JESZCZE NIE ZDECHŁAŚ?

Cieszył się, gdy urodziło się dziecko. Potem jednak stawał się tylko gorszy. Ciągle się awanturował. Niemal codziennie bił i tresował Jolantę. A gdy mu się nie dawała, życzył jej najgorszego.

34-letni Arkadiusz Z. mieszkał w Kowarach na Dolnym Śląsku ze swoją 25-letnią partnerką Jolantą O. Związek ten wydawał się na początku udanym. Zwłaszcza, gdy na świat przyszło dziecko. Ale kiedy miało półtora roku, Arkadiusz  zmienił się nie do poznania.

– Jakby jakiś diabeł w niego wstąpił! – powtarzano. Od listopada 2016 roku stał się jeszcze gorszy. Wszczynał awantury domowe połączone z rękoczynami.

– To ze względu na  dziecko – tłumaczyła Jolanta tym, którzy dziwili się, że to wszystko znosi.

– Obyś zdechła! – słyszała coraz częściej od Arkadiusza.

Życie z tyranem

 No i tak żyli. Minął kolejny rok. 20 listopada 2017  roku byli razem na poczcie. Do domu wrócili około południa. Pod wieczór znowu się zaczęła awantura. I wtedy coś w niej pękło. Stanęła przy stole, przy którym siedział i spojrzała na niego.

– Co? – odezwał się spode łba, a ona odwróciła się i wyszła z domu. Coś jeszcze krzyknął za nią brzydkiego, ale nie zwróciła na to uwagi. Nie chciała wracać. Po jakimś czasie jednak ochłonęła i postanowiła, że pójdzie na zakupy. Zawsze, gdy miał do niej jakieś pretensje, ze strachu wychodziła wtedy do sklepu. Potem bała się powrotu, bo obrywała za to, że wyszła. Taki już był, ten jej chłopak. Ale go kochała. I tym razem bojąc się powrotu, zajrzała najpierw do mieszkającego w sąsiedztwie wujka Arkadiusza. Wujek 34-latka nie przepadał za swym krewniakiem, współczując raczej Jolancie, że z własnej woli żyje z takim typem. I to wszystko, co ją z jego strony spotyka, wytrzymuje. Kobieta poskarżyła się na partnera. Wujek zadzwonił do 34-latka i oznajmił mu, że Jolanta O. przebywa u niego w domu, i że rozmawiają o nim.

Gdy wróciła około 22.00 do domu, on czekał: – Ty kurwiszonie jeden! – huknął na nią. – Nie dość, że późno wracasz, to jeszcze skarżysz się na mnie po ludziach?!

Ledwie przekroczyła próg mieszkania, rzucił się na nią od stołu. Zaatakował, nie mając nawet na względzie dziecka, które obserwowało to wszystko z łóżeczka. Dziecko nie raz widziało, jak 34-latek okładał matkę i płakało.

Z furią Arkadiusz  kilka razy uderzył Jolantę, że aż się skuliła. A potem, gdy się wyprostowała, przyskoczył do niej i w tym szale zaczął ją dusić rękoma. Chwycił jeszcze za metalową smycz i zarzucił ją kobiecie na szyję. Szarpała się, broniła… Wtedy pchnął ją na ścianę. Przewróciła się. A on się schylił, chwycił ją za włosy i zaczął ciągnąć po podłodze, jak worek z ziemniakami. Krzyczała. A dziecko ciągle płakało.

Zrobiła się 23., gdy od tego bicia i ciągania za włosy usiadł wreszcie zmęczony przy stole. Wtedy Jolanta zdołała uciec z domu. Ale nie wzywała pomocy. Nie raz ją przecież traktował w podobny sposób. I znowu bała się wracać do domu. Pojawiła się dopiero około 24., mocno  przerażona. Chciała się zorientować, czy może wejść do środka. Ale on stał przed budynkiem i czekał na nią.

