ŻYCIE ZA ADIDASY

Adidasy to sportowe buty produkowane od 1924 roku przez niemiecką firmę o tej samej nazwie. Są wygodne, pasują niemal na każdą okazję, ale to tylko buty. Nie powinny się kojarzyć z niczym dramatycznym. Jednak z powodu adidasów kilkunastoletni chłopak stracił życie.

W 1997 roku wiosna zawitała do Radomia o tydzień za wcześnie, 13 marca było 20 stopni C. Ludzie rozpinali grube kurtki i wystawiali twarze do słońca. Pogodny dzień sprzyjał spacerom i zakupom.

 O godzinie 18 Karol M., uczeń I klasy liceum ekonomicznego w Radomiu, skończył lekcje i wraz z dwoma kolegami ze szkoły udał się na przystanek autobusowy przy ulicy Jacka Malczewskiego, kilkaset metrów od siedziby prokuratury. Chłopak był ubrany w nowiutki dres Adidasa, a na nogach miał buty tej samej marki.

Upragniony prezent

Szesnastoletni Karol M. chodził do klasy o profilu administracyjno-biurowym. Był pilnym, zdyscyplinowanym uczniem. Lubił matematykę, pasjonowały go finanse. Po maturze zamierzał studiować kierunek zgodny z jego zainteresowaniami.

Pochodził z rodziny, gdzie się nie przelewało. Rodzice ciężko pracowali, żeby związać koniec z końcem i zapewnić utrzymanie dwojgu dorastających dzieci: Karolowi i jego siostrze. Ich starszy brat był już żonaty i mieszkał osobno.

– Chociaż miał w szkole dużo nauki, to nie zasłaniał się zmęczeniem czy brakiem czasu, tylko pomagał także w domu – powiedziało o Karolu jego rodzeństwo.

Z powodu nie najlepszej sytuacji finansowej musieli sobie wiele rzeczy odmawiać. Jednak na urodziny, które wypadały 28 lutego, Karol dostał prezent, o jakim od dawna marzył. Były to adidasy i kurtka tej samej marki.

Dumny, że ma wreszcie to, co jego koledzy, codziennie chodził w tym stroju do szkoły. Było to trochę ryzykowne. Okolice radomskiego ekonomika nie należały do bezpiecznych. W pobliżu znajdowało się targowisko, dworzec autobusowy i zaniedbany park. Pełno tu było pijaczków i żuli. Często dochodziło do kradzieży i napadów rabunkowych na uczniów.

– A to musieli oddać im gotówkę, a to „wyskoczyć” ze sportowych butów lub drogich ciuchów. Mieliśmy mnóstwo zgłoszeń o takich zdarzeniach – mówił Tadeusz Kaczmarek, ówczesny rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Radomiu.

Karol nie należał do bojaźliwych chłopaków. Od kilku miesięcy ćwiczył na siłowni, żeby wyrobić sobie bardziej muskularną sylwetkę i poprawić tężyznę fizyczną. Każdego dnia wychodził z domu w adidasach. Niestety, nacieszył się nimi zaledwie dwa tygodnie.

Bez butów i kurtki

 – To cześć, do jutra – dwaj koledzy Karola pożegnali się z nim i wsiedli do autobusu. Po paru minutach on także odjechał dziewiątką. Przy stadionie „Radomiaka” na Struga miał przesiadkę na „elkę”. Mieszkał kilka kilometrów za Radomiem.

W domu powinien być przed dziewiętnastą. Nie wracał, czas mijał, rodzina niepokoiła się o niego. Dzwonili do jego kolegów i nauczycieli. Może zajęcia w szkole się przedłużyły? Ale tak nie było, nikt nie wiedział, co się stało z Karolem.

W końcu rodzice zgłosili na policji zaginięcie syna. Usłyszeli, że będą podjęte poszukiwania. Ale nie szukano go długo. Dyspozytorka Pogotowia Ratunkowego przekazała policji informację o znalezieniu na terenie klubu sportowego „Radomiak” zmasakrowanych zwłok kilkunastoletniego chłopca. Po karetkę zadzwonił pracownik firmy ochroniarskiej, który w czasie obchodu obiektów sportowych natknął się na ciało.

