Okradanie króla złodziei

W książce „Od pakera do gangstera” Jarosław Sokołowski „Masa” wspomina czasy swojej młodości w Pruszkowie. Droga „Masy” do najgroźniejszej grupy przestępczej w historii Polski prowadziła przez bramki w lokalnych dyskotekach i knajpach. 17-letni Jarek zaczynał karierę jako bramkarz w dyskotece „Pałacyk”. Tam poznał pruszkowskich urków, co pozwoliło mu zmienić lokal na lepszy.   

 Wspólnie wypity alkohol sprawił, że starzy polubili małolata Jarka: – Szczególnie „Krzyś”  i „Góral”, i  oni mi wtedy zaproponowali pracę bramkarza Pod Sosnami w Komorowie. Oni sami też byli bramkarzami. Często chodzili Pod Sosny na balety, i tak się dali we znaki ajentowi, że ich w końcu zatrudnił jako ochronę.

Pod Sosnami pojawiało się wielu mniej lub bardziej znanych gości, gdyż lokal przyciągał dobrą kuchnią i innymi atrakcjami.

Złodziej i kelner

 Jednym ze stałych bywalców był Zdzisław Najmrodzki, znany szerzej jako „Saszłyk”, król złodziei samochodów. Głównie polonezów. Najmrodzki miał swój patent na te auta, których rzekomo ukradł około dwustu, jak doliczył się nieżyjący już dziennikarz Janusz Atlas. Patent polegał na odklejaniu lub wydłubywaniu uszczelki tylnego okna. Dzięki temu zniknął między innymi polonez Ireneusza Sekuły – wówczas ministra pracy i spraw socjalnych. Sekuła wiele lat później, jak twierdzi Masa, zginął z rąk starych pruszkowskich. Ale z „Saszłykiem” nie miało to już nic wspólnego.

Ten zaś co prawda specjalizował się w polonezach, ale dla własnego użytku najchętniej kradł fordy i bmw.

Jednak prawdziwą sławę przyniosły Najmrodzkiemu jego brawurowe ucieczki z rąk milicjantów, konwojentów bądź strażników więziennych, z sądów oraz  zakładów karnych. Łącznie zaliczył 29  ucieczek.

Tym, co kochał najbardziej oprócz wolności były samochody i dobre  jedzenie. Siedząc w celi, potrafił godzinami opowiadać, gdzie, kiedy i czym go nakarmiono. Zresztą jego przestępczy pseudonim miał konotacje gastronomiczne: „Saszłyk”. Ksywa pochodziła od jego ulubionej potrawy, ale też od wady wymowy, jakiej nabawił się jako małolat po upadku z drzewa.

Pod Sosnami Najmrodzki odwiedzał kelnera Wacława W., który dla „Saszłyka” był kimś w rodzaju guru. Bowiem pan Wacek w wolnych chwilach zajmował się też oszustwami, i to zbliżyło do niego „Saszłyka”.

 – Wacek to był dystyngowany gościu, taki kelner z wyższej półki – ocenia po latach „Masa”. – Na takich kelnerów to się kiedyś mówiło „parasol”. Do nich miało się szacunek. Bo kiedyś kelner w dobrej knajpie, to był gość, tak jak dziś polityk – rzuca ekspresyjne porównanie były „Masa” i dodaje – Przecież niektórzy kelnerzy z Forum czy z Victorii mają dziś potężne firmy.

Sokołowski przyznaje, że  czasami jemu też zdarzało się „pić wódeczkę u Wacka” i nie kryje, że był to dla niego zaszczyt, czego z kolei „Saszłyk” dostępował, kiedy tylko pojawił się Pod Sosnami.

Ofiara gangsterów

O ile Najmrodzkiego z Wackiem łączyły przyjacielskie relacje, to panicznie bał się „Dzikusa” i „Krzysia”, którzy stali tam z „Masą” na bramce.

– Oni mu zawsze zabierali jakieś fury – wspomina „Masa”. – Na moich oczach zarekwirowali mu poloneza, fiata 131, mirafiori.

Wyglądało to tak, że „Krzyś” przynosił kartkę papieru, długopis i komenderował: –  Pisz kurwo umowę, no szybko, pisz.

I „Saszłyk” chcąc nie chcąc podpisywał umowę sprzedaży samochodu, choć pieniędzy nigdy nie oglądał. Innego wyjścia raczej nie miał. Na pomoc milicji nie mógł liczyć. Miał zgłosić, że ukradziono mu samochód, który wcześniej on komuś podprowadził? Wiadomo, że złodzieja jest okraść najłatwiej i najbezpieczniej. Co potem pruszkowscy z rozmachem stosowali przy napadach na tiry przemytników.

