Bez wyroków są pozbawiani wolności nawet na kilkadziesiąt lat

Co trzeba zrobić, by długie lata spędzić w zamknięciu, z dala od rodziny? Zabić, zgwałcić, dokonać rozboju? To też, ale równie dobrze wystarczy pożyczyć rower, ukraść kawę, radio, czy słoiki z dżemem.

Jest ich wielu. Gdyby nie Rzecznik Praw Obywatelskich, było by jeszcze więcej. Dzięki interwencjom, kasacjom wyroków, opuszczają mury szpitali psychiatrycznych, by zmierzyć się z inną rzeczywistością.

Lucjan K., cierpiący na schizofrenię 64-letni mężczyzna spod Zamościa, spędził 10 lat w psychiatryku w Suchowoli. Trafił tam po tym, jak zabrał spod sklepu rower górski sąsiada.

Tomasz J. również schizofrenik, był w szpitalu w Radecznicy 17 lat. Miał na sumieniu kradzieże magnetowidu ze świetlicy, radia z rozbitego auta i rozpalenie ogniska na terenie szkolnego boiska.

Ale szpitalne oddziały o zaostrzonym rygorze opuszczają też osoby niebezpieczne. Jak Marian D. spod Krasnegostawu, który pod koniec lat 80. zgwałcił i udusił swoją siostrę.

34 lata za słoik

 Od kilku lat Rzecznik Praw Obywatelskich analizuje sprawy osób z orzeczonym przez sądy środkiem zabezpieczającym w postaci pobytu w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym (detencja sądowa). Ustalił, iż w kilku przypadkach za stosunkowo drobne przestępstwo ludzie trafiali do psychiatryka na długie lata. Czas ich pobytu w zakładzie kilkakrotnie przekraczał maksymalną karę za przestępstwa, jakich się dopuścili.

Ile osób może znajdować się w takiej sytuacji? Przedstawiciele RPO i Rzecznika Praw Pacjenta wizytowali Szpitale dla Nerwowo i Psychicznie Chorych. W Suchowoli przeanalizowano 20 przypadków osób internowanych przez okres dłuższy niż 5 lat. W szpitalu  psychiatrycznym w Świeciu analizie poddano 7 przypadków – jeden dotyczył internacji Antoniego K., który przebywa w zakładzie decyzją sądu od ponad 42 lat.

34 lata na tzw. detencji spędził Ryszard R., którego sąd przymusowo umieścił w szpitalu w Radecznicy za kilka włamań do piwnic w Lublinie i kradzież weków. Zatrzymywali go jeszcze milicjanci, było to w 1983 roku. Jako 19-latek jechał autobusem bez biletu. Mundurowi znaleźli w jego torbie słoik z dżemem. Chłopak podczas przesłuchania przyznał się do kradzieży. Śledczy skierowali go na badanie psychiatryczne, a lekarze nabrali podejrzeń, że nastolatek jest chory. Ryszard, zamiast do aresztu trafił do szpitala. Co pół roku sąd przedłużał jego detencję na podstawie opinii lekarzy. Całe dorosłe życie spędził w zamknięciu. Teraz nie ma już orzeczonej detencji – jednak najprawdopodobniej nadal przebywa w szpitalu. Czyżby nie mógł odnaleźć się w nowej rzeczywistości?

Do 2017 roku w zakładzie w Radecznicy przebywał też Tomasz J. z Zamościa – spędził tam 17 lat za kradzież radia z rozbitego auta, magnetowidu ze świetlicy ośrodka turystycznego, oraz rozpalenie ogniska na boisku szkolnym (podpałką były heblowane deski z budowy, co nie spodobało się ich właścicielowi). Było to w 1999 roku – Tomek miał wtedy 19 lat. Milenijnego Sylwestra spędził już w psychiatryku. Lekarze zdiagnozowali u niego schizofrenię, a sąd orzekł niepoczytalność i umieścił go w szpitalu. Nie miał łatwego dzieciństwa, za drobne wykroczenia trafiał do Zakładów Wychowawczych. Teraz wie, że to przez chorobę. Dlatego stara się idealizować swój pobyt w psychiatryku.

