Śmierć gangsterskiej legendy Trójmiasta

14 lipca 2009 roku zapowiadał się spokojnie, słonecznie i leniwie. Daniel Zacharzewski „Zachar”, trójmiejski gangster, legenda półświatka, przechadzał się po gdańskiej starówce ze swoimi znajomymi oraz nowo poznanymi dziewczynami, które towarzyszyć mu będą do ostatnich minut życia. Pływali na jachcie, było gorąco, „Zachar” planował urlop z dziećmi.

Niedawno wyszedł  z więzienia, oczyszczony z zarzutów do tzw. „klubu płatnych zabójców”. Ów mityczny klub  okazał się poniekąd blamażem gdańskiej prokuratury, nie pierwszym, nie ostatnim.

Przypomnijmy pokrótce.  Ów „klub”, jak go w pewnym momencie szumnie prasa nazwała, miał zarzuty kilku głośnych zabójstw, w tym Wiesława K. „Szwarceneggera”, Ryszarda G. „Tato” (przyjaciela „Nikosia”), a nawet samego Nikodema Skotarczaka. Za płatnego zabójcę w tych pierwszych wersjach uchodzić miał Siergiej Seńkiw. Dziś odsiaduje wyrok co prawda dożywocia, ale za jedno zabójstwo (Piotra Suleja) oraz próbę zabójstwa znanego trójmiejskiego biznesmena. Jak na płatnego zabójcę to wynik marny, nie pierwszy raz legenda przerosła rzeczywistość.  Do dziś jednak odwiedzenie w więzieniu Seńkiwa jest niemożliwe – ze względów bezpieczeństwa – jak w odpowiedzi informuje zakład karny, w którym siedzi. W innym zakładzie karnym karę 25 lat więzienia odsiaduje Sylwester Stecki, uchodzący za brutalnego i co istotne, w tej historii jedynego zabójcę „Zachara”. Przyjrzyjmy się wydarzeniom sprzed dziesięciu lat.

Geneza zbrodni

„Concordia” to dość obskurna, nieciekawa knajpa należąca do niejakiego „Siwego”. Do 14 lipca na bramce tej oddalonej od wszelkich atrakcji speluny (dziś mieści się tu firma cateringowa) stoi niejaki „Niko”, wstawiony tam przez „Zachara”. Gdańsk ma być w tym czasie podzielony na wpływy Zacharzewskiego i Olgierda L. W tym czasie Olgierd siedzi w więzieniu, co także dla tej historii nie jest bez znaczenia.

„Zachar” zaczynał od handlu wódką, potem zajmował się  lichwą. Poznał Nikodema Skotarczaka, został w pewien sposób przez niego namaszczony, liczono się z nim. Jedni mówią, że był jego ochroniarzem, inni temu zaprzeczają.

„Nikoś” się go bał – twierdzi jeden z rozmówców.

Na temat zabójstwa Wiesława K. „Schwarzeneggera” chodzą do dziś słuchy, że zostało zorganizowane na polecenie „Nikosia” przez właśnie „Zachara”. Sprawców nie ustalono. Kiedy zginął Nikodem, „Zachar” stał się poniekąd naturalnym przywódcą przestępczego Trójmiasta. Domówki [burdele organizowane w wynajmowanych w tym celu mieszkaniach – przyp red.], ochrona – to były główne działalności Zacharzewskiego. Blisko Zacharzewskiego był Damian W.  „Wariat”, specjalista od burdeli. Podobno to on stał się kością niezgody pomiędzy „Zacharem” a Olgierdem L.  Gdyby nie „Wariat”, to zapewne „olgierdowi” z „Zacharem” by się dogadali.

„Zachar” z Olgierdem L. znał się, jak wszyscy w tym środowisku, z jednej siłowni, stali razem na bramkach. Gdy Olgierd zaczyna robić dużą kasę na domówkach, a były to bardzo intratne początki tego biznesu, „zacharowcy” nie mogą mu tego darować. Zaczyna się konflikt.

„Zachar” był zapaśnikiem, zagorzałym – jak twierdzą jego znajomi – sportowcem, członkiem Akademii Sarmatia Gdańsk, gdzie doskonalił się w sztukach walki.

Nie przegrał żadnej walki, miał charyzmę, był lubiany – mówi jego znajomy.

