przez przyjaciółkę znak, strzeliła mężczyźnie w plecy. Potem we dwie przeniosły zwłoki do piwnicy.

Dziewczęta spędziły razem noc. Dębicka przekonywała Irenę, że nie poniesie surowej kary, ponieważ wynajmie jej dobrego adwokata, który ją z tego wybroni. Zresztą ojciec był złym człowiekiem i zasługiwał na śmierć. Wojciechowska chciała już w niedzielę rano poinformować milicję o zwłokach w piwnicy. Dębicka poprosiła ją, by wstrzymała się z wysłaniem listu do poniedziałku.

– Dlaczego oskarżona nie chciała, żeby milicja  dowiedziała się o wszystkim w niedzielę? – spytał sąd.

Powód był tyleż prozaiczny, co nieco upiorny w zaistniałej sytuacji. Dębicka nie zamierzała psuć sobie niedzieli, bo w tym dniu miała iść na prywatkę do znajomych.

Uznano, że chociaż za spust pistoletu pociągnęła Irena Wojciechowska, to działała pod wpływem Leokadii Dębickiej, która planując zabójstwo ojca, wykorzystała jej naiwność i oddanie. Wcale nie zamierzała pomóc Wojciechowskiej, gdy tamtą zatrzymała milicja, lecz dodatkowo ją obciążała. To młodsza z dziewczyn okazała się prawdziwym potworem i zasługiwała na surowszą karę niż bezpośrednia sprawczyni. 27 lipca 1946 roku sąd skazał Leokadię Dębicką na 8 lat więzienia. Wyrok 4 lat pozbawienia wolności usłyszała Irena Wojciechowska, u której stwierdzono niski poziom intelektualny na granicy niedorozwoju.

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*