To był Karol. Zwłoki leżały w pustej niecce basenu na terenie budowanej od paru lat hali sportowej „Radomiaka”. Na ciele chłopca widoczne były ślady dotkliwego pobicia. Był bez kurtki i butów. Obok leżały jego zeszyty i podręczniki szkolne, a kilka metrów dalej plecak, z którego wyrzucono zawartość.

Z wstępnych badań przeprowadzonych przez policyjnego lekarza wynikało, że przyczyną zgonu Karola M. było uduszenie gwałtowne. Na szyi szesnastolatka widniała sina pręga. Wstępne ustalenia potwierdziła sekcja zwłok. Narzędziem zbrodni była pętla wykonana z materiału sztywnego. Mógł to być skórzany pasek do spodni. Przy zwłokach go nie znaleziono.

Akcja „Małolat”

 Zabójstwo ucznia szkoły średniej głęboko poruszyło mieszkańców Radomia. Była to już kolejna w ostatnich tygodniach zbrodnia popełniona w województwie radomskim, której ofiarą padł nastoletni chłopak.

W styczniu po dyskotece w Skaryszewie został bestialsko pobity na śmierć uczeń Zespołu Szkół Skórzano-Odzieżowych w Radomiu. Pod koniec lutego w Starachowicach uduszono nylonowym sznurkiem jedenastoletniego Kamila. Po regionie nie grasował jednak seryjny zabójca nastolatków. Sprawcy byli rówieśnikami tych, których pozbawili życia. Zabili z głupoty, w bezmyślnym akcie okrucieństwa, pod wpływem alkoholu lub narkotyków.

Po zabójstwie ucznia „skórzanki”, jego szkolni koledzy zorganizowali marsz milczenia. Wyszli na ulice Radomia, żeby zaprotestować przeciwko przemocy. Dołączyła do nich młodzież z innych radomskich szkół.

Podobny protest zaplanowano po morderstwie Karola M. Jednak marsz się nie odbył, młodzi ludzie ograniczyli się do wystosowania apelu do władz miasta, w którym wyrazili swój protest przeciwko rozszerzającemu się złu i wzrostowi fali przestępstw, zwłaszcza wśród młodzieży. Część mieszkańców Radomia uważała, że marsze i apele niczego nie zmienią.

– Młodzi maszerują, a bandyci się śmieją i dalej zabijają. Tyle z tego pożytku – mówiono. Jednakże protesty nie zostały zignorowane przez tych, którzy mogli coś w tej sprawie zrobić.

Włodzimierz Wolski, ceniony pedagog i społecznik, dyrektor Ośrodka Interwencji Kryzysowej w Radomiu zainicjował wspólnie z policją, magistratem i środowiskiem nauczycielskim akcję „Małolat”. Jednym z jej głównych elementów była „godzina policyjna” dla młodzieży szkolnej. Po dwudziestej trzeciej niepełnoletni uczniowie nie mogli przebywać w miejscach publicznych w Radomiu bez opieki dorosłych. W mieście zrobiło się bezpieczniej.

„Kondzio” i jego banda

Sprawcy zabójstwa Karola M. zostali zatrzymani przez policję w kilka tygodni po zbrodni. W ustaleniu ich tożsamości pomogły przekazane przez świadków rysopisy. Podejrzani byli niepełnoletni i zostali umieszczeni w schronisku dla nieletnich. W czasie śledztwa przyznali się do zabójstwa.

13 marca 1997 r. niespełna 17-letni „Kondzio” i dwaj szesnastolatkowie – „Bolo” i „La” włóczyli się bez celu po śródmieściu Radomia. O tym, gdzie pójść i co zrobić decydował „Kondzio”, czyli Konrad P. Był najstarszy z trójki, a ponadto z niejednego pieca jadł chleb. Jak na małolata miał całkiem bogatą przeszłość kryminalną: policja zatrzymywała go za włamania, kradzieże i rozboje. „Kondzio” pił, odurzał się klejem i innymi świństwami; koledzy bali się go i wypełniali wszystkie jego rozkazy. Od kilku dni „Kondzio” był na ucieczce z domu.

