SEKRET MORDERCZYNI

fot symboliczne/ www.lisak.net.pl

Plan wydawał się idealny. Początek był obiecujący. Ale później wszystko poszło nie tak. Dziecko płakało, zwracając uwagę przechodniów. Musiała jakoś je uciszyć. Przyłożyła  poduszkę do buzi dziewczynki i tak trzymała, dopóki mała nie przestała się ruszać. W pobliżu były glinianki,  wrzuciła ciało do wody.

W 20-leciu międzywojennym przypadki dzieciobójstwa były tak częste, że nawet „Kurier Czerwony” i inne brukowce nie poświęcały takim zdarzeniom zbyt wiele miejsca na swoich łamach. Sprawczyniami były najczęściej matki. Wywodziły się przeważnie z nizin społecznych. Mordowały dzieci z biedy bądź w obawie przed napiętnowaniem (w przypadku nieślubnego dziecka). Ale zabijano dzieci także dla zysku, z pełną premedytacją.

Porwanie w parku

23 lipca 1935 roku Władysława Ślachta, służąca zatrudniona u bogatej rodziny Szafirsztejnów, zamieszkałych przy ulicy Karmelickiej w Warszawie, na polecenia chlebodawców wzięła dwoje dzieci państwa na spacer. Poszli do Parku Krasińskich. Było to ulubione miejsce wypoczynkowe w dzielnicy Muranów.

Pięcioletni synek Szafirsztejnów bawił się z rówieśnikami w piaskownicy, natomiast jego siostra, siedmiotygodniowa Chaja Sura spała w wózku, który troskliwa opiekunka ustawiła w cieniu, żeby uchronić dziewczynkę przed palącym słońcem.

Około godziny jedenastej (słychać było bicie zegarów) do ławki, na której siedziała służąca, podeszła przystojna, mniej więcej trzydziestoletnia blondynka. Władysława Ślachta zeznała później, że kobieta była ubrana w porządnie skrojony, zielony letni płaszcz. Spytała bardzo grzecznie, czy może się przysiąść. Zaczęły rozmawiać o pogodzie i o drogim życiu w Warszawie. W pewnym momencie nieznajoma spojrzała na niemowlę w wózku.

– Piękne dziecko. Prawdziwa księżniczka – powiedziała, a po chwili spytała nieśmiało: – Czy mogę… Czy pozwoli mi pani wziąć dziewczynkę na krótki spacer po parku?

Służąca zawahała się. Nie znała tej kobiety. Ostatecznie zgodziła się, gdy tamta zapewniła, że za 5 minut przyprowadzi wózek z dzieckiem w to samo miejsce.

Jednak czas minął i nie wróciła. Zaniepokojona piastunka poszła szukać dziewczynki. Synek Szafirsztejnów widział, jak pani z wózkiem, w którym spała jego siostrzyczka, oddaliła się w stronę wyjścia z parku prowadzącego na Plac Krasińskich. Tam jednak nie było już po nich śladu. Nie pozostawało nic innego, niż powiedzieć o wszystkim rodzicom i zgłosić na policji porwanie dziecka.

Rączka wystawała z wody

Policja znała przebieg zdarzenia wyłącznie z relacji Władysławy Ślachty i początkowo nie wierzyła w jej wersję. Jak to możliwe, że  doświadczona opiekunka oddała dziecko obcej, nigdy wcześniej nie widzianej kobiecie?! Ślachtę podejrzewano co najmniej o współudział w porwaniu i zatrzymano ją w areszcie.

Wiadomość o uprowadzeniu dziewczynki postawiła na nogi całą warszawską policję. Do poszukiwań zaangażowano najlepszych wywiadowców. Przez kilka godzin lotne patrole przetrząsały bramy, podwórza, zdziczałe tereny nad Wisłą. Sprawdzano szpitale, przytułki i adresy osób, które w przeszłości popełniły podobne przestępstwa. Policji spontanicznie pomagali mieszkańcy stolicy. Niestety nie natrafiono na żaden ślad małej Chai Sury.

Policja przypuszczała, że córka bogatych Żydów została porwana dla okupu. Pytano Szafirsztejnów, czy ostatnio jacyś podejrzani ludzie kręcili się koło ich domu bądź pytali o nich, lub o dziewczynkę. Polecono im sprawdzać skrzynkę pocztową. W każdej chwili mogli bowiem otrzymać list od porywaczy z żądaniem zapłaty w zamian za uwolnienie córeczki.