Jak twierdzą jego bliscy, przed śmiercią chciał odciąć się od tego świata, zacząć żyć legalnie. W samym areszcie do „klubu zabójców” siedział 5 lat i 7 miesięcy.

Tymczasem jednak jedzie pod Concordię, aby odbić bramkę. Chłopak z taką legendą nie może sobie pozwolić na potwarz, jaką może się stać informacja, że oto stracił bramkę, cóż, że w takim miejscu. Bez zbędnych ceregieli każe „wypierdalać” Piotrowi G., pozostawionemu w Concordii. Właścicielka próbuje interweniować, dzwonić po znajomych „Siwego”, potem na procesie wspomina:   „Wtedy ten Daniel nawrzeszczał na mnie, używał różnych wyzwisk, różnych sformułowań. Mówił, że jestem głupią pizdą, dziewczyną ze wsi, że on niejedne zęby zgryzł na rożnych sytuacjach, (…) ja bym tego nie powiedziała, gdybym wiedziała, kim on jest” – wspominała. Pamięta, że na kilka dni przez swoją tragiczną śmiercią „Zachar” był w obstawie swojej brygady i wraz z nimi w niewybredny sposób znaczył teren, obsikując Concordię wokół.

Gdy „Zachar” odjeżdża z Concordii, w tym czasie zaczynają się zbierać chłopaki kojarzeni z Lechią Gdańsk. Mają stanowić psychologiczną przewagę, wiedzą, że za chwilę na rozkmnikę przyjedzie „Zachar” ze swoją obstawą.

Nie mylą się. Około godziny 22:00 zbiera się  pokaźna grupa dobrze zbudowanych mężczyzn.

Na odsiecz spelunie

Do tej położonej w dość obskurnym miejscu knajpki w gdańskiej Oliwie zjeżdżają uczestnicy walk. Jedni zamawiają jedzenie, inni palą papierosy. Czekają. W sumie jest ich jakieś dwudziestu chłopa po jednej i tyleż samo  po drugiej stronie. Dochodzi do starcia  – jak się później przyjęło o tej sprawie mówić [zapis taki widnieje także w akcie oskarżenia – przyp. red.] grupy Olgierda i grupy „Zachara”, choć żadna ze stron udziału w zorganizowanej grupie przestępczej nie usłyszy. Zarzuty zostaną postawione tylko jednej stronie walk, tej kojarzonej z Olgierdem. Olgierd L. „Olo”, w czasie gdy dochodzi do zdarzenia, siedzi w więzieniu. Na początkowym etapie jednak prokuratura doszukiwała się, że to z jego inicjatywy miało jakoby dojść do krwawych porachunków.  –

Odkąd się dowiedziałem, to wszyscy na Kurkowej – łącznie z funkcjonariuszami – myśleli, że siedzę za zabójstwo Zachara. (…) Panowie to samo, musiałem się tłumaczyć, myśleli że mam 25 lat albo dożywocie” – zeznawał jako świadek w procesie zabójstwa „Zachara”. Sylwester Stecki, kiedy odwiedzam go parę miesięcy temu w Zakładzie Karnym w Barczewie [dziś przeniesiony do innego zakładu, nie ma możliwości spotkania się z nim – przyp. red.] mówi: – Na „Olka” było straszne parcie, żeby go w to wrobić. Gdybym wtedy zdecydował się zeznać na „Olka”, a policjanci sugerowali, abym tak zrobił, dziś byłbym na wolności. Odwiedzili mnie wtedy Marcin Ż. i Małgorzata L. [tzw. miasto sugeruje, że miała romans z „Zacharem”- przyp. aut.] z gdańskiego CBŚ, którzy dawali do zrozumienia, że wiedzą, iż tego nie zrobiłem. Żebym zeznał na „Olka”, to będę na wolności  – wspomina tamte wydarzenia. – Prokurator też mi dawał wyjście, ale tu chciał, żebym do zabójstwa się przyznał – prawie krzyczy. – Jak mógłbym się przyznać do zabójstwa, skoro tego nie zrobiłem? Miałem dzieci, chciałem ułożyć sobie życie, narzeczona była w ciąży, a ja miałbym lecieć i krzyczeć według słów jednego: „Zachar trup”? I jeszcze prokurator Wojciech Wróbel mówił mi, cytuję „Wie pan, jakby był pan tam sam, to oni [od „Zachara” – przyp. red.] by pana zabili”. Ja mu na to: „Pan to wie i mimo to daje mi 148? [artykuł 148 kodeksu karnego dotyczący zabójstwa – przyp. red.].

