BANDA UKRAIŃSKICH ZBÓJÓW

Dziesięciolatek przeżył koszmar nie do opisania. Związali mu ręce i kazali schować się pod kołdrą. Grozili, że jak nie będzie posłuszny, zabiją mu ojca. To nie była ich jedyna ofiara. Ukraińscy bandyci siali strach w okolicach Chełma. Byli zamaskowani, zawsze nosili na dłoniach rękawiczki. Zachowywali się ostrożnie, nie wykonując niepotrzebnych czynności. Po napadach nie zostawiali w miejscu przestępstwa ani odcisków palców, ani śladów DNA. To nie byli nowicjusze w bandyckim „fachu”.

 Wiosną ubiegłego roku w powiecie chełmskim zapanowała psychoza strachu za sprawą brutalnych napadów rabunkowych. Zamaskowani bandyci wchodzili nocą do domów, które uznawali za bogate. Bili gospodarzy oraz grozili im śmiercią i okaleczeniem. Byli bezwzględni dla dziecka jednego z poszkodowanych. Ludzie bali się ich do tego stopnia, że każdy obcy, który pojawiał się w okolicy, budził nieufność. Strach nie minął nawet wtedy, gdy policja zatrzymała kilku zbirów.

Nocne najście

Pierwszy horror rozegrał się w miejscowości Ochoża-Kolonia 3 maja 2018 roku. Mieszkające w wolnostojącym domu małżeństwo w średnim wieku wcześniej położyło się spać. Przed snem nie zamknęli na zasuwę drzwi wyjściowych. Nie było takiej potrzeby, okolica spokojna, wszyscy się znali, żadni złodzieje tu nie grasowali.

Kwadrans po godzinie 23 zbudziło ich warczenie psów, pilnujących posesji. Śpiący na parterze Maciej S. nie zdążył wstać z łóżka. Ktoś wszedł do domu. Gospodarz został oślepiony światłem latarki. W mroku dostrzegł kilka zamaskowanych postaci. Przyskoczyli do niego, wykręcili mu ręce i zrzucili go z posłania na podłogę. Związali mu ręce na plecach. Jeden z napastników zagroził Maciejowi S. widłami. Jego kompani obezwładnili też jego żonę, która spała na piętrze. Zaczęli plądrować mieszkanie.

– Dawajcie pieniądze! Wszystkie, jakie macie – nakazali. Mówili ze wschodnim akcentem. Małżonkowie oddali im około 2 tysiące złotych, ale bandyci żądali więcej.

Byli przekonani, że gospodarze zajmują się handlem samochodami i mają w domu gotówkę, m.in. za sprzedane niedawno zielone subaru. Poszkodowani próbowali im wytłumaczyć, że to pomyłka. Nie zajmują się handlem samochodami. Nie mogą mieć pieniędzy z transakcji, która nie miała miejsca. Bandyci im nie uwierzyli. Żeby ich zmusić do uległości, zaciągnęli mężczyznę do łazienki, napuścili do wanny wody i zaczęli go podtapiać.

Nic jednak nie wskórali groźbami i torturami. Małżonkowie powiedzieli prawdę. Zielonym subaru jeździł inny mieszkaniec Kolonii-Ochoży. Człowiek ten robił różne interesy m.in. z Ukraińcami. Bandyci pomylili adresy. Gdy w końcu to zrozumieli, zabrali zrabowaną gotówkę i opuścili posesję.

Nie potrudzili się, żeby rozwiązać gospodarzy. Zagrozili im, że jeśli zawiadomią policję wrócą i spalą ich. Mimo to po ich wyjściu Marta S. uwolniła z więzów siebie i męża, po czym poszkodowani poinformowali o napadzie organy ścigania.

Policja zabezpieczyła niewiele śladów. Przestępcy byli ostrożni, działali w rękawiczkach, a twarze zasłaniali kominiarkami. Najważniejsza informacja: posługiwali się językiem ukraińskim. To mogło wskazywać, z jakiego kraju pochodzą. Nie można było jednak wykluczyć, że mówili po ukraińsku, żeby zmylić ofiary i policję.

Tortury żelazkiem

Od pierwszego napadu nie minął nawet tydzień, gdy rozegrał się drugi, bardzo podobny dramat. Tym razem bandyci w kominiarkach zaatakowali rodzinę zamieszkałą w miejscowości Okszów. 9 maja w okazałym domu nie nocowali gospodarze. Przebywał w nim natomiast Marcin C., syn właścicieli ze swoją partnerką.

Około godziny pierwszej w nocy zamaskowani rabusie wtargnęli przez garaż do mieszkania. Obudzili domowników. Pobili brutalnie mężczyznę, natomiast kobietę związali i zakneblowali jej usta taśmą samoprzylepną.

– Gdzie są pieniądze Marcinie? – spytali syna właścicieli. Fakt, iż zwrócili się do niego po imieniu, sugerował, że znali tę rodzinę. Co jednak nie oznaczało, że gospodarze znają ich.