Około osiemnastej odwołano akcję poszukiwawczą. Kobieta, która przechodziła obok glinianek w pobliżu ogrodów Ulrychów na Woli, zobaczyła wystającą z wody dziecięcą rączkę. Sprawdził się scenariusz najgorszy z możliwych. Policja przyjechała na miejsce z rodzicami dziewczynki. Państwo Szafirsztejnowie zidentyfikowali ciało Chai Sury.

Lekarz, który dokonał oględzin zwłok, stwierdził, że dziecko zmarło w wyniku uduszenia. Nie żyło, gdy ciało wrzucono do wody. Agenci Urzędu Śledczego, rozpytując okolicznych mieszkańców, dowiedzieli się, że dwie godziny przez znalezieniem zwłok widziano w pobliżu glinianek jasnowłosą kobietę w zielonym płaszczu i czarnym kapeluszu, która prowadziła wózek z dzieckiem.

– Dziecko płakało, ona je uspokajała, ale trochę za ostro. Jak można było tak krzyczeć na maleństwo! – powiedziała policji robotnica rolna Zającówna.

Niedługo później tę samą blondynkę widział właściciel gospodarstwa rolnego Maliszewski. Kobieta szła z wózkiem od strony glinianek, ale zdaniem Maliszewskiego wózek był pusty.

– Z czego pan wnosi, że w wózku nie było dziecka? – spytali agenci śledczy.

– Szła bardzo szybko, nieomal biegła. Wózek podskakiwał na wybojach. Gdyby leżało w nim małe dziecko, nie wytrzymałoby takich wstrząsów i zaczęło by płakać.

Wyglądało na to, że zamordowała dziewczynkę i pozbyła się zwłok chwilę po tym, jak widziała ją Zającówna. Wygląd kobiety pasował do opisu porywaczki z Ogrodu Krasińskich. A zatem służąca mówiła prawdę. Niebawem zwolniono ją z aresztu.

Trop wiódł na Kercelak

Fakt, iż po pozbyciu się ciała dziewczynki sprawczyni zabrała wózek, sugerował, że zamierzała go sprzedać. Wózek był nowy i drogi, z pewnością wzięłaby za niego ze 20 złotych. Powątpiewano jednak, czy chęć kradzieży była jedynym motywem zabójstwa. Gdyby tylko o to jej chodziło, mogłaby z łatwością wyłudzić od naiwnej służącej pusty wózek. Bogaci rodzice Chai Sury przeboleliby stratę. Nie musiała mordować kilkutygodniowego dziecka.

Następnego dnia jeden z policyjnych wywiadowców udał się incognito na bazar przy placu Kercelego. Na popularnym Kercelaku można było sprzedać i kupić dosłownie wszystko: od szpilki do krawata, po nową tożsamość. Przyjęto, że jeśli morderczyni chciała szybko sprzedać wózek, to skierowała się właśnie tam.

Był to strzał w dziesiątkę. Wywiadowcy zeszło trochę czasu, nim przecisnął się przez hałaśliwą ciżbę ludzką ku kramikowi mężczyzny oferującego różnego rodzaju narzędzia, sprzęty i urządzenia, m.in. patefony, rowery a także wózki niemowlęce. Jeden z nich, w kolorze granatowym, miał wysoką budkę i zasłonę z chusty. Bez wątpienia był to wózek Chai Sury.

Handlarz początkowo nie chciał rozmawiać. Okazana przez wywiadowcę policyjna odznaka rozwiązała mu język.: – Wózek sprzedała wczoraj młoda przystojna blondynka w zielonym płaszczu. Powiedziała, że niedawno zmarła jej córeczka i sprzedaje wózek, żeby jej o niej nie przypominał.

Handlarz zaoferował 17 złotych, a ona bez targu zgodziła się na tę cenę. Przekupień był nie w ciemię bity. Wyczuł, że kobieta nie mówi prawdy i na wszelki wypadek zażądał od niej jakiegoś dowodu tożsamości. Okazała mu metrykę urodzenia, a on wszystko spisał. Metryka była wystawiona na Mariannę Szuch, lat 27. Dopisał jeszcze adres zameldowania: ulica Burakowska.