Teoretycznie „Sałszyk” mógł się postawić „Krzysiowi” i „Dzikusowi”. Tyle, że efekt takiej konfrontacji nie mógł być dla niego korzystny.

– Kiedyś byłem świadkiem, jak go skatowali na parkingu, bo się im stawiał – wspomina Masa.

Mimo takiego traktowania  „Saszłyk” i tak wracał Pod Sosny, bo jego prześladowcy nie zawsze tam byli, ale jak już go trafili, to było z nim kiepsko.

– Trzydzieści  razy przyjechał do Wacka na obiad i ich nie spotkał, ale za trzydziestym pierwszym razem  byli i go skubali. – Masa wspomina wizyty Najmrodzkiego. –  On dużo pił i dużo świrował. Żył bardzo szybko. Napił się, zjadł kotleta schabowego i już był wesoły i wtedy niepotrzebnie wchodził w gadkę z „Krzysiem” i „Dzikusem”. A oni bezwzględnie go okradali, nie tylko z samochodów.

Po każdej takiej akcji „Saszłyk” skarżył się Wackowi. A Wacuś starał się załagodzić konflikt: – No co wy panowie odpierdalacie, to porządny chłopak. Dajcie już mu spokój.

– No dobra, no stało się, więcej tego nie będzie – mówił „Krzyś” i się blatowali.

– Zupełnie niepotrzebnie, bo jakby się kłócili, to on by ich unikał. A te blaty w ich wykonaniu, to był taki kit wobec Wacka. A on zawsze ich jakoś pogodził i miał nadzieję, że to już jest ostatni raz pobili i okradli Saszłyka. To było złudne niestety, bo „Saszłyk” był dla nich chujem i okradali go notorycznie –  ocenia „Masa” i po chwili dodaje – Czemu uważali go za chuja? Bo miał pieniądze i trzeba było wykręcić aferę, aby mu je zabrać.

Zginął tak jak żył

Jednak w połowie lat 80. „Saszłyk” przestał pojawiać się Pod Sosnami. Wtedy miała miejsce jego ostatnia wpadka. Był to 1984 rok i Najmrodzki, wracając z Mazur, nie zatrzymał się do rutynowej kontroli milicyjnej, choć nie miał ze sobą niczego trefnego, a jego bmw, co prawda było kradzione, ale miało doskonałe papiery. Rozpoczął się szaleńczy, dwustukilometrowy pościg, o którego losach bynajmniej nie przesądziły rozstawiane zapory – „Saszłyk” omijał je niczym w amerykańskich filmach – lecz celny strzał w oponę.

Potem trafił przed oblicze sądu, który jego działalność wycenił łącznie na 20 lat pozbawienia wolności. Tym razem za kratami był pilnowany lepiej niż Al Capone. Nie było szans na normalną ucieczkę. Wykorzystał więc inną szansę, jednak dopiero po 11 latach odsiadki. Bowiem w 1994 roku prezydent Lech Wałęsa skorzystał wobec niego z prawa łaski. Profesor Lech Falandysz, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, na pytanie dlaczego ułaskawiono zatwardziałego recydywistę, odparł krótko: – Skoro ludowa władza mogła amnestionować Piotrowskiego i innych morderców księdza Popiełuszki, to prezydent mógł ułaskawić Najmrodzkiego, wprawdzie przestępcę, ale nie bandytę.

Rok wcześniej prezydent Wałęsa skorzystał z prawa łaski wobec Andrzeja Z. „Słowika”. Sam gangster twierdził, że ułaskawiono go za łapówkę w wysokości 150 tysięcy dolarów.

Czy i ile, za wolność musiał zapłacić Zdzisław Najmrodzki, tego się nigdy nie dowiemy.

W rok po ułaskawieniu, rozpędzone BMW, którym kierował, zderzyło się pod Mławą z ogromną ciężarówką liaz. Auto okazało się kradzione, numery rejestracyjne sfałszowane, a i dowód osobisty fałszywy. Ale najgorsze było co innego. W rozbitym aucie zginęło  dwóch synów przyjaciela „Saszłyka”: 12-letni Marcin S. i 14-letni Tomasz S., których Najmrodzki wziął na przejażdżkę. Sam też zginął na miejscu, miał wówczas 41 lat.

Janusz Szostak

KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*