Przerażony mężczyzna odparł, że gotówka jest w podręcznej metalowej kasetce. Przynieśli ją. Było w niej 20 tysięcy złotych. Przysięgał, że to wszystko co mają. Domagali się więcej. Bili Marcina C. po stopach gumowym młotkiem. Jeden z nich straszył gospodarza obcięciem palców u dłoni.

– Najpierw jeden, później drugi, a potem już prawie nie będzie bolało – mówił z okrutnym uśmiechem. Kazał kompanom przynieść sekator. Wymyślili jednak inny sposób na skłonienie go do wydania gotówki. Znaleźli w mieszkaniu żelazko i podłączyli je do prądu. Gdy urządzenie rozgrzało się, przypalali nim uda mężczyzny. Marcin C. uparcie jednak powtarzał, że nie mają żądanej kwoty. Jeden z napastników, zdenerwowany jego uporem, w przypływie agresji złamał mu obojczyk.

Zaczynało się robić widno. Ludzie budzili się ze snu, wychodzili z domów. Bandyci uznali, że dalszy pobyt w tym domu jest zbyt dużym ryzykiem. Zabrali gospodarzom 20 tysięcy złotych w gotówce oraz kilogram biżuterii, m.in. wart ponad 3 tysiące złotych  naszyjnik i kolekcję srebrnych monet, po czym uciekli. Pobitego mężczyznę zostawili w pokoju, a kobietę, skrępowaną sznurem, w łazience.

Marcin C. i jego partnerka wyczołgali się na taras domu. Zaczęli wołać o pomoc. Zwrócili uwagę przechodniów, którzy rozwiązali ich, po czym powiadomili pogotowie i policję. Pokrzywdzeni nie odnieśli obrażeń zagrażających życiu.

Bezradność policji

Formalnie prokuratura i chełmska komenda powiatowa policji prowadziły odrębne śledztwa w sprawie dwóch napadów, których okoliczności były do siebie bardzo podobne. W praktyce organy ścigania nie miały wątpliwości, że obu przestępstw dokonali ci sami sprawcy. Sposób działania bandytów, późna pora dokonania obu napadów, brutalność, a przede wszystkim fakt, że w jednym i drugim przypadku posługiwali się łamaną polszczyzną i językiem ukraińskim, nie mogły być zbiegiem okoliczności.

Jakie inne wnioski wyciągnęła policja? Uznano, że była to dobrze zorganizowana grupa. O ile pierwszy napad okazał się pomyłką, to okoliczności drugiego wskazywały, że został zaplanowany. Sprawcy wiedzieli, jak nazywa się mężczyzna, którego zastali w mieszkaniu. Zapewne zasięgnęli też innych informacji o właścicielach posesji. Sam fakt, że ktoś mieszka w dużym domu, to za mało, żeby podejrzewać go o posiadanie dużych ilości gotówki.

Policja wzięła pod lupę środowisko Ukraińców przebywających na stałe bądź czasowo w okolicach Chełma, ze szczególnym uwzględnieniem młodych mężczyzn, którzy w przeszłości mieli konflikty z prawem. Sprawdzano również, kogo w ostatnim czasie miejscowi okresowo zatrudniali na przykład w charakterze robotników sezonowych. Nie natrafiono jednak na żaden istotny trop, który mógłby pomóc w ujęciu sprawców.

Mijały tygodnie, a bandyci nadal przebywali na wolności i nic nie wskazywało, że ją utracą. Policja była bezradna. Mieszkańcy Chełma i miejscowości w powiecie chełmskim żyli w strachu. Obawiali się, że mogą stać się kolejnym celem przestępców. Nikt nie czuł się bezpiecznie. Nie wpuszczano obcych do mieszkania. Nieufnie traktowano obcych. Przed udaniem się na spoczynek kilkakrotnie sprawdzano zamki w drzwiach.

20 lat wcześniej psychoza strachu panowała w okolicy  Rejowca Fabrycznego w ówczesnym województwie chełmskim. Doszło tam wtedy do kilku brutalnych napadów rabunkowych na starszych samotnych ludzi i do dwóch zabójstw (pisaliśmy o tym w „Reporterze” w tekście „Mordercy ze złodziejówki”). To było dawno temu, sprawców schwytano i skazano na długie kary więzienia, dwaj z nich zmarli za kratami. To nie mogli być ci sami bandyci. Atmosfera grozy i nieufności była jednak identyczna.

Kasa albo zginiesz!

W nocy z 20 na 21 czerwca 2018 roku bandyci w kominiarkach zaatakowali po raz trzeci. Wtargnęli do mieszkania na osiedlu Słoneczna w Chełmie. To już obrzeża miasta. W domu przebywał 40-letni mężczyzna i jego 10-letni syn. Obaj spali. Sprawcy wybili szybę w oknie i tym sposobem dostali się do środka.

