SZLAK WAMPIRA Z ŁODZI

Odetchnął pełną piersią. Spojrzał w niebo. Zrobił kilka ostrożnych kroków. Byle dalej od miejsca, w którym spędził najlepsze lata życia. Czas zostawić przeszłość. Miał teraz wybór. Mógł być zupełnie innym człowiekiem.

Niestety, niczego nie udało mu się zmienić. Przeszłość upomniała się o niego prędzej niż myślał. Z tym czymś, co tkwi w każdym z ludzi gdzieś głęboko pod skórą, nikt nie wygrał.

Częstował cukierkami

Późnym wieczorem 30 maja 1934 roku na komisariat policji  w Zgierzu zgłosił się zamieszkały przy ulicy Aleksandrowskiej numer 13 Kazimierz Chudobiński i poinformował o zaginięciu syna,  jedenastoletniego Józefa. Według oświadczenia ojca, w godzinach popołudniowych chłopiec poszedł na pola pod Zgierzem, żeby pograć w piłkę z kolegami. Miał wrócić na kolację, ale do tej pory go nie ma. Szukali go po mieście, ale bezskutecznie.

Policja dotarła do chłopaków, z którymi Józef Chudobiński spotkał się, żeby zagrać w piłkę. Nie wiedzieli, gdzie jest Józio. Jeden z chłopców, Tadeusz Kuczyński przypomniał sobie ciekawą rzecz. Powiedział, że w trakcie meczu przy boisku kręcił się mężczyzna w średnim wieku. Patrzył, jak grają, a w pewnym momencie podszedł do niego i zaproponował, żeby w zamian za kilka cukierków zaprowadził go do tramwaju.

– Mówił, że zabłądził i sam nie trafi. Nie chciałem z nim iść. Wtedy zwrócił się do Józka. Dał mu jakieś pieniądze, a po chwili razem z nim odszedł w stronę miasta – powiedział Kuczyński.

– Jak ten człowiek wyglądał? – spytała policja. Z opisu chłopca wynikało, że mężczyzna był w wieku 45-55 lat, szczupły, niewysoki. Twarz pociągła, wydatny nos, odstające uszy. Na ubiór jedenastolatek nie zwrócił uwagi, zapamiętał natomiast, że mężczyzna miał na ramieniu torbę lub skrzynkę z narzędziami.

Wszczęte energiczne poszukiwania Józefa Chudobińskiego nie przyniosły rezultatów. Policji udało się jedynie ustalić, że mężczyzną, który zaczepiał chłopców na boisku, był wędrowny druciarz. Kilka dni temu pojawił się w Zgierzu. Pukał do domów, proponując naprawę garnków i ostrzenie noży. Poza Kuczyńskim nikt go nie widział w towarzystwie chłopca. Po zaginięciu Józefa Chudobińskiego, mężczyzna zniknął z miasta.

Czapka z nazwiskiem

Minęło półtora miesiąca. Mimo iż policja nie natrafiła na żaden ślad, rodzice Józka mieli nadzieję, że w końcu uda się go odnaleźć całego i zdrowego. Chłopiec odznaczał się żywym usposobieniem i ciekawością świata. Może uciekł do cyrku, albo nawet za granicę? W tym wieku różne pomysły przychodzą do głowy.

Policja nie chciała ich smucić. Sprawdzano bowiem i te, i szereg innych możliwych przyczyn zaginięcia, łącznie z najbardziej nawet nieprawdopodobnymi. Nie wierzono, że Józek uciekł z domu. Owszem, jedenastoletni chłopcy marzą o Dzikim Zachodzie i o spotkaniu z wodzem Apaczów Winnetou, o którym czytali w powieściach Karola Maya i wierzyli, że istnieje naprawdę, ale jeśli planują wyprawę za ocean, to wcześniej się do niej przygotowują: gromadzą zapasy, oszczędności, itp. Tu tego nie było. Chłopak poszedł pograć z kolegami w piłkę i nie wrócił do domu. Jego zaginięcie łączyło się z osobą tajemniczego druciarza. Policja spodziewała się, że jeśli nadejdą o chłopcu wiadomości, będą one jak najgorsze.

Niestety czarny scenariusz się sprawdził. 18 lipca 1934 roku w czasie prowadzonych prac żniwnych rolnicy spod Zgierza znaleźli na polu nadjedzone przez zwierzęta szczątki ludzkie. Stan, w jakim znajdowało się ciało, uniemożliwiał identyfikację, ustalono jednak, że były to zwłoki zaginionego jedenastolatka. Obok leżała bowiem czapka uczniowska, na daszku której znaleziono napis: „Józef Chudobiński, kl. 4a”.