– Początkowo byłem wściekły, że mnie tam trzymali na siłę. Ale teraz uważam, że gdyby mnie nie zamknęli, pewnie znowu bym coś nawywijał – przyznaje samokrytycznie. – Po raz pierwszy mogłem wyjść ze szpitala po 15 latach, na pogrzeb ojca. Teraz mieszkam z mamą. Muszę się nią opiekować, bo jestem jedynakiem.

Kolejny przypadek – inżynier Krystian B. za rzekome groźby wobec sąsiada trafił do szpitala w Rybniku. O tym przypadku pisaliśmy w „Reporterze”. Dzięki interwencji Rzecznika Praw Pacjenta w 2014 roku, po ośmiu latach izolacji odzyskał wolność, ale pobyt w szpitalu zrujnował mu zdrowie. Zmarł nie doczekawszy zadośćuczynienia (starał się o 14 mln zł). Przynajmniej zdążył odzyskać dobre imię. Sąd Najwyższy uznał, że nigdy nie popełnił przestępstwa. Cieszył się jednak wolnością zaledwie dwa lata.

Feliks M. za rzekome groźby wobec sąsiadów spędził w tym samym szpitalu 12 lat, zmarł rok po wyjściu. W jego sprawie RPO złożył skuteczną kasację – w 2015 roku. Sąd Najwyższy nakazał zwolnienie go ze szpitala. Walczył przed sądem w Krakowie o 12,3 miliona złotych odszkodowania. Przed ostatnią rozprawą zmarł. Miał 79 lat.

Jan Kossakowski za zaprószenie ognia we własnej stodole trafił do psychiatryka na 23 lata. Wolnością cieszył się kilka miesięcy. O nim także pisał nasz magazyn. Okazało się, że cierpi na przewlekłą chorobę płuc. Na leczenie było już za późno.

W przypadku Stanisława B. chodziło o kradzież 7 paczek kawy. Za to spędził w psychiatryku 8 lat. Wyszedł w lutym 2016 roku. Sąd rejonowy w Krakowie uznał, że nie musi się już dalej leczyć, bo jego czyn przestał być przestępstwem w 2013 roku (stał się wykroczeniem).

Każdy z przymusowych pacjentów ma przyznanego obrońcę z urzędu, który bierze udział w posiedzeniach sądu na temat przedłużenia detencji. Dlaczego żaden nie próbował znaleźć internowanym miejsc w Domach Opieki Społecznej, gdzie mogliby dalej się leczyć, ale już na wolności?

Biegłych lekarzy, obrońców z urzędu, musiał wyręczać Rzecznik Praw Obywatelskich. Detentami interesowała się też Rzecznik Praw Pacjenta. Domagała się, by sędziowie penitencjarni bardziej nadzorowali szpitale, w których realizowana jest detencja, by badali legalność i prawidłowość wykonywania środków zabezpieczających.

Lucjan od roweru

Ostatni przypadek interwencji biura RPO dotyczy Lucjana Z. z gminy Stary Zamość. Jego historia zaczęła się w kwietniu 2008 roku pod sklepem. Lucjan zobaczył oparty o budynek rower górski sąsiada – Bogusława W.  i niewiele myśląc, wziął go i odjechał.

– Nie ukradłem go. On mi powiedział „weź Bogusia rower, bo nie będziesz na weselu”. To wziąłem – zapewnia.

– Kto panu powiedział? – dopytuję.

– Nie wiem. Zaraz Bogusiowi powiedziałem, że go wziąłem. Policja przyjechała, to oddałem – wyjaśnia.

Choć zeznania podejrzanego nie trzymały się kupy, policja postawiła mu zarzut kradzieży jednośladu o wartości 400 złotych. Ale prokuratura nabrała podejrzeń, co do jego stanu psychicznego (osoba upośledzona nie odpowiada karnie, lecz trafia na leczenie). Powołano biegłych, którzy szybko poradzili sobie z tą sprawą. Dwaj psychiatrzy po zbadaniu pana Lucjana uznali go za niepoczytalnego w związku z chorobą psychiczną. Prokuratura wniosła, by sąd umorzył postępowanie karne i zastosował środek zabezpieczający w postaci umieszczenia w zakładzie zamkniętym. Stało się tak już 27 czerwca.

