Okup w kawałkach, syn w kawałkach

fot. Tomasz Radzik

Proces najbardziej brutalnego gangu w Polsce nie przyciąga zainteresowania, zarówno mediów, jak bliskich i znajomych oskarżonych. Choć to właśnie o tych ludziach Patryk Vega produkuje filmy, oglądane przez miliony widzów. Z których pewnie niewielu zdaje sobie sprawę, jak odległa jest filmowa fikcja od rzeczywistości.

Pod koniec stycznia 2017  roku przed Sądem Okręgowym w  Warszawie stanęło 14  mężczyzn, których oskarżono o  przynależność do gangu tzw. „obcinaczy palców”. To bodaj najokrutniejsza grupa przestępcza w historii polskiej kryminalistyki. jej proces potrwa zapewne jeszcze kilka lat.

To oni porywali ludzi i domagali się okupów, a gdy był z tym problem, grozili odcinaniem palców lub  zabiciem ofiar. Niestety swoje groźby spełniali, niekiedy nawet po zapłaceniu przez rodziny pieniędzy. Przypuszcza się, że banda zarobiła na kidnapingu co najmniej 7 milionów złotych.

Gang uprowadził co  najmniej 20 osób. Nie wszystkie odnaleziono. Większość z  nich była bestialsko torturowana. Gdy sędzia odczytywała akt oskarżenia, zatrważające opisy traktowania uprowadzonych osób nie robiły żadnego wrażenia na oskarżonych. Słuchali bez jakichkolwiek emocji.

O kierowanie gangiem oskarżony jest obecnie 43-letni Wojciech S. pseudonim „Kierownik” vel „Wojtas”. Gangster odpowiada też za rzekomy udział w ośmiu uprowadzeniach.

Pod specjalnym nadzorem

Sala Sądu Okręgowego przy ulicy Kocjana w Warszawie, to niemal twierdza zabezpieczona na wszelkie sposoby. Ogrodzona murem, zwieńczonym drutem kolczastym niczym zakład karny. Ta sala, a właściwie budynek wraz z otoczeniem, została przygotowana specjalnie na proces gangu pruszkowskiego. Odbywają się tam rozprawy najbardziej niebezpiecznych grup przestępczych oraz najgroźniejszych bandytów.

Wejście do tej części sądu objęte jest ścisłym nadzorem. Dostanie się na rozprawę możliwe jest tylko po uzyskaniu odpowiedniej przepustki i po restrykcyjnej kontroli, niczym na lotnisko JFK w Nowym Jorku. Zwykle przejście przez bramkę tu nie wystarczy. Kontrola jest niemal osobista.

Jest czwartek, 24 maja 2018 roku, za chwilę rozpocznie się kolejna rozprawa gangu „obcinaczy palców”. Do końca roku przewidziano ich niemal trzydzieści – co tydzień w każdy czwartek. A i tak zapewne wyrok nie zapadnie tak szybko. To jednak nie jedyna rozprawa „Kierownika” i jego kumpli. Toczy się jeszcze proces przed Sądem Okręgowym w Warszawie przy Alei Solidarności.

Na sali jest już 14 oskarżonych, w tym Wojciech S. „Kierownik”, domniemany szef tego okrutnego towarzystwa. Jest też Grzegorz K. pseudonim „Ojciec”, uważany za jednego z liderów tej grupy. Dowieziono go na rozprawę na specjalnym łóżku. Gdyż kilka lat wcześniej miał wylew i od tego momentu bierze udział w rozprawach w pozycji leżącej.

Obecnych jest też 9 adwokatów oraz 3 osoby z publiczności – dwie młode kobiety i mężczyzna – po reakcjach oskarżonych widzę, że to ich znajomi. Jestem jedynym dziennikarzem, którego ta rozprawa zainteresowała. Widać, że proces najgroźniejszego gangu w Polsce nie przyciąga zainteresowania mediów ani bliskich i znajomych oskarżonych. Choć to właśnie o tych ludziach Patryk Vega produkuje filmy oglądane przez miliony widzów. Z których pewnie niewielu zdaje sobie sprawę, jak odległa jest filmowa fikcja od rzeczywistości. Bardziej bliska „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną” niż gangsterskim komedyjkom reżysera „Botoksu”.