Śmierć gangstera

Wróćmy do 14 lipca 2009 roku. Kiedy przyjeżdża „Zachar” w obstawie kilkudziesięciu chłopaków, przybyłych na miejsce nadżartymi zębem czasu samochodami, w bagażnikach których są liczne pałki, kolczatki, niebezpieczne przedmioty: –Te zawsze się woziło ze sobą po mieście jako straszak, bardziej, żeby pokazać siłę – mówi mi po czasie uczestnik tamtych zdarzeń.

„Zachar”  wysiada z auta, staje przez Concordią, zaczyna walić pałką teleskopową w chodnik. Prowokuje. Krzyczy do Marcina A.  „Żaba” [do dziś poszukiwanego w tej sprawie – przyp. aut.]: „Żabka, chodź pogadamy!

Marcin A. jest jedyną  osobą, spośród grupy pod Concordią, z którą „Zachar” w ogóle rozmawia. Andrzej K. „Kura” krzyczy, żeby przenieść się w inne miejsce. Ciśnienie rośnie, w końcu wybucha ze zdwojoną siłą. Po kilku sekundach stojący w szpalerze pod restauracją rzucają się w stronę trójmiejskiego gangstera i mężczyzn, z którymi przyjechał. Wszystko to nagrywa kamera monitoringu, jednak nie rejestruje… samego momentu zabójstwa.

Nagranie nie jest zbyt wyraźne. Osoba, która obsługuje monitoring, nie odwraca kamery w kierunku biegnącej z „niebezpiecznymi przedmiotami” [jak zapisano w akcie oskarżenia – przyp. red.] grupy. Koncentruje się na samochodach – rejestruje dokonywanie zniszczenia mienia, z tyłu kamery dochodzi do zabójstwa. Chwilę później wszyscy zaczynają uciekać, wsiadać do samochodów, rozjeżdżać się. Dopiero wówczas strażnik miejski decyduje się odwrócić kamerę, gdzie widzimy leżącego w kałuży krwi Daniela Zacharzewskiego „Zachara”. Z jego samochodu wychodzą też dwie dziewczyny, które zabrał ze sobą na rozkminkę. Nie podchodzą do leżącego trójmiejskiego gangstera, nie sprawdzają, czy żyje. Jedna z nich zeznała później, że słyszała ostatnie charczące oddechy „Zachara”.

Daniel Zacharzewski otrzymał 16 ciosów. Z przodu i z tyłu. Wszystko w 25 sekund. Czy jedna osoba mogła dokonać tego czynu? Pokrzywdzony został także jego kompan, Jerzy M.

Daniel Zacharzewski otrzymał 16 ciosów. Z przodu i z tyłu. Wszystko w 25 sekund Fot. Policja

„Zachar” dostał w serce, w klatkę piersiową, na zdjęciach z sekcji zwłok dostrzec można głęboką ranę głowy; dostał dwukrotnie w brzuch. Jedna z tych ran była dość problemowa dla biegłych: doktor Kaliszan pierwotnie zapisał że: „charakter rany zlokalizowanej na brzuchu po stronie prawej (…) ze względu na obecność w jej brzegu regularnych, równoległych zarysowań powłok wskazuje, że została ona zadana narzędziem (nożem) o ząbkowanym ostrzu, a więc innym niż zabezpieczony w sprawie”. 

Jako jedyny z nożem widziany jest Sylwester Stecki. I co ważne, przez Artura W. oraz Daniela S.  Obaj poszli na współpracę z prokuraturą, dostali status tzw. „sześćdziesiątki”. Choć poszczególni świadkowie zapamiętali także innych uczestników, u których nóż miał być także widziany. Wzięto pod uwagę przede wszystkim zeznania tych dwóch panów. Rany, jakie otrzymał Daniel Zacharzewski, różnią się. Głębokością, stopniem poszarpania.

To jednak dla biegłych nie stanowi problemu; w swojej opinii niejednoznacznie wskazują na narzędzie zbrodni, którym ma być znaleziony w stawie obok Concordii nóż. Może być jedynym narzędziem, ale nie musi. Rana rąbana głowy ma bowiem pochodzić od maczety.

