ZAMACHOWIEC W SZPITALU

Zamachowiec zastrzelił fotografa w sali chorych w Szpitalu św. Trójcy w Płocku fot. Fotopolska.eu

Zamachowiec pewnym krokiem wszedł do sali chorych w Szpitalu św. Trójcy w Płocku. Oddał strzały z rewolweru, zabijając leżącego tam mężczyznę i towarzyszącą mu kobietę. Następnie rzucił się do ucieczki.

 Na Feliksa Gadzalińskiego, właściciela zakładu fotograficznego w Płocku, były dwa zamachy. Pierwszy, do którego doszło 25 marca 1908 roku, Gadzaliński przeżył. Został ciężko ranny i trafił do szpitala. Za drugim razem, cztery dni później nie miał szans. Zginęła również jego żona. Komu przeszkadzał skromny, niepozorny fotograf? Otóż Gadzaliński zajmował się nie tylko fotografią.

Ulice we krwi

W pierwszych latach XX wieku oddziały bojowe Polskiej Partii Socjalistycznej zajmowały się prowadzeniem dywersji, polegającej na likwidowaniu rosyjskich żandarmów, urzędników i carskich konfidentów oraz zdobywaniem funduszy na działalność rewolucyjną partii. W tym celu uzbrojone oddziały napadały na sklepy, furgony pocztowe i monopole spirytusowe.

Opinie społeczeństwa o tego rodzaju akcjach były skrajne. Jedni uważali bojowców za patriotów, walczących o niepodległość Polski, drudzy za terrorystów i pospolitych bandytów, którzy robią więcej złego niż dobrego.

Podobnie jak w innych miastach dawnej Kongresówki, również ulice w Płocku spływały krwią. Szczególnie dramatycznym okresem były lata 1905-1910. W akcjach dywersyjnych organizacji bojowych PPS, które kilkakrotnie zmieniały nazwę, brali udział młodzi, niekiedy niespełna 20-letni zapaleńcy. Nader często bez doświadczenia spiskowego i bojowego.

Z tego powodu wiele akcji kończyło się fiaskiem. Omyłkowo zabijano nie tych, na których wydano wyrok, lecz niewinne osoby. Napady na sklepy i pocztowe konwoje były źle przygotowane i nie przynosiły spodziewanych rezultatów w postaci obfitego łupu. Po wykonaniu zadania bojowcy nie mieli zapewnionego odwrotu i bezpiecznej kryjówki. Reakcją rosyjskiego aparatu policyjnego na zbrojne akcje były aresztowania i procesy sądowe pepeesowców, które kończyły się rozstrzeleniami lub zsyłkami na Syberię. Zagrożenie stanowili również konfidenci i carscy agenci, działający w łonie partii.

Częste obcowanie ze śmiercią, ryzyko wpadki, niepewność jutra niekorzystnie oddziaływały na psychikę młodych spiskowców. Bali się własnego cienia, w każdym widzieli wroga. Ogarnięci paranoicznym strachem nawzajem podejrzewali się o zdradę. Na tym tle dochodziło do tragedii.

Śmierć sługusom cara!

Na początku 1907 roku członkowie płockiej Organizacji Bojowej PPS Frakcja Rewolucyjna postanowili wykonać wyrok śmierci na strażniku ziemskim Wasiliju Ksenofontowie. Rosjanin przyczynił się do aresztowania wielu bojowców, a gdy przebywali w celach, okrutnie się nad nimi znęcał, chcąc, żeby wydali swoich towarzyszy.

Egzekucję wyznaczono na 2 stycznia. Gdy Ksenofontow i  towarzyszący mu Włodzimierz Rudowski wyszli z gmachu urzędu policji, w ślad za nimi ruszyło pięciu młodych spiskowców. Byli uzbrojeni i śledzili ich przez całe miasto. W okolicach synagogi przy ulicy Szerokiej spiskowcy osaczyli Rosjan. W wyniku postrzału Ksenofontow zmarł. Rudowski uciekł. W wydanej niedługo potem ulotce Płocki Okręgowy Komitet Robotniczy PPS FR wyjaśnił motyw wyroku na „sługusie cara”.

