POLACY ZA KRATAMI DUBAJU

Z Piotrem, który trafił do więzienia w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, rozmawia Janusz Szostak

Jak to się stało, że spędził pan dwa miesiące w emirackim więzieniu, zamiast tygodniowego urlopu w Dubaju?

To było w 2018 roku, wylecieliśmy z Polski na początku kwietnia, a wróciliśmy w połowie czerwca. Polecieliśmy tam z przyjacielem na wycieczkę i prosto z lotniska trafiliśmy do aresztu. Zatrzymano nas pod pretekstem posiadania narkotyków, których nie mieliśmy w bagażu ani w organizmie.

Jak wyglądało zatrzymanie?

Jest pan zatrzymany, otacza pana 10 czy 12 facetów, którzy krzyczą w niezrozumiałym języku i coś piszą. Potem  zmuszają do podpisywania zeznań, których pan nie rozumie, bo wszystko jest napisane po arabsku.  Tego po prostu nie można nie podpisać. Z lotniska, w nocy, przewieziono nas w mało cywilizowane miejsce, które w niczym nie przypominało komisariatu policji. Wyglądał raczej, jak stara fabryka. Tam przesłuchiwali nas w ośmiu, żaden z nich nie znał angielskiego. Ich angielski polega na tym, że włączają translatora w telefonie i wpisują coś po swojemu. Jak to zobaczyliśmy, to oznajmiliśmy im, że w ogóle nie mówimy po angielsku. Bowiem nie miało sensu w ten sposób się z nimi komunikować.

Co nastąpiło po tym pseudo przesłuchaniu?

Wtedy trafiliśmy do czegoś, co wyglądało jak areszt i było troszeczkę bardziej cywilizowane od tego komisariatu. Następnego dnia przewieziono nas do prokuratora, który też nie mówił po angielsku. Popatrzył na nas jedynie, po czym przywieźli nas do normalnego więzienia. Tam  zamknęli nas w izolatkach.

Jakie tam mieliście warunki?

Były to pomieszczenia dwa na trzy metry, z dziurą w podłodze, kranem z ciepłą wodą na wysokości 20 centymetrów od podłogi. Do spania był jeden kocyk i podłoga. Nie ma mowy o jakiejkolwiek kąpieli, czy też środkach higieny. Nie mieliśmy się w co przebierać. Cały czas byliśmy w ubraniach, w których zatrzymano nas na lotnisku.

Co jedliście w tym czasie?

Tam nie tylko z jedzeniem był wielki problem, żeby nam dali cokolwiek. Nawet o butelkę wody często trzeba było kłócić się cały dzień, aby ją dostać. Jedzenie, to był zawsze placek arabski. Wieszali go na klamce z drugiej strony drzwi. Jeden na cały dzień, czasem do tego placka była maleńka kosteczka topionego sera lub opakowanie dżemu. I to wisiało za drzwiami na klamce. Dwie a nawet cztery godziny trzeba było się prosić, żeby ktoś łaskawie otworzył okienko i podał to do celi.

Czy istniała możliwość jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym?

Nie pozwalano nam na widzenia, a nasze telefony były zabrane od razu na lotnisku. Konsul kilkakrotnie próbował kontaktować się z nami, ale władze więzienne odmawiały mu widzeń. Dopiero po miesiącu mieliśmy jakąkolwiek możliwość kontaktu ze światem zewnętrznym. Podano nam wtedy kartki z informacją o wpłatach pieniędzy przez  nasze rodziny.

Nie mieliście kontaktu nawet z adwokatem?

Nie mieliśmy obrońcy. Nie było kontaktu absolutnie z nikim, poza strażnikiem, który przechodził korytarzem.

Powiedziano wam chociaż, jakie macie zarzuty?

Tam nikt nie stawia zarzutów. Mieliśmy jedną wideo rozprawę i trzy rozprawy w sądzie. Na żadnej rozprawie nie powiedziano nam, za co jesteśmy zatrzymani.

Jak wyglądały te rozprawy?