Nieprawidłowości śledztwa

Nóż został znaleziony po dziesięciu dniach od zdarzenia, w zbiorniku retencyjnym zwanym Młyńskim Stawem, niedaleko miejsca starcia. Staw przeszukiwano dwukrotnie i dopiero za drugim razem ujawniono narzędzie zbrodni. Osuszono go, a policjanci w tym uczestniczący doskonale wiedzieli, gdzie szukać [5 metrów od brzegu – przyp. red.], bo – jak potem zeznają przed sądem – dostali taką informację. Od kogo, powiedzieć nie mogli. To uczestnicy w dalszych czynnościach Przemysław Z. z gdańskiego CBŚ [po tych zdarzeniach zanotował spory awans – przyp. red] i Marcin Ż.  Sprawa od początku była prowadzona przez CBŚ i zgodnie z tym, co mówią dziś uczestnicy tamtych zajść – mocno przez CBŚ monitorowana i wprowadzana „na właściwe tory”.

Nóż, który wedle tej wersji miał zostać wrzucony do stawu kilkanaście sekund po zajściach, miał ślady zakrzepniętej krwi „Zachara”. Na sznurku, który przytroczony był do tego narzędzia, biegli nie potwierdzili, ale też nie wykluczyli śladów biologicznych Sylwestra Steckiego.

Przyjrzyjmy się zapisowi w akcie oskarżenia: „Oskarżony Sylwester Stecki dobiegł do Daniela Zacharzewskiego wraz z innymi nieustalonymi (!) osobami i zadawał mu uderzenia nożem. Pozostałe nieustalone osoby również zadawały Danielowi Zacharzewskiemu uderzenia pałkami i narzędziami ostrokończystymi.” Gdzie indziej zaś:  „Godzina 23:00:25 do godz 23:00:32 (…)  Po prawej stronie zaparkowanych obok chodnika samochodów znajdują się dwaj nieustaleni  mężczyźni, w tym jeden [..] w T-shircie koloru ciemnego z białym napisem (…) oraz czapką z daszkiem na głowie (…) Mężczyzna ten trzyma w lewym ręku niezidentyfikowany przedmiot zwisający na sznurku, a w prawym trzyma pałkę”.

Co zatem zwisało na sznurku u niezidentyfikowanego mężczyzny?

Jest też kilka ciekawych, acz pominiętych zupełnie przez prokuraturę i sąd zeznań. Dominik M.: – „Szrama” [Daniel S. – przyp. red.] powiedział: „Chciałeś mieć bramkę, to masz”. Po czym uniósł do góry pałkę i uderzył go w głowę. To był mocny cios, ponieważ Szrama wziął duży zamach. Potem widziałem, jak spod  głowy wypłynęła leżącemu na ziemi, krew.

Arkadiusz C., który na spotkanie pod Concordię przyjechał z „Zacharem” zapamiętał, że ciosy Jerzemu M. oraz Danielowi Z. zadawał mężczyzna w kapturze na głowie, który był niższy od świadka [ten ma 175 cm wzrostu – przyp. red.]. Jego bluza była albo w paski, albo miała jeden poprzeczny pasek, dokładnie nie pamiętał. Sylwester Stecki tego dnia miał na sobie ciemny T-shirt. Jest mężczyzną wysokim, wzrostu prawie 190 cm.

Piotr R  „Pitek”, także z grupy „Zachara”, zapamiętał: „W tamtej grupie, w której był A. [chodzi o „Żabę” – przyp. red.] mieli przedmioty. Artur W. na  pewno miał, tak mi się wydaje, nóż albo maczetę”. Piotr R. zeznaje to przed sądem. W uzasadnieniu wyroku pierwszej instancji zapisano, że zeznania Piotra R. są w pełni wiarygodne. „Świadek wskazał, że u znanych mu z pseudonimu osób – innych niż Sylwester Stecki – widział narzędzia ostrokończyste typu maczeta”.

Sąd jednak nie odnotowuje, że jedną z nich ma być – według zeznań Piotra R. – Artur W.!

