TAK DZIAŁAŁA BANDA NAWROTA

Ich było dwóch, on jeden. Czas naglił; musiał szybko podjąć decyzję. Ale jaką? Zobaczyć, gdzie pójdą, a potem wrócić ze wsparciem, czy  samodzielnie ich zatrzymać? Wybrał drugą opcję, co kosztowało go życie.

 Przedwojenni policjanci byli kiepsko przeszkoleni do pełnienia służby. Nie można im natomiast odmówić odwagi i ambicji. Niestety konfrontacja ze zdeterminowanymi, gotowymi na wszystko przestępcami nierzadko kończyła się tragicznie. Policjanci ginęli podczas pościgów za bandytami i w wyniku niezachowania ostrożności w trakcie zatrzymania, konwojowania bądź przesłuchiwania podejrzanych.

Poderżnięte gardło

Wczesnym rankiem 10 maja 1927 roku w odległości około kilometra od Opatowa, na szosie prowadzącej do Ostrowca Świętokrzyskiego, znaleziono zmasakrowane zwłoki mężczyzny w policyjnym mundurze. Był to posterunkowy Władysław Migalski z komisariatu Policji Państwowej w Opatowie.

Miał poderżnięte gardło, a ponadto w trakcie badań obdukcyjnych lekarz stwierdził ślady pobicia, m.in. złamany nos oraz obrażenia głowy i klatki piersiowej powstałe po silnych uderzeniach, zadanych twardym przedmiotem. Obok ciała leżał porzucony na poboczu drogi służbowy karabin policjanta.

Śledztwo w sprawie ustalenia okoliczności śmierci funkcjonariusza policji przejęła komenda wojewódzka PP w Kielcach. Ustalono, że posterunkowy Migalski pełnił ostatniej nocy w okolicy służbę patrolową, którą zakończył około godziny drugiej. Najprawdopodobniej został zamordowany, gdy wracał po służbie na komisariat. Na podstawie zabezpieczonych w miejscu zbrodni śladów stóp wywnioskowano, że sprawców było co najmniej dwóch. Z jednym przeciwnikiem uzbrojony w karabin policjant zapewne by sobie poradził.

Dwie wersje zbrodni

Odnośnie motywów zabójstwa policja przyjęła dwie wersje. Według pierwszej Migalski wracając z patrolu natknął się na jakichś podejrzanych osobników i próbował ich wylegitymować bądź zatrzymać. Zginął z ich ręki, ponieważ nie zachował ostrożności lub popełnił jakiś inny błąd, który przypłacił życiem. W związku z tym zatrzymano kilkunastu okolicznych kryminalistów i zaczęto ich maglować podczas przesłuchań.

Równocześnie śledczy rozpatrywali wersję zemsty. Przed rokiem w hucie w Ostrowcu Świętokrzyskim wybuchł strajk na tle płacowym, który na początku czerwca 1926 roku przerodził się w demonstracje i krwawe walki uliczne. W starciach z wojskiem i policją zginęło kilka osób. Posterunkowy Migalski był w grupie policjantów, których użyto do tłumienia protestów robotniczych. Potem zeznawał w sądzie przeciwko uczestnikom zamieszek.

– Narobił sobie przez to wrogów wśród robotników z Zakładów Ostrowieckich. Nie raz grozili, że się z nim policzą – powiedziała prowadzącym śledztwo wdowa po Migalskim.

Zatrzymano kilkunastu byłych pracowników huty w Ostrowcu, którzy mieli się odgrażać posterunkowemu. Przeprowadzono rewizję w ich domach. Żadnemu nie postawiono zarzutów, ponieważ okazało się, że jest to błędny trop. Robotnicy byli niewinni. Mieli niepodważalne alibi.

Tragiczne zatrzymanie

Wrócono do pierwszej wersji. Jeden ze złodziei, których  zatrzymano i przesłuchiwano, wyjawił, że mordercami Migalskiego są dwaj bandyci: Nawrot i Szymańczyk.

