Rozprawa sądowa na parkingu

Podobno nie ma możliwości dokonania przestępstwa doskonałego, ale aby było ono jak najdoskonalsze, przestępcy na całym świecie pracują już od wielu, wielu lat. Sochaczew nie jest i nigdy nie był enklawą bezpieczeństwa i tu także przestępcy knuli i planowali, jak naruszyć prawo bez konsekwencji karnych.

Do dokonania włamania do piwnicy czy też komórki, wystarczą łom i worek na łupy, a złodziejaszek może to zrobić w pojedynkę. Inaczej sprawy się mają z włamaniami do sklepów czy domków jednorodzinnych, tu łupy mogą nie zmieścić się do jednego worka. Potrzebna też jest obserwacja i zabezpieczenie przed niespodziewanym pojawieniem się policjantów. W takich przypadkach włamywaczy musi być kilku.

Grupa, która pod koniec lat dziewięćdziesiątych zaistniała w Sochaczewie, miała ściśle określoną hierarchię i podział zadań podczas dokonywanych przestępstw. Przywódcą i niekwestionowanym szefem bandy został postawny mężczyzna, który niejedną odsiadkę miał w swoim dorobku. Do gangu zwerbowano jeszcze jednego, bardzo sprytnego złodziejaszka i całkowicie „zielonego” w przestępczym fachu młodego chłopaka, który wyjechał ze Śląska za pracą i trafił tak do Sochaczewa, gdzie pomieszkiwał u przygodnych znajomych.
Gdy grupa już była gotowa do działania, wówczas herszt określił, jakie domy i sklepy będą „rąbać”. Rozdzielił zadania i przystąpili do ciężkiej pracy, która była niebezpieczna, nielegalna, ale za to niezwykle dochodowa.
Pracując w wydziale kryminalnym, wielokrotnie brałem udział w oględzinach miejsc zdarzeń przestępczych i dość szybko zorientowałem się, że niektóre z nich są do siebie bardzo podobne.

Złodzieje nie silili się na jakieś wyrafinowane środki techniczne, które pomagałyby im w dostaniu się do sklepu czy domu, stosowali metodę najprostszą, a mianowicie solidny łom oraz nożyce do cięcia metalu specjalnie wzmocnione.
W miejscach, gdzie się włamywali, raczej nie zostawiali śladów, ale o tym, że te liczne włamania są dziełem tej samej grupy, wskazywało zainteresowanie towarem, który kradli, i sposobem pokonywania zabezpieczeń.
Aby ustalić, kto nam tak szkodzi, została powołana specjalna grupa policjantów, w której byłem również ja.

Analizy oględzin miejsc zdarzeń pozwoliły ustalić, że sprawców jest co najmniej trzech i dysponują samochodem służącym im do szybkiego przemieszczania się po terenie powiatu i przewożenia zrabowanego mienia.
Po oznaczeniu na mapie miejsc dokonanych włamań, które miały cechy wspólne, stwierdziliśmy, że sprawcy na pewno zamieszkują na terenie Sochaczewa.
Następnie analizowaliśmy nasze informacje operacyjne o zawiązanych sojuszach i przyjaźniach lokalnych przestępców, i ta wiedza pozwoliła na wytypowanie kilkunastu osób, które miały pełne predyspozycje do organizowania i udziału w dokonanych włamaniach.

Dalej nastąpiła żmudna praca policyjna, która w większości nosiła klauzulę: „tajne” lub „poufne”.

Nasza praca nie poszła na darmo. Przed świętami Bożego Narodzenia zatrzymaliśmy trzech mężczyzn, a w ich domach odnaleźliśmy towar z kilku ostatnich włamań.

Sprawa była zakończona. Podczas przesłuchań do winy przyznał się tylko i wyłącznie chłopak ze Śląska – była to taka ofiara losu, tułająca się po kraju. Pozostali zatrzymani milczeli jak grób i do niczego się nie przyznawali.
Wszyscy zostali aresztowani, a my policjanci prowadzący sprawę zajęliśmy się innymi zdarzeniami, zapominając o siedzącej w areszcie grupie złodziejaszków.
Jakież było nasze zdziwienie, gdy po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że sprawa trafiła do sądu i tam przybrała nieoczekiwany dla wszystkich obrót. W czasie pierwszej rozprawy młody Ślązak wstał i oświadczył, że to on jest sprawcą tych wszystkich włamań, których dokonywał osobiście bez udziału innych osób. Zaś towary – zabezpieczone podczas przeszukań – pochodzą z tych włamań, ale to on je przynosił do domu. Oświadczenie było piorunujące, zarówno dla sądu, jak i prokuratora. Sprawę odroczono i widać było, że zaistniały wątpliwości, co do naszych ustaleń.

Pomyśleliśmy i przekazaliśmy prokuratorowi nasze sugestie, co do sprawy. Na następną rozprawę przyszliśmy całą grupą, gdyż byliśmy niezmiernie ciekawi, jak dalej potoczą się losy samotnego włamywacza, który – jak się domyślaliśmy – chciał wziąć wszystko na siebie, z jemu tylko znanych powodów.
Na rozprawie wszyscy oskarżeni siedzieli wyluzowani, oprócz naszego nieszczęśnika, który jako pierwszy został wezwany przez sąd do ponownego składania wyjaśnień. Opisał w nich, jak sam podjeżdżał samochodem pod domy i sklepy, które obserwował. Jak sam dokonywał włamań i jak sam uciekał samochodem z miejsc zdarzeń, a następnie, jak sam woził do paserów skradziony towar. Gdy to wszystko opowiedział, sąd zadał tylko jedno pytanie, czy sam kierował samochodem? Co chłopak skwapliwie potwierdził. W tym momencie stała się rzecz niespotykana. Sąd ogłosił dziesięć minut przerwy i poinformował, że dalsza część rozprawy odbędzie się przed budynkiem Sądu. Po upływie tego czasu wznowiono rozprawę na parkingu sądu. Nie było tam żadnych samochodów, poza jednym. Było to auto jednej ze szkół nauki jazdy, z instruktorem w środku. Sąd poprosił chłopaka, aby wsiadł za kierownicę i przejechał się po parkingu. Chłopak wsiadł i po pięciu minutach wysiadł z auta. Instruktor oświadczył, że niestety, ale ten młodzieniec nie potrafi uruchomić samochodu. Po powrocie na salę rozpraw, wyluzowani oskarżeni byli już bardzo spięci. Natomiast Ślązak dokładnie opisał, jak razem z nimi włamywał się do obiektów wymienionych w akcie oskarżenia, i jak groźbami wpłynęli na niego, aby brał winę na siebie.

No cóż, przestępstwo idealne nie istnieje. Jak się okazało podczas tej sprawy, zwalanie winy na kogokolwiek innego też jest do wykrycia, co wykazał swym – niekonwencjonalnym, ale jakże przemyślanym – działaniem sąd.

Ireneusz Kisiołek

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*