 – Gdzieś się do cholery włóczyła, ty kurwo! – ponownie ryknął na nią na cały głos, doskakując i chwytając kobietę za włosy. Upadła. Nie pierwszy raz zresztą tego dnia. A on znowu ciągnął ją do mieszkania, jak worek. Krzyknęła wtedy i złapała w kieszeni za telefon, naciskając automatycznie numer wujka Arkadiusza Z., aby usłyszał je wołanie o pomoc.

 – Auuaa… boli!!! – tyle tylko zdołała wykrzyknąć do telefonu, bo 34-latek wyrwał jej komórkę z ręki i odrzucił na podłogę. I ponownie okładał swą partnerkę pięściami.

Koszmarna noc

To jednak starczyło, aby wujek usłyszał w telefonie wezwanie o pomoc i powiadomił policję. Tymczasem Arkadiusz Z. nadal znęcał się nad  partnerką. Bił ją po twarzy i po brzuchu. Wyrwała mu się w końcu i wbiegła do pokoju, do dziecka, które stało w łóżeczku i przyglądało się z płaczem całej awanturze. I aby uniknąć dalszego bicia, zaczęła nerwowo przewijać małego. Odczekał, a kiedy skończyła, ponownie się zabrał za nią.

 – No i co? Boisz się? – krzyczał. Bała się i to bardzo. Nie zauważyła nawet, że już trzymał w ręce maczetę. Stała oparta o ścianę w przedpokoju. Spojrzała na niego, a on podniósł na nią rękę z maczetą i kilka razy uderzył jej tępą krawędzią prosto w głowę i plecy kobiety. Zamachnął się potem jeszcze raz. I tym razem ostrzem ugodził ją w udo. Zaczęła mocno krwawić. Ale się tym nie przejął. I jeszcze kilka razy uderzył ją ostrzem w stopę oraz w udo.

Jolanta tak się przestraszyła, że nawet nie opatrzyła ran i wziąwszy szybko dziecko na ręce skuliła się i wskoczyła do łóżka, chowając pod pościelą.

– Chyba mi złamałeś nogę! – wołała, przerażona.

 – Nie gadaj tyle – oznajmił. – Umyj się i zetrzyj krew z podłogi.

Nic mu nie odpowiedziała. Przyskoczył wtedy do niej ponownie, znowu złapał za włosy i ściągnął z łóżka. I znowu, jak jakiś szaleniec, zaczął ją wlec w różne strony po pokoju. Krzyczała z bólu. Gdy przestał ją wreszcie maltretować, a było już grubo po 24., serdecznie się rozpłakała. Wybuchła tak ogromnym płaczem, że w tej nocnej ciszy słychać ją było w całym budynku. Jemu to nie przeszkadzało.

Tymczasem kat kobiety zauważył przez okno, że przed podwórzem stanęła policja.

Pogasił wtedy szybko wszystkie światła w mieszkaniu. I nie odwracając wzroku od policyjnego radiowozu, podał swej partnerce szklankę wody, aby się wreszcie uspokoiła.

– Weź, przestań, i czegoś się napij – mówiąc te słowa, obserwował, jak policjanci starają się wejść bezskutecznie na podwórze. Jeszcze szlochała. Więc warknął wtedy na nią: – Przymknij się wreszcie!

Gdy policjanci odjechali, trochę odczekał, a potem włączył telewizor.

– Żyjesz jeszcze? – zapytał.

– Tak – zdołała wymamrotać.

– To co, jeszcze nie zdechłaś?  – znowu zadrwił z niej w podobny sposób, jak to miał w zwyczaju czynić.

– W żaden sposób nie można było wejść na podwórze – funkcjonariusze informowali przez telefon wujka Arkadiusza Z., gdy ten pytał ich, czy już interweniowali. Podwórze przed budynkiem było dość mocno zawalone różnymi gratami. A światła w domu były wszędzie pogaszone, policjanci odjechali, sądząc, iż już uspokoiło się w mieszkaniu. I dalsza interwencja w tym miejscu nie jest potrzebna. Wujek też sądził, że i tym razem sprawa rozeszła się po kościach,

Jolanta tymczasem próbowała ruszyć się z podłogi, ale nie mogła.

 – Posłuchaj! – powiedział jej wtedy. – Połóż się teraz spać. A gdy cię jutro z rana kto zapyta, powiedz, że upadłaś ze schodów i że się poharatałaś.