Zuchwały zamach oburzył policję. Naczelnik Płockiego i Sierpeckiego Powiatowego Zarządu Żandarmerii, pułkownik Bielski zarządził energiczne śledztwo w sprawie wykrycia zabójców strażnika ziemskiego. Bielski, podobnie jak Ksenofontow, był znany z zapiekłej nienawiści do polskich rewolucjonistów.

Wkrótce żandarmi wpadli na trop całej piątki, która brała udział w akcji. W kwietniu 1907 roku sprawcy zamachu stanęli przed sądem i zostali skazani na zesłanie do Kraju Jakuckiego.

Wpadka po akcji

Teraz celem Wydziału Bojowego stał się pułkownik Bielski. Nikt w organizacji nie miał wątpliwości, że jedynym możliwym wyrokiem dla niego jest śmierć. Zaczęto go śledzić. Bojowcy, pomni wcześniejszych pomyłek, chcieli mieć absolutną pewność, że zlikwidują Bielskiego a nie niewinną ofiarę.

Sprawa nie była łatwa. Szef żandarmerii rzadko pojawiał się w miejscach publicznych. Najwidoczniej w obawie o życie chodził po mieście w cywilnym ubraniu. Nie wyróżniał się jakimś charakterystycznym wyglądem.

Tym razem dobrze przygotowano się do akcji. 2 lutego 1908 roku trzej członkowie płockiej bojówki dopadli Bielskiego w czasie spaceru po Placu Tumskim. Kazimierz Pielat jednym strzałem w głowę zabił pułkownika. Instrukcja bojowa PPS nakazywała w czasie akcji ochronę bezpośredniego wykonawcy wyroku przez pozostałych członków grupy dywersyjnej. I w tym przypadku tak było. Pielat został bezpiecznie wyprowadzony z Placu Tumskiego i następnie ukryty. Mimo iż zadanie zostało prawidłowo wykonane, kilka godzin później żandarmi aresztowali całą trójkę zamachowców. Najwięcej szczęścia miał Kazimierz Pielat, którego po pewnym czasie zwolniono z więzienia.

Kto był kretem?

W ciągu kolejnych miesięcy płoccy rewolucjoniści nie wykonywali wyroków śmierci. Napadali natomiast – z różnym skutkiem – na monopole i konwoje pocztowe, podczas których dochodziło do rozlewu krwi. Sporym problemem było morale spiskowców. Zabijanie, rabowanie, noszenie przy sobie broni może być czynnikiem zacierającym różnicę między dobrem a złem. I do takich przypadków dochodziło. Kierownictwo okręgowe PPS otrzymywało sygnały, że niektóre działania bojowców nie mają nic wspólnego z walką o niepodległość Polski, noszą natomiast znamiona pospolitego bandytyzmu.

Kazimierz Pielat uczestniczył w akcjach ekspropriacyjnych, ale nie dawało mu spokoju to, co wydarzyło się po wykonaniu wyroku śmierci na Bielskim. Zastanawiał się, jak to możliwe, że mimo podjętych środków ostrożności, tak szybko wpadli w ręce żandarmów. Doszedł do wniosku, że ktoś ich wydał.

Podejrzenie Pielata padło na Feliksa Gadzalińskiego, działacza PPS i właściciela zakładu fotograficznego przy ulicy Tumskiej w Płocku. Zapewne Pielat posądził go o zdradę dlatego, że Gadzaliński, będąc członkiem Okręgowego Komitetu Robotniczego PPS Frakcji Robotniczej w Płocku, posiadał rozległą wiedzę o strukturach płockiej bojówki i miał aktualne informacje o planowanych akcjach, w których czynnie nie brał udziału. Niewykluczone, że pewną rolę odegrała profesja Gadzalińskiego. Jako fotograf portretował i uwieczniał na kliszy okoliczne dwory i rezydencje, także te, których właściciele otwarcie opowiadali się za caratem. Któż mógł wiedzieć, o czym z nimi rozmawiał? Może nie tylko o sztuce fotografii i zaletach aparatów marki Kodak Eastman?

