ŚMIERĆ ZA WIĘZIENNYM MUREM

Wojciech Babiuk był zdrowym, 24-letnim mężczyzną. Pełnym życia, wesołym i  pogodnym. Tak było do czasu, aż trafił za więzienne mury w Toruniu. 20 czerwca 2018 roku z zakładu karnego  został przetransportowany do szpitala, a stamtąd do Aresztu Śledczego w Bydgoszczy, gdzie zmarł. Dyrektor więzienia mówił rodzinie, że Wojciech źle się poczuł. Rodzina uważa jednak, że przyczyną zgonu jest śmiertelne pobicie przez służbę więzienną.

Wojciech Babiuk w kwietniu 2017 roku spowodował wypadek z udziałem czterech samochodów, dwie  osoby zostały poważnie ranne. Sprawca zdarzenia drogowego próbował uciec, był pod wpływem alkoholu i narkotyków.

– Na sali sądowej poszkodowani powiedzieli, że wybaczają i że nie chcą go skarżyć, a Wojtek zaoferował, że wypłaci im odszkodowania –  mówi żona sprawcy Anita Babiuk. – Nie chcieli dla niego żadnej kary – podkreśla.

Jednak to nie ofiary decydują o karze, lecz sąd. A ten  skazał mężczyznę na osiem lat więzienia, wyrok odbywał w Toruniu w Oddziale Zewnętrznym Zakładu Karnego w Inowrocławiu.

Jak wynika z informacji, które uzyskała rodzina, Wojciech Babiuk 20 czerwca tego roku dostał czegoś w rodzaju zapaści krążeniowej, drętwiał, tracił świadomość.

 – Skazany po interwencji pogotowia ratunkowego na terenie Oddziału Zewnętrznego w Toruniu został przewieziony do Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego – informuje major Mariusz Budny, rzecznik prasowy Dyrektora Okręgowego Służby Więziennej w Bydgoszczy. – Po konsultacjach i przebadaniu, lekarz podjął decyzję, iż skazany może zostać przetransportowany do szpitala Aresztu Śledczego w Bydgoszczy. Na terenie tej jednostki penitencjarnej zmarł 22 czerwca, o godzinie 0.55.

 Dwie doby milczenia

Rodzinę poinformowano o śmierci Wojciecha telefonicznie o godzinie 16.00. Żona Anita zastanawia się: – Dlaczego dopiero wtedy, a nie na przykład 20 czerwca, gdy trafił do szpitala? Przecież wiadomo, że póki był przytomny, cokolwiek by nam powiedział. Dlaczego nie poinformowano rodziny, żebyśmy mogli jechać do niego, póki jeszcze żył? Gdyby była możliwość albo potrzeba oddania mu jakiegokolwiek organu, wiadomo, że ktoś by mu pomógł. Nie wiem, czemu tak postąpiono, chodziło chyba o zatuszowanie sprawy. Wypisu ze szpitala na Bielanach nie ma. Nie wiemy, u jakiego lekarza rzekomo byli, nie ma nagrania. Dlaczego poinformowano nas kilkanaście godzin po śmierci, że on nie żyje? Dlaczego nie zadzwoniono do nas przez te dwie doby, kiedy znajdował się w tym szpitalu? – padają pytania bez odpowiedzi.  –  Nie poinformowano nas, żebyśmy się chociaż mogli z nim pożegnać.

Wojciech Babiuk prawdopodobnie źle się poczuł. Najbliżsi zmarłego uzyskali informacje, że strażnik w Toruniu miał najpierw obezwładnić Wojciecha ciosem w nos. Później funkcjonariusze mieli rzekomo wyciągnąć go przed celę i unieszkodliwić, ponieważ zachowywał się inaczej niż zazwyczaj.

– Wiemy tylko tyle, że zabrano go do sali dźwiękoszczelnej i prawdopodobnie tam mu się oberwało – relacjonuje żona Wojciecha. – Jak go wrzucono do sali, to dostaliśmy taką informację, że jeden ze współwięźniów udzielał mu pierwszej pomocy przez dwie godziny, a dopiero po ich upływie przyszedł jeden ze strażników i zabrali go rzekomo do szpitala. Dostaliśmy informację, że prawdopodobnie miał krwotok wewnętrzny – pękniętą śledzionę i wątrobę, nie było z nim za dobrze – dodaje kobieta. – Na razie ze współwięźniem Wojtka nie możemy porozmawiać, bo go wywieźli. Nie możemy nawet go za bardzo namierzyć. Wywieźli wszystkich, którzy mogą cokolwiek nam powiedzieć, a strażnicy w tej chwili są na przymusowym zwolnieniu. Dostaliśmy też informację, że jeden ze strażników po śmierci Wojtka się powiesił. Wiemy też, że osadzeni są zastraszeni, bo mogą skończyć tak samo.

Takie jest życie

Wcześniej Wojciech Babiuk skarżył się rodzinie na służbę więzienną.