 Spojrzała na niego: – Ale ja potrzebuję pomocy, wezwij kogoś – zaszlochała.

 – Pomoc, to sobie wezwiesz sama jutro rano – odparł i podszedł do niej, i specjalnie nastąpił na jej złamaną nogę, by bardziej cierpiała. Zawyła z bólu. Wtedy podniósł ją z ziemi i rzucił jak worek na łóżko, a sam od razu zasnął. Odczekała chwilę i ściągnęła z podłogi telefon. A potem wysłała do wujka Arkadiusza esemsa: „Pomocy”. I jeszcze jednego: „Niech policja wyważy drzwi, jestem cała połamana”.

Było po 1. w nocy. Wujek zadzwonił po pomoc, a kobieta resztkami sił zwlokła się z łóżka i zablokowała swym ciałem drzwi, aby na odgłos przyjazdu policji Arkadiusz Z. przypadkiem nie chciał uciekać. Nic takiego jednak nie nastąpiło i zanim nastał ranek, oprócz policji na miejscu było również pogotowie. Kobietę przewieziono do szpitala.

Cała w ranach

– Trudno by chyba wymienić miejsca na jej ciele, które nie byłyby uszkodzone przez Arkadiusza Z. – stwierdził biegły. – Podbiegnięcia krwawe okolic oczodołowych, obu warg, prawego ramienia i tułowia w obrębie powierzchni klatki piersiowej, w okolicy łopatek oraz prawego biodra – wymieniał. – Rany cięte i rąbane całego ciała. Można by rzec: istna masakra.  Rany z otwartym złamaniem kości piszczelowej i strzałkowej ze złamanym zmiażdżeniem kości podudzia. Przecięcie ścięgien palców u nóg, prawej i lewej. Rany w okolicy łokci, okolic kolan z uszkodzeniem kości piszczelowej i częściowym przecięciem więzadła rzepki, okolice kręgosłupa.

 I jeszcze można by wymieniać dalsze uszkodzenia ciała. Te rany, cięte i rąbane, były długości od dwóch  do nawet kilkunastu centymetrów. Zadawane silnie i precyzyjnie. To nawet nie znęcanie się, a istna masakra na żywym człowieku. I gdyby nie szybka interwencja, w stosunkowo krótkim czasie rany te doprowadziłyby do śmierci kobiety. Biegły po raz pierwszy spotkał się z czymś takim: – A wiele widziałem – dodał.

Ofiara obrońcą kata

Arkadiusza Z. zatrzymano 21 listopada 2017 roku i od razu aresztowano. Proces leczenia kobiety przebiegał jednak pomyślnie i stosunkowo szybko wróciła do zdrowia, i do domu. Jednak Arkadiusz Z. nadal siedział w areszcie i przygotowywał się do obrony.

Ale kiedy Jolanta O. całkowicie doszła do siebie, zrobiło jej się żal swego partnera. Wszakże go kochała nadal, choć się go ciągle bała. 25 stycznia 2018 roku odwiedziła go w areszcie.

– Słuchaj! – polecił jej wtedy przez słuchawkę w rozmównicy. – Idź do mojego adwokata, a potem powiedz prokuratorowi, że doznałaś tych obrażeń na skutek upadku z balkonu, i że się również sama okaleczyłaś maczetą. Obarczyłaś mnie winą w odwecie za to, że cię zdradzałem.

Rozmowie tej przysłuchiwał się przez słuchawkę w więziennej rozmównicy strażnik, który niezwłocznie sporządził z niej notatkę i o wszystkim powiadomił przełożonych.

Jolanta O. oczywiście posłuchała Arkadiusza Z. I nie pamiętając już o tym, co jej zrobił, 11 września 2018 roku złożyła stosowne oświadczenie w sądzie. Takie, jakiego sobie życzył od niej Arkadiusz Z. Zaś 13 września 2018 roku,  gdy w Sądzie Okręgowym w Jeleniej Górze ruszył proces przeciwko niemu, kobieta złożyła jeszcze dodatkowe oświadczenie, dodając że: „obrażeń ciała doznała w wyniku upadku z balkonu”.