Sąd Rejonowy w Zamościu zbadał sprawę na posiedzeniu, na które pan Lucjan się nie stawił, choć był prawidłowo zawiadomiony o terminie.  Prawo nakazuje, by rozpoznając taki wniosek, sąd wysłuchał lekarzy psychiatrów i psychologa. Psychiatra formułuje wtedy diagnozę i prognozę lekarską, a psycholog określa prognozę społeczno-kryminologiczną, opierając się na szerokiej diagnozie osobowości sprawcy. Sąd przesłuchał dwóch psychiatrów oraz psychologa. Ten ostatni, znany w zamojskim środowisku emerytowany już biegły, wydał opinię o panu Lucjanie, nawet go nie badając – oparł się jedynie na materiałach sprawy. W sądzie biegły psycholog zeznał m.in., że „badania podejrzanego mogłyby dużo wnieść, bo być może byłaby informacja, co do okoliczności popełnienia tej kradzieży i być może również, co do jej motywów, które nim kierowały. (…) To, że opiniowany podaje, że kazano mu ukraść ten rower, może świadczyć o jakichś stanach urojeniowych, ale bez bezpośredniego badania nie mogę stwierdzić czy tak faktycznie jest, co nie wyklucza, że może tak być”. Na podstawie tej opinii sąd uznał, że nie można wykluczyć, iż mężczyzna popełni taki czyn ponownie – co uzasadnia decyzję o umieszczeniu go w zakładzie psychiatrycznym.

Sąd nie tłumaczył, dlaczego uznał, że kradzież roweru ma –  niczym zabójstwo czy rozbój – znaczną społeczną szkodliwość. Prawo pozwala zaś na umieszczenie sprawcy w zakładzie tylko wówczas, jeżeli w stanie niepoczytalności popełnił on czyn o znacznej szkodliwości. Sąd wyjaśnił: „Czyn był szkodliwy społecznie w znacznym stopniu. Godził on w podstawowe dobro chronione – cudzą własność”.

Obrońca z urzędu pana Lucjana nie złożył zażalenia na to postanowienie, wobec czego stało się ono prawomocne. Do zakładu trafił w lutym 2009 roku. Wtedy przestał być pełnoprawnym człowiekiem. Stał się detentem, przymusowo leczonym psychiatrycznie.

Siedział bezpodstawnie

Po zapoznaniu się ze sprawą Lucjana K., w grudniu 2018 roku RPO złożył do Sądu Najwyższego kasację, w której wniósł o uchylenie postanowienia zamojskiego Sądu Rejonowego i umorzenie postępowania karnego wobec 64–latka z powodu przedawnienia karalności jego czynu. Kradzież przedmiotu o wartości poniżej 500 złotych w 2013 roku przestała bowiem być przestępstwem, a stała się wykroczeniem (w takim przypadku sąd nie może orzec umieszczenia w szpitalu psychiatrycznym). Rzecznik zarzucił sądowi rażące naruszenie prawa, polegające m.in. na orzeczeniu środka zabezpieczającego po wysłuchaniu biegłego psychologa, który swej opinii nie poprzedził badaniem podejrzanego, braku uzasadnienia, dlaczego czyn cechuje się znaczną społeczną szkodliwością. W ocenie Rzecznika wysłuchanie psychologa miało tylko fasadowy charakter.

„Wydawanie opinii odnoszącej się do stanu zdrowia psychicznego podejrzanego, diagnozy jego osobowości i wpływu tego na postępowanie musi być poprzedzone jego badaniem. Chodzi bowiem o ochronę przed nadużyciami w zakresie pozbawienia wolności osoby z zaburzeniami psychicznymi, gdy popadła w konflikt z prawem” – wyjaśniał Rzecznik. Ponadto wskazał, że sąd nie sprecyzował, dlaczego kradzież roweru o wartości 400 złotych jest czynem szkodliwym w sposób znaczny. Sąd powinien był także rozważyć, czy prawdopodobieństwo ponownego popełnienia czynu można zmniejszyć leczeniem w innym trybie niż przez umieszczenie w szpitalu.