Około osiemnastej cała trójka jechała autobusem numer 9. Obserwowali pasażerów. Potrzebowali kasy i postanowili wykonać jakąś małą robótkę. Ich uwagę zwrócił chłopak z plecakiem szkolnym, który wsiadł do „dziewiątki” na przystanku przy Malczewskiego. Miał fajną kurtkę i adidasy. Wszystko jak spod igły. Uznali, że musi być „dziany”.

Karol wysiadł przy stadionie, żeby się przesiąść na podmiejską „elkę”. Poszli za nim na przystanek. Wieczorem nikt oprócz nich nie czekał na autobus.

– Masz kasę? – zagadnął Karola „Kondzio”. Był to niewysoki, krępy chłopak, ubrany w kurtkę typu „flyers” i błyszczące dresowe spodnie. Miał czarne włosy i spojrzenie spode łba. Agresja aż się w nim gotowała.

Karol powiedział, że nie ma kasy. Rozwścieczony „Kondzio” trzasnął go pięścią między oczy, a gdy uczeń upadł, wspólnie z kumplami zaczął mu przeszukiwać kieszenie i plecak. Znaleźli 10 złotych. Śmieszna suma. Co innego adidasy i katana. Autentyczne i nowe, warte mnóstwo kasy. Trzeba, żeby zmieniły właściciela. Ale nie tutaj. Jakaś menda może ich zobaczyć i wezwać psy. Rozejrzeli się za lepszym miejscem i po chwili je znaleźli.

Dusić by nie udusić

Między koroną stadionu „Radomiaka” a budynkiem administracyjnym od kilku lat wznoszono halę sportową. O tej porze budowlańcy już nie pracowali. Teren był osłonięty z każdej strony. „Kondzio”, „Bolo” i „La” bez problemu dostali się tam, ciągnąc ze sobą wystraszonego i pobitego Karola M.

Brali pod uwagę, że mogą się natknąć na ciecia, pilnującego placu budowy, ale nie przejmowali się taką ewentualnością. Nawet jakby, to da się mu w zęby i będzie spokój.

Zresztą, żeby dozorca czy ochroniarz ich nie dojrzał, weszli do pustej niecki basenu. Budowa basenu była już prawie ukończona. Nawet słupki startowe dla zawodników zostały wmurowane. Ale to nieważne. Liczyło się, że z tego miejsca nie będą widoczni dla kogoś, kto mógłby w pobliżu przechodzić.

Nikt się jednak nie kręcił. Pobili Karola, a następnie ściągnęli z niego kurtkę i buty. Jak później wyjaśniali w śledztwie i na rozprawie sądowej, pobity i ograbiony chłopak zaczął się odgrażać, że powie o wszystkim policji i pójdą siedzieć. Być może Karol – o ile to była prawda – zauważył, że z trójki napastników najbardziej agresywny i niebezpieczny jest ten we flyersie. Jego koledzy sprawiali wrażenie, jakby mieli dość, może faktycznie przestraszyli się konsekwencji. Możliwe, że Karol liczył na to, że uda mu się przeciągnąć ich na swoją stronę i razem poradzą sobie z prowodyrem.

Tak się jednak nie stało. „Bolo” i „La” rzeczywiście odcięli się od tego, co robił „Kondzio”, ale nie pomogli Karolowi, tylko uciekli. Karol nie miał szans z rosłym, zdemoralizowanym przeciwnikiem. „Kondzio” zadał mu jeszcze kilka bolesnych ciosów, a potem, gdy chłopak leżał nieprzytomny, wyjął ze spodni pasek i założył go Karolowi od tyłu na szyję. A potem zacisnął pętlę. W śledztwie tłumaczył się, że nie chciał go udusić, a jedynie poddusić.