Pod zanotowanym adresem nie mieszkała kobieta o takim nazwisku. Najwyraźniej morderczyni zaplanowała, zarówno porwanie, jak i zbrodnię. Spodziewając się, że policja będzie o nią pytać, już zawczasu zaopatrzyła się w fałszywą metrykę. Jednakże wywiadowcy sprawdzili nie tylko ten adres, ale większość domów przy Burakowskiej. W jednym z nich zatrzymano 27-letnią Janinę Szymczakównę, której wygląd idealnie pasował do rysopisu poszukiwanej morderczyni.

Ucieczka z Urzędu Śledczego

Szymczakówna została skuta kajdankami i odstawiona do siedziby Urzędu Śledczego przy ulicy Daniłowiczowskiej, celem okazania jej świadkom. Do konfrontacji jednak nie doszło.

– Słabo mi, zaraz zemdleję! Proszę sprowadzić lekarza – zwróciła się do policjanta, który jej pilnował na korytarzu. Była przeraźliwie blada, poczciwy posterunkowy zlitował się i zostawił ją na chwilę samą. Wykorzystała to, żeby dyskretnie opuścić Urząd Śledczy i wmieszać się w tłum przechodniów na ulicy.

Prowadząc poszukiwania morderczyni, zebrano o niej szereg ciekawych informacji. Dziewczyna pochodziła z dobrze sytuowanej rodziny rzemieślniczej spod Sońska w powiecie ciechanowskim. Uczyła się na krawcową, ale nie ukończyła szkoły. Nie miała do nauki głowy. Żądna rozrywek i mocnych wrażeń przyjechała do Warszawy. Była kilkakrotnie karana za drobne kradzieże i oszustwa. W wieku 16 lat zaszła w ciążę. Podobno urodziła w dorożce i sprzedała swoje dziecko jakiejś kobiecie.

Jednakże po ostatniej odsiadce postanowiła się ustatkować. Poznała robotnika z rodzinnych stron i chciała wyjść za niego za mąż. Zerwała kontakty ze środowiskiem, w którym się obracała. Zamieszkała z narzeczonym w domu na Burakowskiej. Cieszyła się tam opinią skromnej i uczynnej dziewczyny. Czemu więc wróciła na drogę przestępstwa? Dlaczego dopuściła się tak odrażającego czynu? Policja wkrótce poznała odpowiedź.

Po czterech dniach poszukiwań zatrzymano podejrzaną w miejscowości Gąsocin nieopodal Sońska. Pod silną eskortą przewieziono ją do warszawskiego aresztu śledczego dla kobiet na Dzielnej. W czasie przesłuchania Szymczakówna przyznała się do porwania dziecka i nieumyślnego zabójstwa (utrzymywała, że próbując uspokoić dziewczynkę, za mocną ją ścisnęła), powodowana zemstą do Szafirsztejnów. Było to wierutne łgarstwo. W ogóle bowiem nie znała rodziców dziewczynki. Nie potrafiła powiedzieć, jakąż to krzywdę uczynili jej ci ludzie, że postanowiła odegrać się na ich córce. Policjant, który przesłuchiwał Szymczakówną, zirytowany jej kłamstwami nakazał odprowadzić podejrzaną do celi, spodziewając się, że może tam zmądrzeje.

Odkryto coś jeszcze

Owszem zmądrzała, ale nie tak, jak oczekiwała policja. Nazajutrz Szymczakówna połknęła w celi agrafkę. W szpitalu wyciągnięto ją z przewodu pokarmowego podejrzanej. Nie był to rzeczywisty zamiar samobójczy, ale kolejna próba ucieczki przed sprawiedliwością.

Jednak odkryto coś jeszcze. W trakcie badania lekarze stwierdzili u dziewczyny syfilis! Choroba była w mocno zaawansowanym stadium.

Gdy śledczy powiedzieli, że wiedzą o jej przypadłości, Szymczakówna podała nową wersję. Powiedziała, że zaraziła się kiłą przed 10 laty. O chorobie nie wiedział nikt, poza najbliższą przyjaciółką. Szczególnie zależało jej, żeby nie dowiedziała się rodzina, a nade wszystko narzeczony. Gdyby poznał prawdę, z pewnością nie chciałby jej znać. Nie podejmowała jednak leczenia, bo nie było u niej widać żadnych objawów. Dopiero w ostatnich dniach na jej skórze pojawiła się brzydka wysypka. Ciało zaczęło wydzielać nieprzyjemny zapach. Musiała szybko rozpocząć kurację, ale nie miała na nią pieniędzy. Musiała więc je zdobyć.