10 stycznia 2019 roku Sąd Rejonowy w Zamościu, nie czekając na wyrok SN, umorzył postępowanie wykonawcze wobec Lucjana K. Uzasadnił to zmianą prawa, które z przestępstwa uczyniło wykroczenie. Tylko, że powinien to zrobić w 2013 roku. Nie dostrzegł tego przy kolejnych przedłużeniach pobytu w zakładzie (odbywają się one co pół roku), a dzięki temu mężczyzna cieszyłby się wolnością już od 5 lat.

Pod koniec stycznia pan Lucjan został wypisany ze szpitala psychiatrycznego. Wrócił do swojego domu. Opiekuje się nim teraz rodzina.

Decyzja zamojskiego sądu nie wstrzymała rozpoznania kasacji RPO. 27 lutego Sąd Najwyższy uwzględnił ją na korzyść Lucjana K. Zgodnie z wnioskiem Rzecznika uchylił postanowienie sądu rejonowego z 2008 r. o umieszczeniu pana Lucjana w zakładzie zamkniętym i umorzył postępowanie wobec niego. Sąd Najwyższy uwzględnił wszystkie zarzuty kasacji. Za rażące naruszenie prawa uznał wydanie opinii przez psychologa bez zbadania podejrzanego, uznanie przez sąd, że czyn pana Lucjana miał znaczną szkodliwość społeczną, nierozważenie, dlaczego za kradzież przedmiotu o wartości 400 zł jest konieczne skierowanie sprawcy do zakładu.

Postanowienie SN otworzyło Lucjanowi K. drogę do roszczeń odszkodowawczych. Czy z tego skorzysta?

 – Nie wiem – odpowiada lakonicznie. Jest zamknięty, wyciszony. Kontakt z nim jest utrudniony. Ale mówi, że się cieszy, że jest już w domu.

Morderca też wyszedł

Do grupy detentów, umieszczonych w zakładzie zamkniętym za stosunkowo drobne przestępstwa, nie należy Marian D., 54-latek spod Krasnegostawu. To upośledzony umysłowo morderca (ma orzeczony umiarkowany stopień niepełnosprawności). Pod koniec lat 80. zgwałcił i udusił rajstopami swoją siostrę. Następnie wywiózł ją na taczce do lasu, a zwłoki przykrył gałęziami.

– Pamiętam ją. Ładna była z niej blondyna – wspomina sołtys wioski, w której doszło do tragedii.

Kodeks karny PRL za zabójstwo przewidywał nawet karę śmierci. Ale on nie odpowiadał karnie, biegli stwierdzili u Mariana D. chorobę psychiczną, a sąd umieścił go w szpitalu psychiatrycznym w Radecznicy.

W 2005 roku, po 16 latach pobytu w izolacji, uciekł ze szpitala. Rozesłano za nim komunikaty. Media informowały o „Bestii na wolności”. Kobiety bały się wychodzić z domów.

 – Na oddziale nie był agresywny i nie sprawiał kłopotów. Ale w przypadku osób upośledzonych umysłowo nie sposób przewidzieć ich reakcji. Zwłaszcza, jeżeli zostaną sprowokowane – mówił wówczas ordynator III oddziału psychiatrycznego, gdzie leczył się Marian D.

Uciekinier nie nacieszył się wolnością. Został zatrzymany i wrócił do szpitala. W 2006 roku przeniesiono go do szpitala z oddziałami o zaostrzonym rygorze w Choroszczy. Gdzie przebywał do 2017 roku.

21 sierpnia Sąd Okręgowy w Zamościu uchylił środek zabezpieczający w postaci pobytu w szpitalu wobec Mariana D., w związku z zaistnieniem przesłanek do przyjęcia go do Domu Pomocy Społecznej. Sam mężczyzna skierował do GOPS podanie o umieszczenie go w DPS. Pisał, że jest samotny, bezdomny i wymaga stałej pomocy. Do placówki trafił już 28 sierpnia. Ma przyznaną rentę socjalną.  Jest wycofany, żyje we własnym świecie.

Aneta Urbanowicz

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*