 – Uwzięli się na niego. Gdy były dla niego jakieś paczki czy gotówka, to mu utrudniali otrzymanie, pomimo tego że mu się to należało. Nie mógł nam przekazywać nazwisk strażników, nie mogliśmy jako małżeństwo ze sobą swobodnie rozmawiać, bo wszystko było na podsłuchu – wyznaje żona zmarłego. –  Było też ryzyko, że jemu się oberwie. Nawet, gdy nic nie zrobił, to jemu się obrywało. Pozostali więźniowie nie mieli problemów, tylko właśnie on, ze wszystkim, z widzeniami – relacjonuje  wdowa. – Tak naprawdę od parunastu tygodni nie było zwykłego widzenia, żebyśmy mogli porozmawiać oczy w oczy, tylko widzenie przez pleksę. Skazany rozmawiał z psychologiem, żalił się, usłyszał w odpowiedzi, że takie jest życie. My chcemy sprawiedliwości – dodaje Anita Babiuk. – Maleńkie dziecko nie zobaczy więcej swojego taty, nie będzie go pamiętało. Młody mężczyzna, pełen sił, pogodny, wesoły i pełen życia, bardzo pomocny da wszystkich wokół, a tak skończył. Na jakiej podstawie? Na takiej, że 5 lipca miała się odbyć sprawa sądowa przeciwko strażnikom z więzienia. Pozbyli się niewygodnego więźnia. Ale dlaczego w taki sposób? On umierał w męczarniach. Można się domyśleć, krwotok wewnętrzny, a męczył się przez dwie doby.

Żona zmarłego o śmiertelne pobicie podejrzewa strażników więziennych, gdyż Wojciech Babiuk wytoczył przeciwko służbie więziennej sprawę sądową. Dotyczyła ona przedmiotowego traktowania skazanych przez służby więzienne.

– On był skazany na karę więzienia a nie na karę śmierci, bo mi się wydaje, że w Polsce kary śmierci nie ma – mówi żona zmarłego. – Tak naprawdę w takim stanie, w jakim on tam trafił, w takim powinien wyjść, a nie w worku. Powinien być z nami i mieć możliwość wychowania własnego, dwuletniego dziecka.

Wojciech Babiuk  pół roku temu wziął ślub z Anitą. Gdy rodzina widziała się z nim ostatni raz w dniu jego urodzin 17 czerwca  był zdrowy, zachowywał się tak jak zwykle.

Był zmasakrowany

Bliscy osadzonego 25 czerwca czekali ponad sześć godzin na zakończenie sekcji zwłok, po której mogli zobaczyć zmarłego. Technik powiedział, że zabezpieczono liczne ślady pobicia.

– Nie pozwolono nam zobaczyć reszty ciała, tylko twarz, na której były krwiaki, siniaki, na głowie było widać wielkiego guza. Sam sobie takich rzeczy by po prostu nie zrobił – kontunuuje Anita Babiuk. – Musieliśmy sami zorganizować transport zwłok z Bydgoszczy do Torunia. Sami też postaraliśmy się o możliwość obejrzenia całego ciała, nie tylko twarzy, w zakładzie pogrzebowym. Dzięki temu mieliśmy możliwość przekonać się, jak  naprawdę wyglądała pozostała część ciała, na której było pełno krwiaków, siniaków, wybroczyn, licznych śladów. Było widać, że miał podrapane kolana, a na nich straszne ślady, straszne rany, widać, że był ciągnięty po całym Zakładzie Karnym na kolanach. Palce u stóp i u rąk miał poranione. Na żebrach miał wielkie siniaki, krwiaki. Mamy wszystko na fotografiach. Widać na zdjęciach, które zrobiliśmy, że brany był pod pachy i ciągnięty po całym zakładzie karnym, bo ślady na to wskazują. Był cały podrapany. Same takie rzeczy się nie dzieją. Sam sobie tego nie zrobił. Pracownicy zakładu pogrzebowego powiedzieli, że tak zmasakrowanego ciała jeszcze w życiu nie widzieli.

Dopalacze w więzieniu

W sprawie zgonu Wojciecha Babiuka wszczęto postępowanie z artykułu 155 Kodeksu Karnego: „Kto nieumyślnie powoduje śmierć człowieka, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5″.

– Nie stwierdzono nieprawidłowości w postępowaniu pracowników i funkcjonariuszy służby więziennej. W świetle zgromadzonego materiału dowodowego, domniemaną przyczyną śmierci osadzonego było zażycie przez niego substancji odurzających – informuje major Mariusz Budny.

 – Wiem, że na pewno by sam dopalaczy nie wziął, bo nieraz opowiadał, jak inni zachowują się po dopalaczach, i że on by tego syfu nie wziął – odpowiada żona. – Jest więc prawdopodobieństwo, że oni mu podrzucili.

Jak informuje Rzecznik Prasowy Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy Agnieszka Adamska-Okońska: – Bardzo istotnym dowodem w tej sprawie będą wyniki sekcji zwłok. Ich uzyskanie przeciąga się w czasie. Z uwagi na okoliczności i podejrzenie, że mogło dojść do zażycia przez osadzonego substancji psychoaktywnych, zlecono badania toksykologiczne. Wykonanie tych badań wydłuża spodziewany czas uzyskania opinii z sekcji zwłok. Jednakże wiem, że pod koniec września ma być ta opinia wydana, a także wyniki badań toksykologicznych. Myślę, że to będzie bardzo istotny dowód, który pozwoli rzucić światło na to, jakie były okoliczności tej śmierci. Zabezpieczony został również monitoring.

Tymczasem zapisy z monitoringu są pod nadzorem prokuratora, rodzina czeka na informacje, czy nagrania z kamer pomogą w uzyskaniu odpowiedzi, jaka naprawdę była przyczyna śmierci Wojciecha. Bo o tym, że nie była to naturalna śmierć, są przekonani nie tylko bliscy.

Karina Knorps

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*