TRAGEDIA PRZYCIĄGA HIENY

 Niestety, nawet największe ludzkie tragedie przyciągają nie tylko osoby, które pragną pomagać, ale także hieny usiłujące żerować na dramatach. Nieszczęście niekiedy inspiruje ludzi do podłych działań, do szukania zarobku lub taniej sensacji na cudzej tragedii. Sprawa zaginięcia Iwony Wieczorek pobudzała do działania wielu oszustów i hochsztaplerów. Jedni chcą być sławni i próbują wybić się, tworząc fake newsy, inni marzą od dużych pieniądzach. O  takich przypadkach z Iwoną Kindą, mamą zaginionej 19-latki, rozmawia Janusz Szostak.

Czy zdarzali się ludzie, którzy usiłowali żerować na tragedii, jaka panią spotkała?

Niestety tak było, ale skończyło się to dla nich nie najlepiej, gdyż dostali wyroki skazujące. Jeden z oszustów pochodził z Częstochowy. Walczyłam z nim ponad miesiąc. Męczył mnie esemesami, że jest w posiadaniu wiedzy o tym, gdzie przetrzymywana jest Iwona. Za posiadane informacje żądał ode mnie 800 tysięcy złotych. To było dwa lata po zaginięciu Iwony. Walczyłam z nim cały listopad i grudzień w 2010 roku. Odpowiadałam, że nie wierzę w jego słowa, pisałam, żeby mi wysłał wiarygodne dowody. I on nawet wysłał mi jakieś zdjęcie Iwony, tylko że z czarnymi włosami. Miała rękawiczki na dłoniach – nie wyglądało mi to na jej ręce. Jak się później okazało, był to fotomontaż. On chciał te 800 tysięcy, a ja mówiłam, że nie mam tyle, nawet nie mam co sprzedać. Później już byłam w takich nerwach, że przekazałam temat policji.

Brała go pani na poważnie, czy przeczuwała, że kłamie?

Od razu wiedziałam, że to oszust, ale myślałam, że w końcu da mi spokój. Apogeum nastąpiło tydzień przed Wigilią Bożego Narodzenia, wtedy jego esemesy były bardzo intensywne. Pisał, że niby Iwona chce wrócić do rodziny na święta, pragnie dostać prezenty – i inne takie niestworzone historie. Później do mnie zadzwonił, to było w Wigilię około godziny 10 rano. Akurat siedziałam w domu i przygotowywałam coś na kolację. Pakowałam się chyba do rodziców. A on dzwoni i pyta, kiedy będą pieniądze, bo Iwona płacze, że chce być w domu na święta. Odpowiedziałam, że takich pieniędzy na chwilę obecną nie mam. A on: że ja już nigdy Iwony nie zobaczę. Byłam w takim szoku, że nie pamiętam, co działo się dalej. Jednak za jakiś miesiąc policja go złapała. Okazało się, że był akwizytorem, przemieszczał się po Polsce i korzystał z 30 kart telefonicznych. Dzwonił do mnie z różnych miejsc. Miał 21 lat i chciał po prostu zarobić na moim nieszczęściu. No, ale skąd ja bym wzięła takie ogromne pieniądze, nawet gdyby to było prawdą? Umarłabym z bólu. Gdyby to było 80, a nie 800 tysięcy… Ale to też jest góra pieniędzy. Dla mnie było to coś naprawdę strasznego.

Damian A. został wówczas skazany przez Sąd Okręgowy w Częstochowie na siedem lat więzienia. Ale pojawił się kolejny oszust. Ten z kolei podawał się za gangstera.

W związku z tą akcją diametralnie zmieniłam zdanie o policji. Poszłam na spotkanie z tym człowiekiem, on też chciał wyłudzić pieniądze. Najpierw było to dziesięć tysięcy, później osiem, a na końcu pięć. Spotkałam się z nim przy McDonaldzie, opowiadał wprost niestworzone rzeczy. Nie jestem w stanie tego panu powtórzyć. Mało tego, poszłam tam z policją. Zgłosiłam to, bo mu nie ufałam. Czułam się jak w filmie. Mówiłam policjantom, że się boję, że może chce mnie porwać. Pytałam, czy dadzą mi podsłuch, a oni: „A po co to pani? Za dużo filmów się pani naoglądała”. „Skoro on coś będzie opowiadać, chcę, żebyście to słyszeli. W tych emocjach mogę coś przekręcić, dlatego wolę, żeby to było nagrywane”. Ale mieli inne zdanie.