Szczątki przekazano do autopsji. Badanie wykazało, że chłopiec został zamordowany za pomocą nożyc blacharskich. Zadano mu szereg ran ciętych i kłutych. Takich narzędzi używali w swojej pracy m.in. druciarze. Elementy układanki pasowały do siebie. Okrutnym zabójcą nie mógł być nikt inny niż druciarz. Wzmożono poszukiwania mężczyzny. Ten jednak jakby zapadł się pod ziemię.

 Morderca miał alibi

W ustaleniu sprawcy przestępstwa pomaga niekiedy analiza podobnych przypadków, do jakich doszło w przeszłości. Nie wiadomo, czy w sprawie „druciarza” policja na wstępnym etapie śledztwa sięgnęła do archiwum. Na pewno jednak warto było to zrobić.

30 lipca 1926 r. w miejscowości Turek pod Łodzią zostały znalezione zmasakrowane zwłoki siedmioletniej dziewczynki. Padła ofiarą bestialskiej zbrodni. Zabójca brutalnie ją zgwałcił, powykręcał jej ręce i nogi, a następnie, w obawie że dziewczynka go wyda policji, zamordował ją ciosami noża.

Sprawcę wskazali policji rodzice dziecka. Jakiś czas temu w Turku zjawił się w poszukiwaniu pracy mężczyzna około czterdziestki. Ponieważ sprawiał przyzwoite wrażenie, zatrudnili go do pomocy w gospodarstwie rolnym i do opieki nad ich córką. Szybko znalazł z dziewczynką wspólny język. Wymyślał dla niej najprzeróżniejsze zabawy, umiał się nią zająć. Krytycznego dnia zlecili mu załatwienie jakiejś sprawy w pobliskiej wsi. Mężczyzna poprosił, żeby pozwolili mu zabrać ze sobą dziewczynkę.

– Lubię bardzo to dziecko – powiedział. Matka przystała na to. Gdy znaleźli się z dala od zabudowań, zwyrodnialec zawlókł ją do lasu i tam zgwałcił i zamordował.

Kilka dni później na postawie rysopisu policja zatrzymała w Łodzi 40-letniego Ferdynanda Grüninga, który przyznał się do zbrodni. Jak ustalono, niedawno zmarła mu córka, po jej śmierci rozszedł się z żoną. Opuścił ich wspólne mieszkanie i rozpoczął włóczęgowski tryb życia. Wędrował po całym województwie, spał po przygodnych szopach lub noclegowniach, od czasu do czasu najmował się do dorywczych prac w rolnictwie. Gdy go spytano, dlaczego bestialsko zniewolił i zamordował siedmioletnią dziewczynkę, odpowiedział, że czuł wewnętrzny przymus, nakazujący mu popełnić zbrodnię. Kilka miesięcy później Ferdynand Grüning odpowiedział za gwałt i zabójstwo przed Sądem Okręgowym w Kaliszu i został skazany na dożywocie.

W 1934 roku, gdy został zamordowany Józef Chudobiński, Grüning odsiadywał wyrok w zakładzie karnym w Łodzi. Wyglądało więc na to, że miał stuprocentowe alibi.

Wujek Druciarz

Minęły cztery lata. W 1938 roku po kolejnych poczynaniach niemieckiego rządu kierowanego przez Adolfa Hitlera i wobec bezradnej postawy europejskich mocarstw stawało się jasne, że wybuch światowego konfliktu zbrojnego jest kwestią czasu. Niestety, nie wszyscy chcieli w to uwierzyć.

Przez te cztery lata, mimo umorzenia śledztwa w sprawie zabójstwa chłopca, policja wciąż poszukiwała „druciarza”.

8 lipca w Piotrkowie Trybunalskim doszło do dziwnego zdarzenia. Tego dnia na drodze w pobliżu miasta przechodnie znaleźli pokaleczoną i słaniającą się na nogach ośmioletnią Lucynę G., mieszkającą z rodzicami i młodszą  siostrą w jednym z tutejszych domów. Dziewczynka silnie krwawiła, więc rodzice zaprowadzili ją do lekarza, który stwierdził u niej obrażenia typowe dla ofiary gwałtu oraz rany kłute szyi.