Pierwszy z mężczyzn był doskonale znany miejscowej policji. Pochodzący z pobliskiej wsi Zwola Józef  Nawrot w poprzedniej dekadzie przewodził groźnej szajce rozbójniczej, która dokonała wielu zbrodni i napadów rabunkowych. Po rozbiciu bandy herszt i jego podwładni trafili za kraty. W 1919 roku Nawrot uciekł z więzienia i pod fałszywym nazwiskiem przedostał się do Niemiec. Konfidenci donieśli, że pół roku temu przestępca wrócił w rodzinne strony i gdzieś się ukrywał.

Natomiast nazwisko drugiego (przypuszczano, że także było nieprawdziwe) nic policji nie mówiło.

W toku dalszych czynności pojawiła się sensacyjna informacja. Franciszek Szymańczyk zbiegł niedawno z komisariatu, gdzie został doprowadzony przez posterunkowego Migalskiego w związku z podejrzeniem o kradzież. Konfidenci, powołując się na informacje od osób, które miały kontakt z Nawrotem i Szymańczykiem po zabójstwie policjanta, donieśli, że 10 maja obaj przestępcy zostali zaskoczeni na drodze przez wracającego z nocnego patrolu Migalskiego. W jednym z nich, szczupłym blondynie z blizną na nosie, posterunkowy rozpoznał Szymańczyka. Kazał im się zatrzymać i iść z nim na komisariat.

Podejrzani zastosowali się do polecenia, jednak po kilku krokach, ten, który miał dokumenty na nazwisko Franciszka Szymańczyka, zaczął uciekać. Migalski strzelił w jego kierunku z karabinu. Nie trafił, chciał oddać drugi strzał, ale broń zawiodła. W tym momencie policjanta zaatakował Nawrot, rosły mężczyzna w średnim wieku z długim sumiastym wąsem. Wyrwał mu karabin i kilkakrotnie uderzył nim Migalskiego. Gdy posterunkowy upadł, bandyta pochylił się nad nim i poderżnął mu nożem gardło.

Trop wiódł na Kresy

Ustalono, że Nawrot i Szymańczyk znali się od lat. Swego czasu razem przebywali w Niemczech, pracując w gospodarstwie rolnym. Po powrocie Nawrota do kraju odnowili znajomość. Ustalono, że w ostatnich miesiącach dokonali wspólnie wielu napadów na terenie powiatu opatowskiego, m.in. na dom Karola Ury w Mańkowie.

Po zabójstwie Migalskiego zapadli się pod ziemię. Na polecenie policji w gospodarstwie Nawrotów w Zwoli zatrudnił się jeden z konfidentów. Z jego informacji wynikało, że Józef Nawrot nie odwiedza żony i dzieci. Nie widziano też rzekomego Szymańczyka. Przypuszczano, że mordercy wyjechali gdzieś dalej, ale prędzej czy później dadzą o sobie znać. Mimo iż Komenda Główna Policji domagała się szybkich efektów śledztwa, na razie nie pozostało nic innego, niż czekać na rozwój wypadków.

Kolejne ślady pojawiły się dopiero w sierpniu 1927 r. Ustalono, że człowiek podający się za Franciszka Szymańczyka w rzeczywistości nazywa się Antoni Tobjasz i pochodzi z miejscowości Kamień w powiecie puławskim. W 1920 roku Tobjasz był poszukiwany listami gończymi przez Gazetę Śledczą w związku z napadami zbrojnymi, jakich się dopuścił na Lubelszczyźnie i zabójstwem policjanta z posterunku w miejscowości Chodel.

Okazało się, że po ucieczce z Opatowa Tobjasz vel Szymańczyk i Nawrot wciąż działali razem. Widziano ich na weselu w jednej z wsi. Był z nimi jeszcze trzeci, nieustalony osobnik. Gdy sobie podpili, zaczęli snuć plany zrobienia grubszego skoku w Kowlu wspólnie z tamtejszymi przestępcami. Niewykluczone, że chodziło o bandę pochodzącego z Kielecczyzny Stanisława Zyzka, która w 1931 roku zamordowała w celu rabunkowym dwóch polskich wojskowych w czasie jazy pociągiem (pisaliśmy o tym w Reporterze).