Tak czy inaczej Pielat opowiedział o swoich podejrzeniach Antoniemu Plichcie. We dwóch podjęli decyzję o zastrzeleniu Gadzalińskiego.

 Chłopięcy uśmiech zabójcy

38-letni Feliks Gadzaliński miał w Słupnie pod Płockiem dom, gdzie mieszkała jego żona Helena i trzyletni syn Grzegorz Bożydar. Gadzaliński przyjeżdżał do nich w dni wolne i święta. W nocy 25 marca 1908 roku ktoś do zapukał do ich drzwi. Byli to koledzy partyjni Gadzalińskiego: Pielat i Plichta. Spytali go o nazwisko, po czym Pielat wymierzył do niego z rewolweru. Strzał nie był śmiertelny. Kula utkwiła w kręgach szyjnych. W następstwie odniesionych ran Gadzaliński trafił do szpitala Świętej  Trójcy w Płocku.

Obrażenia, choć poważne, raczej nie zagrażały życiu fotografa. Jednak żywy ze szpitala nie wyszedł. Przy rannym Gadzalińskim niemal non stop czuwała jego żona. Była z nim w sali w sobotę 28 marca, gdy około ósmej wieczorem do szpitala Świętej Trójcy wszedł młody, ubogo ubrany mężczyzna.

– A kawaler tu czego? – zapytał stróż przy bramie. Młodzieniec z nieśmiałym uśmiechem odparł, że przyszedł w odwiedziny do chorego. Dozorca wpuścił go.

– Tylko niech kawaler uważa, bo w szpitalu mamy ospę – dodał ostrzegawczo.

Feliks Gadzaliński leżał na łóżku i rozmawiał z pochyloną nad nim żoną. Naraz w drzwiach sali stanął nieśmiało wyglądający młodzieniec. W ręce trzymał odbezpieczonego browninga.

– O Boże, proszę nie! – krzyknęła Helena Gadzalińska. Tamten głuchy na błaganie kobiety zaczął naciskać spust. Oboje Gadzalińscy zostali zabici. Na odgłos strzałów do sali wbiegła służba szpitalna. Próbowano zatrzymać mordercę, ten jednak wyrwał się, pognał schodami na dół i wypadł na ulicę. Uciekał w kierunku Misjonarskiej. Gonił go wachmistrz Gołubowski z pobliskiego posterunku, zaalarmowany krzykami dobiegającymi ze szpitala. Uciekający młodzieniec odwrócił się i postrzelił go, jednak żandarm nie zaprzestał pościgu. Zaczęli się szamotać. W zatrzymaniu sprawcy dopomógł przechodzień. Wyciągnął z pochwy policjanta szablę i zranił nią zabójcę w głowę. Dopiero wtedy tamten się poddał.

Mordercą małżonków Gadzalińskich okazał się 18-letni Witold Habelman, robotnik w fabryce maszyn Marguliesa. Był członkiem płockiej bojówki PPS. Kazimierz Pielat powierzył mu zadanie dokończenia tego, co on zaczął cztery dni wcześniej w Słupnie.

Tragiczna pomyłka

Habelman został aresztowany pod zarzutem podwójnego zabójstwa. Trafił do celi, której dozorcą był Siergiej Sołowiew, znany z wyrafinowanego okrucieństwa wobec więźniów. Dalszy los zamachowca wydawał się być przesądzony.

Do aresztu nie można było przemycić grypsu, zapewne więc Habelman nie dowiedział się, że zastrzelił dwoje niewinnych ludzi. Oskarżenie Gadzalińskiego o zdradę było tragiczną pomyłką. Po zbadaniu sprawy, kierownictwo okręgowe PPS FR wykluczyło, żeby fotograf doniósł żandarmom na Pielata i jego towarzyszy. Wiedział tyle o akcjach dywersyjnych płockich bojówek i o działaczach PPS FR, że gdyby był zdrajcą lub konfidentem, mógłby przyczynić się do rozbicia całej płockiej struktury partii.