– Kto ci to zrobił? – spytał. Odparła, że nikt jej nic nie zrobił. Wyjaśniła, że spadła z roweru. To było oczywiste kłamstwo. Dziewczynka nie miała roweru. Wezwana policja prosiła, żeby powiedziała prawdę. Jak powie, złapią tego człowieka, a wtedy nikogo już nie skrzywdzi. Powinna jednak pomóc policji.

– To był wujek – wykrztusiła wreszcie, walcząc z łzami. Policjantka spojrzała dziewczynce uważnie w oczy, oczekując, że powie coś jeszcze.

– To był wujek Druciarz. Tak kazał mi do siebie mówić. I nie było żadnego roweru – szepnęła mała zdławionym głosem i rozpłakała się żałośnie.

Lucyna bawiła się na polu z młodszą siostrą, pięcioletnią Henią. Naraz jak spod ziemi wyrósł przed nimi on – niewysoki mężczyzna o wyłupiastych oczach i odstających uszach. Na ramieniu miał skrzynkę, w której – jak później powiedziała dziewczynka – coś grzechotało. W ręce trzymał jakąś paczkę. Zwrócił się do Lucyny z prośbą, żeby pomogła mu ją zanieść do kogoś w Piotrkowie. W zamian obiecał kupić jej cukierki i lody. Ośmiolatce zaświeciły się oczy. Lody i cukierki to były przysmaki, które rzadko gościły u niej w domu. Zgodziła się.

Mówił, żeby zwracała się do niego „wujku”. Powiedział, że jest „wujkiem Druciarzem”, który naprawia ludziom garnki i inne rzeczy. Szli już spory kawałek. Naraz zepchnął dziewczynkę z drogi na pobocze, po czym przewrócił ją, sięgnął do swojej skrzynki po nożyce blacharskie i zadał nimi Lucynie G. kilka ciosów w szyję. Sądząc najwidoczniej, że ją zabił, pochylił się nad nią i dokonał gwałtu. Po wszystkim oddalił się w kierunku miasta.

Policja nie miała wątpliwości, że sprawcą napaści i gwałtu był ten sam człowiek, który 4 lata wcześniej zamordował w Zgierzu Józefa Chudobińskiego. Pasował opis wyglądu mężczyzny, jego zachowanie, metoda „na cukierki”, którymi kusił dzieci, jak również fakt, że w obu przypadkach posłużył się nożycami blacharskimi, żeby zadać ofiarom rany.

Ostatnia zbrodnia

Mimo wysiłków policji, która próbowała ująć bestialskiego mordercę, ten, prowadząc wędrowny tryb życia, wciąż był nieuchwytny. Co jakiś czas pojawiały się informacje, że w różnych częściach województwa łódzkiego widziano przypuszczalnego „wampira”, zanim jednak śledczy dotarli w to miejsce, jego już tam nie było. Doszło do jeszcze jednej bestialskiej zbrodni.

17 października 1938 roku do sołtysa wsi Kościuszki w powiecie kutnowskim zgłosił się nieznajomy mężczyzna z prośbą o wydanie tzw. karty noclegowej, czyli pisemnej zgody na zanocowanie we wskazanym domu. Chociaż przybysz sprawiał wrażenie włóczęgi, sołtys skierował go do gospodarstwa rodziny B.

Idąc do nich, mężczyzna napotkał dziewczynkę. Mała z ciekawością patrzyła na jego skrzynkę z narzędziami. Włóczęga powiedział, że jest druciarzem i spytał ją, czy nie mają jakichś sprzętów do naprawy. Odparła, że jest miska do zalutowania.

– No to zaprowadź mnie do domu. Jak masz na imię? – spytał mężczyzna. Odpowiedziała, że Władysława. Ruszyli przez pola w kierunku Kutna. W pewnym momencie zwyrodnialec zaatakował dziewczynkę nożycami. Zadał jej kilka ciosów. Gdy nie dawała oznak życia, zgwałcił ją, po czym zakopał zwłoki w ziemi.

Kilka godzin później ciało wygrzebał pies. Doniesiono o tym ojcu dziesięcioletniej Władysławy B., który zaniepokojony długą nieobecnością córki szukał jej po całej okolicy. Towarzyszył mu sołtys Kościuszkowa. Gdy stało się jasne, że Władysława B. została bestialsko zamordowana, przypomniał sobie o tajemniczym włóczędze, który przybył do wsi. To mógł być on. Sołtys powiedział o swoich podejrzeniach zrozpaczonemu ojcu, po czym udali się do domu, gdzie druciarz miał zanocować.