Właściciel mieszkania został oślepiony latarką. Mimo to nie zamierzał poddawać się bez walki. Próbował szarpać się z bandytami, ale tylko ich tym rozwścieczył. Było ich czterech, nie miał z nimi szans. Obezwładnili go; jeden ze zbirów usiadł na nim i zaczął go dusić, uciskając rękami szyję mężczyzny. Rabusie nie zapomnieli też o jego synu, który spał w innym pokoju.

Związali chłopcu ręce sznurem, kazali mu położyć się w łóżku i nakryć głowę kołdrą. Zagrozili, że jak zobaczą, że wygląda, na jego oczach zabiją mu ojca.

– Nie opłaca się ciekawość, mały. Lepiej nie strugaj kozaka, jeśli nie chcesz zostać sierotą – powiedzieli.

Potem domagali się od jego ojca gotówki. Grozili mu w identyczny sposób, jak chłopcu. Kasa, albo zginiesz i dzieciak też. Będziesz patrzył, jak syn umiera.

Mężczyzna wskazał im miejsce, gdzie przechowywał oszczędności w gotówce. Było tam około 60 tysięcy złotych i kilkadziesiąt euro. Nie zadowoliła ich ta suma. Przypalali mężczyźnie nogi, pośladki i bok lokówką. Gospodarz był przekonany, że nie wyjdzie z tego żywy. Bał się, że jak skończą z nim, zaczną torturować chłopca. Wpadł na ryzykowny pomysł.

W pewnym momencie chwycił się za serce i upadł bez czucia. Wyglądało to na atak serca. Spłoszeni bandyci schowali do torby łup i szybko opuścili mieszkanie. Jednak gospodarz tylko symulował zapaść. Gdy miał pewność, że napastnicy oddalili się, wezwał policję.

Poznali ich po głosie

Tym razem policja przechytrzyła przestępców. Wpadli w kilka godzin po napadzie w Chełmie. Informacje, jakimi dysponowali śledczy, zaprowadziły ich do jednego z chełmskich hoteli i do miejscowości Beredyszcze. Zatrzymano do sprawy 10 mężczyzn narodowości ukraińskiej w wieku od 17 do 35 lat.

Wszyscy pochodzili z przygranicznego miasta Lubloml w obwodzie wołyńskim. Do Polski przyjeżdżali wielokrotnie w ostatnich miesiącach. Doskonale znali Chełm i okolicę. Czuli się tu, jak u siebie w domu.

Po przeprowadzeniu wstępnych czynności i przesłuchaniu Ukraińców, trzem z nich Prokuratura Rejonowa w Chełmie postawiła zarzuty dokonania rozbojów z użyciem niebezpiecznych narzędzi. Chociaż z zeznań pokrzywdzonych wynikało, że sprawców było więcej, śledczy nie znaleźli dowodów na udział w napadach pozostałych siedmiu zatrzymanych i zwolnili ich.

Bandyci byli zamaskowani, zawsze nosili na dłoniach rękawiczki. Zachowywali się ostrożnie, nie wykonując niepotrzebnych czynności. Po napadach nie zostawiali w miejscu przestępstwa ani odcisków palców, ani śladów DNA. To nie byli nowicjusze w bandyckim „fachu”.

O ile zatrzymanie podejrzanych było dla mieszkańców powiatu chełmskiego ulgą, to informacja o wypuszczeniu siedmiu z nich na wolność znowu wywołała strach. Brak dowodów na ich udział w przestępstwach nie oznaczał, że byli niewinni.

– Dziwne, że wszyscy pochodzili z tego samego miasta, a po napadzie przebywali razem – mówili ludzie. Obawiali się, że nie minie wiele czasu, gdy znowu na kogoś napadną. Może nawet zabiją. Na szczęście czarny scenariusz się nie sprawdził.

Tym, którym postawiono zarzuty, także niełatwo było udowodnić, że brali udział w napadach. Zawsze występowali w kominiarkach więc pokrzywdzeni nie widzieli ich twarzy. Rozpoznali ich jednak po charakterystycznych głosach.

– Nie da się tego zapomnieć, choć wolałbym nie pamiętać – powiedział jeden z torturowanych.

Zatrzymani to: Oleksandr S., Oleksandr F. i Maksym S. Ten ostatni liczy zaledwie 18 lat. Ma wygląd miłego, niewinnego chłopca. Jednak, jak wynika z ustaleń policji i prokuratury, oraz relacji pokrzywdzonych, właśnie Maksym S. chociaż najmłodszy był najbardziej z nich wszystkich brutalny. Z sadystyczną przyjemnością znęcał się nad ofiarami.

Oleksandr S., Oleksandr F. i Maksym S. trafili do aresztu. Żaden z zatrzymanych nie przyznaje się do winy. Wkrótce odpowiedzą za brutalne rozboje i napady. Pod koniec kwietnia chełmska prokuratura przesłała do Sądu Okręgowego w Lublinie akt oskarżenia przeciwko trzem Ukraińcom. Proces będzie miał charakter poszlakowy.

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*