– Nie przyznaję się do zarzutu! – mówił buńczucznie przed sądem 34-latek. – Kiedy uciekła z domu, nakarmiłem dziecko i położyłem się spać. Obudziła mnie dopiero interwencja policji. I wtedy zobaczyłem na podłodze pełno krwi. Nie wiedziałem, skąd się wzięła – mataczył i kłamał. Dodał, że kiedy był po raz ostatni na mieście z Jolantą O., spotkał tam koleżankę, którą na ulicy przytulił.

 – Zobaczyła to Jolanta, a jest zazdrosna i się na mnie wkurzyła. I o to właśnie poszło. I wtedy Jolka wpadła w złość.

Potem w domu w tej złości miała mu ubliżać i nawet rzekomo groziła samobójstwem.

 – Zawinęła wokół swojej szyi metalową smycz i wykrzykiwała, że zabije siebie i dziecko, a ja zgniję w więzieniu. – tak to relacjonował. Wtedy przyłożył jej w twarz, do czego się przyznał w sądzie, a ona się przewróciła. Potem ona miała wybiec, a on zasnął.

– Wyjaśnienia Arkadiusza są prawdziwe – potwierdzała przed sądem 25-latka. – Przed wujkiem podkolorowałam przebieg wydarzeń, by wydawały się prawdziwie. Kiedy Arkadiusz spał, wyszłam na balkon zapalić papierosa. Pośliznęłam się i wypadłam z balkonu, na stertę gruzu. Wówczas postanowiłam się na nim zemścić. Zadzwoniłam więc na pogotowie i policję, twierdząc, że to jestem ofiarą pobicia.

– Dlaczego przez cały czas śledztwa potwierdzała pani prawdziwość fałszywych jakoby swych zeznań? – zapytał sąd. – A teraz twierdzi pani co innego?

Jolanta nie potrafiła na to odpowiedzieć, wzruszając jedynie ramionami. Podawała jeszcze, że element maczety wplotła w śledztwie dlatego, aby bardziej się uwiarygodnić.

 – Zaś wszystkich tych obrażeń tak naprawdę doznałam w wyniku upadku – powtórzyła. – Na gruz, cegły i butelki. I były tam jeszcze pod tym balkonem blacho-dachówki – konfabulowała przed wymiarem sprawiedliwości. Nie potrafiła jedynie sprecyzować, czy w końcu okaleczyła się  maczetą, czy też nie. Okaleczenia maczetą, jednoznacznie potwierdzali biegli.

– Doznałam histerii na tle zazdrości, zaś Arkadiusz starał się mnie uspokoić i dlatego walnął mnie w twarz – próbowała jeszcze ratować swego partnera.

Sąd jednak nie uwierzył w tak diametralne zmiany zeznań ze śledztwa. A biegli w tej sprawie jedynie potwierdzili wątpliwości sądu.

 – W ponad dwudziestoletniej praktyce nigdy nie spotkaliśmy się, aby obrażenia takie zostały spowodowane upadkiem lub samookaleczeniem. I w naszej ocenie taki upadek z balkonu nigdy nie miał miejsca.

Do oceny biegłych doszły jeszcze opinie ratowników medycznych z pogotowia, którzy 20 listopada 2017 roku przyjechali na ratunek kobiecie. Były to opinie o podobnej treści, co biegłych. Swoje dołożył w sądzie również wujek Arkadiusza Z. oraz strażnik służby więziennej, który w rozmównicy więziennej przysłuchiwał się obojgu i uczynił z tego notatkę służbową. Tak więc Arkadiuszowi Z. doszedł kolejny zarzut: „o nakłanianie do składania fałszywych zeznań”.

18 grudnia 2019 roku Sąd Okręgowy w Jeleniej Górze skazał go za to wszystko na 15 lat pozbawienia wolności. Okazało się również, że 34-latek był w przeszłości wielokrotnie karany. Za ciężkie przestępstwa, jak to określono. Wyrok nie jest prawomocny.

Roman Roessler

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*