Miały błyskawiczne tempo. Rozprawa wideo trwała dwie minuty. Pozostałe wyglądały tak, że na salę rozpraw wprowadzono 10 – 12 więźniów. Sprawa polega na tym, że sędzia wyczytuje imiona, bo nazwisk tam  nie używają, mówi coś krótko w swoim języku i koniec. Nie ma obrońcy, nie ma świadków, nie ma dowodów, nie ma żadnego przewodu sądowego. To jest może ciężko wytłumaczyć i zrozumieć. Tam trzeba wyłączyć absolutnie europejskie myślenie, to nie jest nic cywilizowanego. Tam trzeba wyłączyć europejski sposób myślenia – że mamy prawo do obrony, do wglądu w akta, do godności.

Jak skończyła się wasza sprawa, byliście miesiąc w izolatkach, a potem was przeniesiono?

Tak, trafiliśmy do ogólnej celi. W takich celach bywało od 60 do 100 więźniów.

To byli głównie miejscowi, czy  obcokrajowcy?

Tam był zlepek narodowości. Byli mieszkańcy Emiratów i Pakistańczycy, ludzie  z Indonezji, Filipin, Tajlandii i Australii. Z Europy, oprócz nas, nie było nikogo. Był tam między innymi 60-letni Australijczyk, który został zatrzymany na lotnisku podczas transferu, gdy przesiadał się z samolotu do samolotu. Też zarzucono mu narkotyki. On miał lepsze możliwości finansowe od nas, bo miał adwokata.

Jak funkcjonuje się w takiej celi?

Jeśli trafi się do ogólnej celi i ma się pieniądze, to tam jest możliwość kontaktu z kimś z zewnątrz czy robienia zakupów.

Trzeba pewnie przekupić strażników?

Strażnicy nawet nie wchodzą do takich cel. Przekupuje się więźnia, który rządzi w tej celi. W naszym przypadku był to chyba Pakistańczyk. On decydował, co komu wolno. Jego nastrój i kaprysy wpływały na to, jak traktowani byli poszczególni więźniowie.

Jak odnosili się  do was inni współwięźniowie?

Bardzo różnie, ale nie spotykaliśmy się z jakąś agresją. Wielokrotnie byliśmy świadkami agresji w odniesieniu do innych więźniów. Gdy znaleźliśmy się w celi ogólnej, to było już po interwencji ambasady i być może miało to wpływ, że nie spotykała nas agresja. Ale widziałem więźniów, którzy byli bici, poniżani, zabierano im jedzenie.

Byliście tam przez kolejny miesiąc,  co takiego  się wydarzyło, że wyszliście na wolność?

Podczas ostatniej rozprawy, na której była pani konsul, jeden ze strażników więziennych podszedł do nas i przetłumaczył to, co powiedział sędzia. Mówił, że mój przyjaciel jest wolny już teraz. Natomiast ja mam zapłacić 10 000 dirham, co ma podobną wartość w złotówkach. Mój przyjaciel, który wyszedł pierwszy, wpłacił te pieniądze, i ja po tygodniu od wpłaty wyszedłem. Tam bywa jednak i tak, że się zapłaci lub odsiedzi się swój wyrok, a i tak można nie wyjść na wolność. To zależy od humoru strażników, od kaprysów władz więzienia. Siedziało z nami dwóch chłopaków, którzy odsiedzieli swoje wyroki – po dwa miesiące i siedzieli kolejne dwa. Nie znali dnia i godziny, kiedy wyjdą z tego miejsca. Też nie byłem do końca tego pewien, nie było oczywiste, że oni rzeczywiście mnie z tego więzienia wypuszczą.

Słyszał pan o  podobnych przypadkach, jak wasz?

Gdy nasi bliscy szukali dla nas ratunku, to dotarli do wielu takich osób, nie tylko Polaków, które miały podobne sytuacje. Tam jest wiele takich spraw, gdy bezpodstawnie oskarżani są ludzie i wsadzani do więzienia. Wystarczy czyjeś pomówienie i trafia się na długie lata do celi. Sąsiad zezna coś na sąsiada, i ta osoba bez powodu jest oskarżona i skazana z dnia na dzień. Jedyną podstawą do skazania są czyjeś słowa. Tam funkcjonują dwie policje: to oficjalna – mundurowa, i druga, którą można  nazwać strażnikami Koranu. I to ona ma dużo większe możliwości i większe prawo. Im nie wolno się sprzeciwiać, to co oni powiedzą, to jest najważniejsze.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*