Zrezygnowała pani z tego spotkania?

Nie. W Media Markt kupiłam dyktafon za 800 złotych. Trzymałam go gdzieś w torebce i nagrałam całą tę rozmowę. Policjanci mieli być w tym McDonaldzie, żeby nas obserwować i zobaczyć, gdzie on dalej pójdzie. Nie dość, że nikogo nie widzę, to idę tam jak na skazanie, bo boję się, że on mnie zamorduje. No, ale myślałam, że policjanci są po cywilnemu, nie muszę ich przecież widzieć. Nagrywam tę całą historię, on opowiada o powiązaniach, mafii, półświatku. Twierdzi, że zna te wszystkie kulisy, wie, jak się porywa dziewczyny, i temu podobne. Powiedziałam mu, że na razie pieniędzy nie mam, muszę je od kogoś pożyczyć, że wszystkie pieniądze, oszczędności wydałam na poszukiwania i w tej chwili jestem bez grosza. A żebym mogła dostać te pieniądze, to osoba, od której je pożyczę, będzie chciała przyjść razem ze mną – tak mu powiedziałam.

I on w to uwierzył?

Przyjął do wiadomości. Umówiliśmy się za dwa dni w Alfa Centrum przy kinie Helios. Tymczasem dzwonię do policjantów, gdzie oni są, ta moja obstawa. A oni mi mówią, że go zgubili. Byłam niewyobrażalnie zdenerwowana. Po dwóch godzinach policjanci przyjechali do mnie. Włączyłam im dyktafon. Posłuchali i następnego dnia zaprosili mnie na komendę, musiałam złożyć zeznania. Siedziałam tam sześć czy siedem godzin. Wszystko jeszcze raz musiałam wałkować. Ale dobra, trudno. Idziemy jeszcze raz na spotkanie z tym niby-gangsterem. Umówiliśmy się tak, że moim „bratem” z tymi pieniędzmi będzie policjant. No i na moje hasło: „Wy się dogadajcie panowie, a ja wyjdę do toalety” – mój „brat” przekaże mu pieniądze. Nagle ten policjant wstaje, a ja zaczęłam uciekać, myślałam, że sobie nogi połamię na schodach. Bo tych policjantów się wyłoniło z dziesięciu i go skuli. To było coś nieprawdopodobnego. Po tej akcji byłam nieprzytomna, nie pracowałam przez kolejny miesiąc.

Kim był ten człowiek, rzeczywiście gangsterem?

Okazało, że to był taki patologiczny oszust. Oszukiwał wszystkich, kogo się tylko dało. Doszło do sprawy w sądzie, gdzie i ja byłam obecna. To, co przeszłam przed salą rozpraw, to dopiero był dla mnie horror! Podchodzi do mnie skulona pani w wieku 70-80 lat, schorowana, zapłakana, o lasce. Pada przede mną na kolana i mówi: „Niech pani wybaczy mojemu synowi”. To było po prostu straszne. Ta kobieta ważyła z 90 kilogramów i padła na kolana, a chodziła o lasce. Ona płacze, mówi, że nie wie, dlaczego jej syn posunął się do czegoś takiego, dlaczego ode mnie, na mojej tragedii chciał wyłudzić pieniądze. Też zaczęłam płakać. Nie mogłam się skupić na sali. Ryczałam z powodu tej kobiety. Tej sceny po prostu nie zapomnę. Jej 26-letni syn dostał wtedy niewielki wyrok, chyba pięć miesięcy.

Dlaczego zlikwidowała pani salon fryzjerski w Sopocie?

Było kilka powodów. Po pierwsze nie jest fajnie, gdy zbliża się sezon i przyjeżdżają babcie z wnuczkami, które traktowały to miejsce niczym ogród zoologiczny. Tam w oknie przez wiele lat wisiał plakat ze zdjęciem zaginionej Iwony. To był ruchliwy punkt, przechodziło obok niego bardzo dużo ludzi. Niektórzy z nich wchodzili do środka. Przyszła kiedyś kobieta z może 10-letnią córką i tak do niej mówi: „Zobacz, córcia, jak będziesz nieposłuszna, to skończysz jak ta dziewczyna na zdjęciu”. Tak było niejeden raz. Albo przychodzi do mnie klientka, taka nadęta warszawianka, i od drzwi pyta, a ja byłam w salonie: „No, wy to na pewno znacie tę fryzjerkę, co jej córka zaginęła”. I gada, jak to można puścić dziecko w nocy na dyskotekę. Wtedy jedna z moich fryzjerek odezwała się, żeby nie oceniała innych, jeśli nie wie, jaka była sytuacja. Mimo że zawsze jestem miłą osobą, bo tego wymaga mój zawód, wyrzuciłam tę kobietę z salonu. Wiele było takich historii.