Tak się narodził pomysł porwania dziecka dla okupu. Zaczęła krążyć po Parku Krasińskich, wiedząc, że przychodzą tam się bawić dzieci z majętnych rodzin w towarzystwie matek lub opiekunek. Wybrała maleńką dziewczynkę, którą niemal codziennie przywoziła w wózku piastunka, zatrudniona u bogatych Żydów z Karmelickiej.

Szymczakówna twierdziła, że nie działała sama. Jej rzekomą wspólniczką była przyjaciółka, która wiedziała o jej chorobie. Zadaniem Szymczakówny było porwanie dziewczynki z parku i dostarczenie jej do mieszkania przyjaciółki. Tam dziecko miało przebywać, do czasu aż skontaktują się z rodzicami Chai Sury i zażądają za nią okupu.

Do pewnego momentu wszystko szło zgodnie z planem. Bez trudu udało jej się zagadać Władysławę Ślachtę i pod pozorem krótkiej przechadzki uprowadzić jej podopieczną. Na ulicy nie budziła podejrzeń. Nawet jeśli ludzie zwracali na nich uwagę, to brali je za matkę i córeczkę. Pewnym krokiem dotarła z wózkiem i dziewczynką do mieszkania wspólniczki. Tam jednak nie zastała jej.

Bo głośno płakała

Czekała jakiś czas pod domem, ale przyjaciółka się nie pojawiła. Wszystko zaczęło się komplikować. Nie wiedziała, co zrobić z dzieckiem. Absolutnie nie mogła go zabrać do mieszkania na Burakowskiej. W dodatku mała zaczęła płakać, przechodnie mierzyli je obie badawczym wzrokiem.

Widziała, że wkrótce, gdy rozniesie się wieść o porwaniu, będzie jeszcze bardziej gorąco. Ruszyła z wózkiem przed siebie. Kierowała się w stronę ogrodów Ulrychów; tam były pola, mniej ludzi. Ogarniała ją coraz silniejsza panika. Dziewczynka wciąż głośno  kaprysiła. Musiała jakoś ją uciszyć.

– Straciłam z nerwów głowę. Przyłożyłam poduszkę do buzi dziewczynki i tak trzymałam, dopóki mała nie przestała się ruszać. W pobliżu były glinianki, podeszłam i wrzuciłam ciało do wody.

Został wózek. Poszła na Kercelak go sprzedać. Skoro nie zdobędzie pieniędzy na leczenie i najprawdopodobniej utraci miłość narzeczonego, postanowiła zarobić bodaj kilkanaście złotych na otarcie łez. Miała przy sobie lewą metrykę, w którą się zaopatrzyła, żeby  w razie wpadki mieć się czym wylegitymować. Bez wahania okazała ją handlarzowi na targu.

Sędzia śledczy, który przesłuchiwał Szymczakówną, uznał, że podejrzana nie miała żadnej wspólniczki. Kobieta, na którą wskazała, wszystkiemu zaprzeczyła i przedstawiła alibi. Pozostała część wyjaśnień dziewczyny mogła być zgodna z prawdą. Zapewne zaplanowała tylko porwanie dziecka. Wydawało jej się, że będzie to najtrudniejsze, więc obmyślenie sposobu przekazania Szafirsztejnom wiadomości z żądaniem okupu zostawiła na później. Nie przewidziała, że dziewczynka obudzi się i zacznie płakać, zwracając uwagę ludzi. W panice ją udusiła, a następnie pozbyła się zwłok.

Dzieciobójczyni i porywaczka została poddana obserwacji psychiatrycznej w szpitalu w Tworkach. Lekarze nie stwierdzili u niej niepoczytalności. Janina Szymczakówna odpowiadała przed Sądem Okręgowym w Warszawie za umyślne zabójstwo popełnione z chęci zysku. Historia o chorobie nie wzruszyła ławy przysięgłych. Nawet jeśli oskarżona rzeczywiście potrzebowała pieniędzy na leczenie, to mogła je zdobyć, nie uciekając się do porwania i zabójstwa dziecka. Pochodziła z zamożnej rodziny, jej brat prowadził dobrze prosperujący sklep. Bliscy z pewnością pomogliby jej w potrzebie, gdyby ich o to poprosiła.

Prokurator żądał dla morderczyni kary śmierci. Sąd nie był aż tak surowy. Wyrok, który zapadł na początku marca 1936 r. brzmiał: bezterminowe ciężkie więzienie z pozbawieniem praw.

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*