Kto zatem był „kretem”? Na razie odłożono dochodzenie w tej sprawie. Skupiono się na pilniejszych zadaniach. Kierownictwo okręgowe zastanawiało się, co zrobić z dwoma bojowcami, którzy mieli ubezpieczać Habelmana w czasie zamachu, jednak, jak się okazało, nie wytrzymali nerwowo i zamiast go ochraniać, uciekli. Powinni zostać rozstrzelani za dezercję. Pielat, który miał  na rękach krew Gadzalińskich, nie chciał się jednak na to zgodzić, uważając, że już dość zabijania własnych ludzi.

Planowano odbicie Habelmana z aresztu. Na wykradzenie więźnia potrzebowano pieniędzy. W wyniku napadu na monopol w Borowiczkach uzyskano 14 rubli. Cena wolności była jednak dużo wyższa. Druga akcja ekspropriacyjna w Dobrzykowie nie dała nawet kopiejki. W czerwcu Witold Habelman został przewieziony do więzienia w warszawskiej Cytadeli.

To oznaczało, że nie da się go już uratować. O świcie 1 lipca 1908 roku zabójca Feliksa i Heleny Gadzalińskich, wyrokiem sądu, skazującym go na karę śmierci, został rozstrzelany przez pluton egzekucyjny na stokach Cytadeli.

Krwawa wendetta

Stracenie 18-letniego Habelmana głęboko wstrząsnęło płockimi bojowcami. Był za  młody na śmierć. Nic już nie mogło wrócić mu życia, ale jego towarzysze pałali żądzą zemsty. Zdecydowano się zlikwidować tych, od których w największym stopniu ucierpiał i którzy doprowadzili do jego uwięzienia.

W pierwszej kolejności na celownik (dosłownie) wzięto Siergieja Sołowiewa. Finansowej pomocy, która przyspieszyła zorganizowanie zamachu, udzielili bojowcom działacze PPS Lewica. Był to rzadki przypadek sojuszu dwóch odłamów partii, które na co dzień, jak wiadomo, raczej nie przepadały za sobą. Los dozorcy więziennego dopełnił się w godzinach porannych 17 lipca 1908 roku, na ulicy Dominikańskiej. Sołowiew nie miał najmniejszych szans. Śmiertelny strzał oddał do niego Franciszek Sobociński. Kazimierz Pielat był jednym z ubezpieczających.

Miesiąc później Organizacja Bojowa chciała wykonać wyrok śmierci na wachmistrzu Gołubowskim, który aresztował Habelmana. Zamachowcy chodzili za policjantem przez cały dzień, czekając na sprzyjający moment. Wszędzie jednak kręcili się ludzie. Osaczono go dopiero na tyłach siedziby płockiego sądu. Jednak przez przypadek zastrzelony został nie Gołubowski, lecz towarzyszący mu mężczyzna, który próbował go obronić. Był to strażnik, niejaki Ostap Kusznin. Niedługo później Gołubowski, najprawdopodobniej w obawie o życie, wyjechał na stałe z Płocka.

Wznowiono dochodzenie w sprawie konfidenta, który wydał sprawców zamachu na pułkownika Bielskiego. Pojawiło się kilka nowych nazwisk, ale działając już z dużo większą rozwagą, nikogo nie oskarżono o zdradę. Tożsamość tajnego rosyjskiego agenta nigdy nie została ustalona.

Kazimierz Pielat uczestniczył w akcjach bojowych PPS FR na terenie Płocka i powiatu płockiego do roku 1910. Po napadzie na furgon pocztowy pod Zbójnem, zakończonym przejęciem 55 tysięcy rubli, wyjechał do Galicji. Potem walczył w Legionach. Zmarł w roku 1957.  Został pochowany na cmentarzu w Płocku.

Mariusz Gadomski

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*