– Ja umiem dusić. Parę razy już to robiłem. Podduszeni zawsze odzyskiwali przytomność i nic im potem nie dolegało. Myślałem, że i z tym chłopakiem mi się uda – wyjaśniał.

Według jego obliczeń, dusił Karola kilkadziesiąt sekund. Nie dłużej niż minutę. Utrzymywał, że gdy przestał, wyczuł u niego puls. I dlatego go zostawił.

To było kłamstwo. Zdaniem patomorfologa duszenie musiało trwać co najmniej cztery minuty. Tyle nie można przeżyć bez oddechu. Konrad P. nie mógł więc po zaprzestaniu duszenia wyczuć pulsu u Karola M.

Kryminał to nie wczasy

Rok później Konrad P. odpowiadał przed Sądem Okręgowym w Radomiu za zabójstwo Karola M. „Bolo” i „La”, którzy nie uczestniczyli bezpośrednio w morderstwie, trafili przejściowo do zakładu poprawczego dla nieletnich.

– To bestia nie człowiek. Udusił go i poszedł, a potem żył sobie, jak gdyby nigdy nic. Gdzie jego sumienie? – mówił na jednej z rozpraw ojciec zabitego ucznia.

Konrad P. powtórzył przed sądem swoje wyjaśnienia ze śledztwa. W dalszym ciągu utrzymywał, że nie chciał pozbawić Karola życia. To dlaczego w ogóle go dusił? Z ciekawości, jak to będzie? Czy dlatego, że bał się, że Karol doniesie na niego? Oskarżony nie potrafił odpowiedzieć na pytanie oskarżyciela. Przez cały proces starał się nie używać słowa „zabić”. Nawet w ostatnim słowie mówił, że zdaje sobie sprawę, że „zrobił źle”.

– Jestem młody, mam szansę się zmienić. Chciałbym w przyszłości założyć normalną rodzinę – powiedział.

– Dziecko zabiło dziecko i jest to tragedia dwóch rodzin: ofiary i sprawcy – stwierdziła w ostatnim dniu procesu przewodnicząca składu sędziowskiego, sędzia Iwona Nowakowska. Dodała jednak, że w żaden sposób nie zmienia to faktu, że sprawca działał brutalnie, bez skrupułów i z niskich pobudek. Kara powinna być więc adekwatna do popełnionej zbrodni.

Konrad P. został skazany na 25 lat więzienia. Przyjął wyrok ze spokojem. Rodzina zamordowanego chłopaka i część opinii publicznej uważała, że kara rzeczywiście jest surowa. Co prawda niektórzy byli zdania, że zabójca zasłużył na dożywocie, ale i 25 lat za kratami, to nie wczasy w ośrodku wypoczynkowym.

Dziecko wylane z kąpielą

Ciekawy i burzliwy był dalszy przebieg akcji „Małolat”. Przedsięwzięcie spełniło swoje zadanie. Ze statystyk policyjnych wynikało, że w Radomiu spadła przestępczość wśród młodzieży. Radomską inicjatywę popierała policja z innych miast. Akcję pochwalili dziennikarze amerykańskiego tygodnika „Newsweek” (wówczas nie było jeszcze polskiej mutacji) i „Los  Angeles Times”, którzy pisali o przestępczości wśród nieletnich i zainteresowali się „Małolatem”.

Jednak znaleźli się także przeciwnicy akcji: niektórzy politycy, cześć publicystów i środowiska naukowego, oraz młodzież, niezadowolona, że przed jedenastą wieczorem musi być w domu. Przeciwnicy twierdzili, że akcja była zanadto restrykcyjna; ich zdaniem kontrolowanie małolatów, wałęsających się samopas po nocach, ograniczało ich swobody obywatelskie. Były nawet kontrole NIK i Rzecznika Praw Obywatelskich.

Akcja została zawieszona po nowelizacji ustawy o nieletnich pod koniec 1998 roku, gdy usunięto z niej zapis o konieczności „zabezpieczenia” przez służby porządkowe dzieci, pozbawionych opieki dorosłych. Na usta ciśnie się powiedzenie o dziecku wylanym razem z kąpielą…

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*