Projekt najwyraźniej nie wypalił. Do żadnego skoku na Kresach nie doszło. Drogi Tobjasza i Nawrota niebawem się rozdzieliły. Pierwszy pozostał w rodzinnych stronach, drugi natomiast czmychnął w Wielkopolskę.

Zbrodnia goni zbrodnię

Krok po kroku policja odsłaniała kulisy szokującej działalności obu wspólników. Podejrzewano, że Nawrot przedostał się z Wielkopolski, bądź zamierza się przedostać do Niemiec, gdzie raz już uciekł przed prawem. Badając jego tamtejsze powiązania i kontakty, śledczy dowiedzieli się, że Nawrot był prawdopodobne zamieszany w zabójstwo polskiego robotnika rolnego.

Franciszek Maszyński zaginął w 1925 roku. Zdaniem niemieckiej policji mężczyzna został zamordowany przez dwóch imigrantów z Polski, m.in. Nawrota, pracujących w tym samym majątku ziemskim co Maszyński, w miejscowości Justinenhof (obecnie wieś nosi nazwę Tarnowo i znajduje się na terytorium Polski, w województwie zachodniopomorskim). Sprawcy mieli gdzieś ukryć zwłoki.

Jeśli chodzi o Antoniego Tobjasza, wyjaśniło się, dlaczego podawał się za Franciszka Szymańskiego. Tak się nazywał kochanek jego siostry, Magdaleny Sągi. Kobieta w rozmowie z policją, gdy ją spytano o Szymańskiego, zmieniła się na twarzy. – Franek od trzech lat nie żyje – wymamrotała.

Początkowo upierała się, że nic nie wie o okolicznościach jego śmierci. W końcu jednak powiedziała, że w 1924 roku Szymański zginął z ręki jej brata. Tobjasz zamordował go tylko po to, żeby wejść w posiadanie jego dokumentów, których potrzebował, żeby ukrywać się przed policją. W zabójstwie pomagała mu niejaka Pudłowa, dawna kochanka. Na jej polu policja odkopała szczątki zabitego mężczyzny.

Elżbieta Pudłowa trafiła do więzienia za współudział w morderstwie. Na wolności wciąż pozostawał człowiek, który miał na sumieniu znacznie więcej zbrodni.

Ostateczna rozgrywka

Tobjaszowi grunt palił się pod nogami. Zdawał sobie sprawę, że nie może pozostać w rodzinnych stronach. Konfidenci policyjni donieśli, że zbrodniarz nosi się z zamiarem wyjazdu do Niemiec na lewym paszporcie. Zapewne w celu dołączenia tam do Józefa Nawrota i innych groźnych przestępców z Polski, którzy uciekli przed sprawiedliwością i pracując u bauerów we wschodnich landach, tak naprawdę kontynuowali bandycką działalność.

Ustalono, że póki co Tobjasz ukrywa się w lasach powiatu opolskiego u znajomych gospodarzy. Kilka policyjnych obław na bandytę nie przyniosło efektu. W jednej z nich przestępca został postrzelony, ale mimo odniesionej rany zdołał umknąć. Ale już ostatni raz. Przełomowym okazał się 5 stycznia 1928 roku.

Ślady doprowadziły policję do okolic Ożarowa. Zdecydowano się przeprowadzić rewizję w dwóch domach należących do rodziny Jaworskich. Sześcioosobowy oddział policji podzielił się na dwie trójki. Obecna w jednym z domów małoletnia córka gospodarzy oświadczyła, że w mieszkaniu nie ma nikogo dorosłego i nie może wpuścić obcych ludzi. Jednak na stanowcze żądania policjantów, otworzyła im. Dwaj weszli, a trzeci pozostał na zewnątrz.