Tam go zatrzymali. Jak się okazało, zabójca po dokonaniu zbrodni poszedł pod wskazany adres. Obmył się z krwi, spokojnie zjadł kolację i położył się spać. Gospodarze pilnowali go, żeby nie uciekł, a sołtys wezwał policję. To był koniec „druciarza”.

Okazał się nim 52-letni Ferdynand Grüning. Ten sam, który w 1926 roku zgwałcił i zamordował dziewczynkę w Turku! Jak to jednak możliwe, przecież został skazany na dożywocie? Ale to był on. Po zasięgnięciu informacji w łódzkim zakładzie karnym, policja dowiedziała się, że Grüninga objęła amnestia w 1932 roku, wobec czego skrócono mu karę do 12 lat pozbawienia wolności. Była to nieco dziwna decyzja w przypadku zwyrodniałego zabójcy, ale mniejsza z tym. Ferdynand Grüning opuścił mury więzienia w styczniu 1938 roku. Mógł zostawić za sobą przeszłość i rozpocząć nowe życie, ale był typem, który nie poddawał się żadnym formom resocjalizacji. W pół roku później znowu zaczął gwałcić i zabijać.

No dobrze, a co z morderstwem Józefa Chudobińskiego w 1934  roku? Chociaż ten przypadek nieco różnił się od pozostałych, bo nie doszło do gwałtu, a ofiara była chłopcem, ponadto Grüning powinien być w tym czasie w celi, skrzynka z narzędziami blacharskimi i cukierki pasowały do niego. Grüning po zatrzymaniu przyznał się do napaści i zgwałcenia Lucyny G. i Władysławy B. oraz do usiłowania zabójstwa pierwszej z dziewczynek i zabójstwa drugiej, natomiast zaprzeczył, że zamordował jedenastolatka w Zgierzu.

– Mam alibi, siedziałem wtedy w więzieniu – bronił się. To było jednak kłamstwo. Policja zwróciła uwagę, że morderca miał problemy z oczami. Po dokładnym sprawdzeniu przepustek udzielanym więźniom przez zakład karny, okazało się, że latem 1934 roku Grüning otrzymał urlop zdrowotny. Ustalono, że został w Łodzi i zamieszkał w ruderze przy ulicy Cyganka. Przerwę w odsiadce wykorzystał nie po to, żeby leczyć się u okulisty, ale by zamordować chłopca. A potem wrócił za kraty.

Niech będzie, że zabiłem

Proces „wampira Łodzi” – jak Ferdynanda Grüninga nazwała prasa – odbył się w dniach 1-3 marca 1939 roku, przed Sądem Okręgowym w Łodzi. Budził ogromne zainteresowanie publiczności. Część aktu oskarżenia, ze względu na drastyczne opisy gwałtów i zabójstw, na wniosek prokuratora Maciejewskiego odczytano przy drzwiach zamkniętych.

Grüning był wcześniej poddany badaniom psychiatrycznym, które dowiodły jego poczytalności. Składając wyjaśnienia w sądzie, udawał jednak chorego na umyśle. Twierdził, że nie wie, jak się nazywa i że nie siedział wcześniej w więzieniu.

– A czy oskarżony wie, że obecnie jest oskarżony o zabicie dwojga dzieci? – zadał mu pytanie sędzia Olszewski, który przewodniczył rozprawie.

– Nie wiem. Mówią mi, że zabiłem. Jak zabiłem, to niech tak będzie, że zabiłem – padła odpowiedź.

Potem rzadko się odzywał. Zeznania składali świadkowie i  rodziny zamordowanych dzieci. Nie wzruszała go ich rozpacz. Siedział na ławie oskarżonych z obojętnym wyrazem twarzy i pustym wzrokiem. 3 marca 1938  roku o godzinie 16.00 ogłoszono wyrok. Za dwa gwałty, dwa zabójstwa i jedno usiłowanie zabójstwa sąd skazał Ferdynanda Grüninga na trzykrotną karę śmierci, wymierzając łączną karę śmierci przez powieszenie i utratę wszelkich praw na zawsze. Sędzia przewodniczący podkreślił brak u mordercy jakichkolwiek odruchów ludzkich, okrucieństwo i nienawiść do dzieci. Być może wpływ na to, co robił, miała śmierć jego córki.

Grüning przyjął wyrok ze spokojem. Nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle został stracony. 16 sierpnia 1939 roku, gdy sądzono jego brata za jakąś drobną kradzież, „wampir” oczekiwał na egzekucję. Dwa tygodnie później wybuchła wojna.

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*