Artur W. wpływał na Piotra G.  „Łysego”, by ten zmienił zeznania. Chodziło o informacje, że jakoby Artur W. utopił nóż w jeziorze na Mazurach, gdzie ukrywał się wraz z „Bolkiem” zaraz po zdarzeniu. A ubranie, które miał na sobie w trakcie walki, całe zakrwawione, spalił. „Łysy” żalił się na ten temat po zatrzymaniu dwóm współosadzonym, którzy następnie zeznali to przed sądem. Ponadto Artur W. chwalił się i cieszył, że „wyciął chwasta” – w domyśle „Zachara”. Dla sądu zeznania tego świadka są niewiarygodne. Wiarygodne jednak są zeznania osoby uzależnionej od narkotyków i leczącej się psychiatrycznie – Artura W. Na jego ostateczny wyrok – 11 miesięcy w zawieszeniu – nie miała wpływu także wcześniejsza karalność.

Na Artura W. jako zabójcę wskazywał początkowo Grzegorz M., który miał widzieć w jego ręku nóż.

Z kolei Olgierd L. zeznał przed sądem, że kiedy po wyjściu z więzienia widział się z Danielem S. „Szramą”, to ten miał mu relacjonować przebieg zdarzeń. Był podekscytowany, mówił że: „Stecki to już bił w trupa”. Opowieść „Szramy” prowadzona była tak, jakby to „Zachar” uciekał właśnie przed nim. Podobno w tonie przechwalnym, niejako przypisując sobie „zasługę” zabójstwa „Zachara”. Z kolei Artur W.  powiedział, że zeznał na Steckiego „aby ratować kolegów; że Stecki jest tu najkrócej, kogoś trzeba było poświęcić” – zeznawał Olgierd w sprawie Steckiego.

Daniel S. zatrzymany do sprawy – ukrywał się na terenie Niemiec – jednoznacznie wskazywał na Steckiego, mówił, że był wyćwiczony i miał obycie z nożem: „Lubił się nim chwalić, zawsze miał przy sobie” – mówił.

Sylwester przyjechał tu za chlebem. Zarabiał na tych bramkach, ciułał, nie pił, nie brał narkotyków, odkładał sobie. Jak na przestępcę to był spokojny, ułożony chłopak, do dziewczyn szarmancki, głosu by nie podniósł – mówi dziś po latach jeden z chłopaków tamtych wydarzeń.

Zarzut zabójstwa „Zachara” z zamiarem bezpośrednim oraz próbę zabójstwa Jerzego M. usłyszał tylko Sylwester Stecki; reszta – udział w pobiciu ze skutkiem śmiertelnym (art. 158 par. 3). Stecki miał się bowiem dopuścić ekscesu i według prokuratora Wojciecha Wróbla, autora aktu oskarżenia, przyjechał, aby zabić. Usłyszał wyrok 25 lat więzienia; reszta poddała się samoukaraniu – wyroki od 2 do 3 lat. Część uczestników była sądzona w odrębnym procesie, długo się ukrywała. W procesie Steckiego najważniejszym świadkiem prokuratury stał się karany wcześniej [m.in. za obrót heroiną – przyp. red.] Artur W., który został „małym świadkiem koronnym”. W pierwszych wyjaśnieniach niewiele pamięta, ale przesłuchiwany 24 lipca już informuje: „Zamierzam skorzystać z dobrodziejstwa nadzwyczajnego złagodzenia kary z art. 60 par. 3.” . Tak zachęcony Artur W. odświeża sobie pamięć w zakresie udziału Sylwestra Steckiego i na papier faktycznie przypomina sobie Sylwestra S. jako wysokiego, wyróżniającego się z tłumu, posiadającego nóż w dłoni. „Te osoby, które tam przyjechały, miały ze sobą maczety, pałki, rury metalowe. Nóż widziałem tylko u Sylwka”. Ten nóż dobrze pamięta Artur W. dostał go, jak opowiadał prokuratorowi, do obejrzenia jeszcze w Concordii: „Ostrze tego noża miało ząbki i wydaje mi się, że miało długość ok. 20 cm”. Opis ten nie zgadza się z zabezpieczonym do tej sprawy nożem o ostrzu długości 14 cm, gładkim, ząbkowanym delikatnie w okolicach rękojeści.