Niektórym nie wystarczały jednak same słowa.

Nieco później miałam zbitą szybę w oknie salonu, było jakieś włamanie. Wtedy zaprosiłam właściciela lokalu, żeby mu pokazać, iż wymieniłam szybę na antywłamaniową, i poprosiłam go o odliczenie tego od czynszu. A on mi powiedział, że czynsz, to mi może co najwyżej podnieść – i podniósł! Odparłam, że nie mogę pracować tylko na czynsz, który i tak był ogromny, bo to było w sezonie jakieś osiem, dziewięć tysięcy złotych. A on na to: „Przecież pani nie musi pracować, bo telewizja pani płaci”. Wiele osób myśli, że zarabiam na tej tragedii, że na tych wystąpieniach w mediach robię jakieś grube pieniądze. Oni w ogóle nie biorą pod uwagę, że cierpię, że staram się dowiedzieć prawdy, a to przecież kosztuje mnie wiele nerwów i stresu.

Dziennikarze też panią odwiedzali w salonie w Sopocie?

Na początku bardzo często. W nowym salonie na Zaspie też się czasami pojawiają. Był tam na przykład Sylwester Latkowski, z którym rozmawiałam trzy minuty, a on z tego stworzył jakąś dziwną historię gangsterską. Powiedziałam wtedy, że chciałabym być żoną jakiegoś gangstera, to może by mi się coś takiego nie przydarzyło.

A on powiązał pani rodzinę z „Tygrysem”, legendarnym trójmiejskim gangsterem. Zna go pani?

Zupełnie nie wiem, o kogo chodzi. Pan Latkowski w ogóle ma bujną fantazję.

Łączył między innymi pani córkę z Mariusem O. i aferą Amber Gold.

No właśnie, on systematycznie oczernia mnie i moją córkę.

Czy często śni się pani Iwona?

Praktycznie nie śni mi się wcale. Raz przyszła do mnie we śnie, miała może z 10 lat, wyglądała jak mały aniołek. Powiedziała: „Nie płacz. Ty nie płacz, ja jestem, ale już nigdy do ciebie nie wrócę”. Jak ja się wtedy zdenerwowałam. To był jedyny taki sen, pamiętam go bardzo dobrze. Ona nie śniła mi się nigdy jako dorosła. Zawsze, choć bardzo rzadko, śni mi się jako mała dziewczynka.

Iwona była bardzo do pani podobna. Czuję, że była między wami bardzo silna więź.

Myślę, że nie miała przede mną tajemnic i ja także jej się zwierzałam. Mnie Iwona zawsze strasznie fascynowała, bo ona była taką osobą pełną życia. Zwykle było jej wszędzie pełno. Od samego początku, jak tylko stawiała swoje pierwsze kroki, zawsze była taka absorbująca i przy tym bardzo kochana. Dusza towarzystwa.

Jak zachowywały się koleżanki Iwony po jej zaginięciu?

Niestety, jak jest fajnie, to jest fajnie. Ale gdy dzieje się coś złego, każdy się odwraca od problemu. Gdy zaginęła, to niemal wszystkie odwróciły się od tej sprawy. Przez jakiś miesiąc, przez może trzy tygodnie dzwoniły do mnie, a później już nie. Być może ich to przytłaczało, bo była to sprawa głośna medialnie. Każdy ich pytał: „A co ty robiłeś z Iwoną, a weź się przyznaj” – i temu podobne historie. Znajomi Iwony nie mieli swojego życia.

Opuściła pani wasze dawne mieszkanie, przeprowadziła się w inne miejsce.

To była niełatwa decyzja, ale nie mogłam już dłużej tam zostać. Wszystko przypominało mi tam Iwonę. Bardzo cierpiałam w tamtym mieszkaniu.

Jest to fragment książki Janusza Szostaka „Co się stało z Iwoną Wieczorek” KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*