Z pozoru wydawało się, że dziewczynka powiedziała prawdę. W mieszkaniu nie znaleziono żadnych śladów bytności poszukiwanego przestępcy. Okazało się jednak, że córka Jaworskich skłamała. Może ze strachu. Bandyta ukrywał się w słomie na strychu. Doszło do strzelaniny, w wyniku której zarówno bandyta, jak i policjanci odnieśli rany. Tobjaszowi udało się uciec ze strychu po drabinie i dostać się do izby. Był bliski wymknięcia się po raz kolejny z pułapki, jednak gdy szedł do wyjścia i mijał okno, otrzymał postrzał z karabinu w prawe ucho i padł martwy. Strzał został oddany przez policjanta z drugiego oddziału, który widząc w oknie bandytę, wymierzył do niego ze sporej odległości. Nie spudłował.

Rannych funkcjonariuszy przetransportowano do szpitala miejskiego w Opatowie. Obrażenia nie zagrażały ich życiu. Oficjalnie stwierdzono zgon Antoniego Tobjasza.

I jego czas nadszedł

Rachunki nie zostały jeszcze wyrównane. Józef Nawrot wciąż chodził po wolności. Niemiecka policja deptała mu po piętach, ale zabójca był bardzo sprytny, często zmieniał miejsce pobytu. Gdy chciano go zatrzymać, okazywało się, że zdążył przenieść się do innej kryjówki. Jednak i jego czas w końcu nadszedł.

Zgubiła go tęsknota za ojczystymi stronami. Jesienią 1929 roku zamierzał przyjechać z Niemiec do znajomych w Wielkopolsce niejaki Michał Mucha. Policja ustaliła wcześniej, że jest to jedno z nazwisk, którymi w Niemczech posługiwał się Nawrot. Otrzymawszy informacje o przyjeździe bandyty do Polski, agenci z Urzędu Śledczego w Poznaniu ujęli go w dniu 22 października 1929 roku i przekazali do dyspozycji Sądu Okręgowego w Radomiu. Wraz z nim pod kluczem znalazł się inny poszukiwany przestępca, który uciekł  do Niemiec, niejaki Czerwiński.

Za popełnione zbrodnie Nawrot został skazany na dożywocie. Część kary odbywał w więzieniu na Mokotowie. Wcześniej przebywał w kilku aresztach, m.in. na zamku w Lublinie. Niemiecka policja wróciła do niewyjaśnionej sprawy zabójstwa robotnika Maszyńskiego. Ponieważ o rzekomo zamordowanym mężczyźnie nie udało się zebrać prawie żadnych informacji i nie odnaleziono jego zwłok, postępowanie umorzono.

Potem jeszcze wypłynęło kolejne zabójstwo, które przypisywano Nawrotowi i jego kompanom, udającym robotników sezonowych. 5 grudnia 1928 roku w majątku Hertefeld koło Nauen w Brandenburgii zamordowany został w celach rabunkowych kupiec Willi Lorenz, który prowadził rozliczne interesy w środowisku imigrantów z Polski. Organy ścigania w Niemczech dysponowały poszlakami, że zabili go Nawrot i Chuchała (w pobliżu baraku, w którym mieszkali, znaleziono rower kupca).

Wydawało się, że morderca posterunkowego z Opatowa odpowie również i za tę zbrodnię. Sprawa pozostała jednak niewyjaśniona. Jedną z przyczyn niedoprowadzenia jej do końca było wycofanie zeznań przez kobietę, która w trakcie przesłuchania na policji wskazała na Nawrota jako jednego z zabójców Lorenza.

Posterunkowy Władysław Migalski został pochowany na cmentarzu w Opatowie. O starszym koledze, który poległ na służbie zamordowany przez bandytów, pamiętają świętokrzyscy policjanci, otaczając miejsce jego spoczynku stałą opieką. Grobem posterunkowego Migalskiego opiekują się także uczniowie Zespołu Szkół nr 1 z klas mundurowych w Opatowie.

Mariusz Gadomski

fot. Archiwum Akt Nowych

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*