Mimo gładkiego ostrza noża znalezionego w stawie, rany są szarpane i wyglądają, jakby zostały potraktowane nożem o ząbkowanym ostrzu. Biegły badający zdjęcia z zabezpieczonego do sprawy monitoringu w pierwszej opinii stwierdza, że Stecki wysiadłszy z samochodu, w ręku ma nóż; potem jednak nie jest już tego taki pewny. Na pytanie sądu odpowiada „nie mam pewności, że to, co trzyma Sylwester Stecki, to jest nóż”.

Niestety, dziś nie ma ani noża, ani sznurka. Dowód rzeczowy – orzeczeniem sądu pierwszej instancji – postanowiono zniszczyć. Mimo zażaleń na tę decyzję obrońców Steckiego, Piotra Zielińskiego i Sergiusza Donieckiego, 18 grudnia 2015 roku wydano postanowienie o zniszczeniu noża, sznurek poddany badaniom został wcześniej spalony. W tym czasie obrońcy Sylwestra składali wniosek o kasację wyroku.

Bezkarność i bezradność

Według mnie jedna osoba nie wbiłaby tylu ciosów w przeciągu niecałej minuty. Na wideo widać biegnącą w kierunku mojego ojca chmarę ludzi. Kamera nie uchwyciła samego momentu zabójstwa – ktoś, kto ją obsługiwał skierował kamerę w inną– mówi mi po latach Michał Zacharzewski, syn „Zachara”. Na cześć ojca nagrał piosenkę „15.07.09” [data śmierci „Zachara” – przyp. red.], w której śpiewa, że „ma za nazwisko ciernie”. Słyszał niektórych uczestników walki mających się chwalić zabójstwem taty. Inni także – podobno Daniel S.  „Szrama” jeździ po innych miastach, próbując różnych „biznesów”. Dziś prowadzi firmę zajmującą się windykacją. Nierzadko „sukcesami” chwali się na swojej stronie internetowej. Powstał nawet blog na temat jego „sukcesów” i współpracy z policją, nazwany „Szrama na życiorysie”.

Natomiast Artur W. miał się publicznie przechwalać, że jest taki mały, ale dał radę, i pierwszy wyskoczył do „Zachara”.

Artur W. miał po latach miał świetnie prosperujące punkty z automatami do gier, funkcjonujące do dziś, nawet po jego śmierci. Głównym wspólnikiem tej działalności jest Maciej Z. „Bolo”, o którym mówi się, że wyszedł bez kary za udział w bójce ze skutkiem śmiertelnym, bo ma brata w policji. Zresztą obaj panowie żyli w świetnej komitywie, a policja nawet ochraniała ich punkty z jednorękimi bandytami. Artur W. miał umarzane sprawy, choćby wyrzucenia przez okno swojego mieszkania Czeczena [przeżył – przyp. red.]; wdawał się ponadto w bójki z użyciem noża. Włos mu z głowy za to nie spadł.  Artur W. zmarł w święta Bożego Narodzenia 2018 roku. Na wyniki sekcji zwłok przyszło nam czekać… ponad 6 miesięcy. Toksykologia wykryła, że był po zażyciu środków odurzających, w organizmie wykryto dawki karbamazepanu [psychotrop – przyp. red.] i okskarbazepiny [stosowana w padaczce oraz chorobie dwubiegunowej afektywnej – przyp. red.]  w stężeniu śmiertelnym. Został znaleziony tydzień później. Pogrzeb był skromny, pojawiły się na nim dwie znane już z tej historii osoby – „Szrama” i „Bolo”. Dzień wcześniej okolice kościoła opatrzone zostały wysprejowanymi na okolicznych ścianach informacjami „Artur W. rozjebus”. Czy poświęcono Sylwestra Steckiego, by ktoś siedział za to, że „król Trójmiasta” nie żyje? Miasto do dziś powtarza, że „Zachar” był informatorem policyjnym, w co nie wierzy jego rodzina.

Czy pozostawiono wolno niektórych uczestników tamtych zdarzeń, by czerpać zyski z ich nielegalnej działalności?  Czy wzięto pod uwagę wszystkie dowody i rzetelnie je przeanalizowano? Odpowiedź gdańskiej prokuratury nie pozostawia wątpliwości – nie ma sobie nic do zarzucenia, a liczne opinie kryminalistyczne oraz zebrany materiał dowodowy potwierdzają wersję prokuratury. Wersję, którą opowiedział pierwszy z „małych świadków koronnych” – nieżyjący dziś Artur W.
Gabriela Jatkowska 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*