„Kierownik” jest spokojny, opanowany, inni reagują ekspresyjnie: śmieją się głośno, dowcipkują, krzyczą do siebie. Marcin S. pseudonim „Mołek” wstaje, macha do kumpli wyraźnie zadowolony, coś wykrzykuje.

W pomieszczeniu dla świadków czeka pięć osób. Cztery z nich dobrze znają ludzi z gangu. Trudno się spodziewać, aby zeznali cokolwiek, co mogłoby wpłynąć na przebieg procesu.

Chwalił się milionami

Ta rozprawa jest związana z zabójstwem Mariusza Mirkowskiego, świadkowie zeznawali już kilka lat wcześniej. Okazuje się, że w tym czasie pamięć im się mocno zatarła.

Zbigniew A. pseudonim „Zbysio”, właściciel myjni w owym czasie, przyjaźnił się z porwanym i zamordowanym mężczyzną.

– Widziałem go kilka minut przed tą sytuacją – mówi łamiącym się głosem, jakby się kogoś bał. – Nie wszystko pamiętam. On był w aucie na ulicy, gdy ja wchodziłem do agencji towarzyskiej, mrugnął mi światłami.

– Gdzie mieściła się ta agencja? – pyta sędzia.

– Na ulicy Czereśniowej w Konstancinie.

– Co tam się zdarzyło?

– Nie pamiętam, co dalej się działo, skorzystałem z usług dziewczyny. „Mario” tam nie wchodził. On przyjechał tam z Mariuszem Ś. Wiem, że „Mario” został potem uprowadzony i nie żyje. Niewiele już pamiętam, to było 15 lat temu albo dalej. Jeśli pani będzie pytać, kurcze, może sobie kurcze coś przypomnę – „Zbysio” w te słowa zwraca się do przewodniczącej składu sędziowskiego.

– Kogo pan spotkał w tej agencji? – pyta sędzia.

Spotkałem tam Leszka Z. i Mariusza S, to byli moi wspólnicy na myjni – wyjaśnia.

Leszek Z. pseudonim „Zegar” zasiada na ławie oskarżonych za przeciwpancerną szybą. Mariusz Ś. pseudonim „Bambo” jest świadkiem, był ostatnią osobą, która widziała Mirkowskiego przed porwaniem.

– Mariusz był bogaty, jego rodzice inwestowali w grunty, kupowali i sprzedawali ziemię, wynajmowali budynki. On sam zajmował się transportem – zeznaje „Zbysio”. – O jego porwaniu dowiedziałem się od policji, przyjechali do mnie na myjnię. Nie wiem, kto go porwał i czy okup został zapłacony.

W tym dniu zeznawali też bracia Jacek i Jerzy G. z Piaseczna. Oni też w feralną noc widzieli porwanego mężczyznę: – Tego wieczora wypiliśmy litr wódki i pojechaliśmy do agencji na Czereśniowej – zeznawali bracia zgodnie. – Ale zabrakło nam tam pieniędzy. Więc musieliśmy pożyczyć od znajomego. – I tu pojawia się rozbieżność, bo raz jest to „Zegar”, a za drugim razem „Zbysio”. Chociaż nie ma to większego znaczenia.

– Ten Mariusz M. też często jeździł po agencjach – wyjaśnia Jerzy G. – Słyszałem kiedyś, jak licytował się ze „Zbysiem”, który ma więcej hajsu, i opowiadał, że jego rodzice sprzedali ziemię, chyba pod Auchan, za miliony dolarów.

– Ale on nigdy nie miał ze sobą dużo pieniędzy – uzupełnia drugi z braci G. – Ale chwalił się, że jego rodzice sprzedali ziemię pod Auchan za miliony dolarów.

Mariusz S. pseudonim „Bambo” wydaje się być pewnym siebie, a kilkunastu oskarżonych za kuloodporną szybą nie robi na nim większego wrażenia. Zeznaje pewnie: – 31 marca 2004 roku, między 21.00 a 22.00, przyjechałem do Mariusza do domu i jego samochodem pojechaliśmy do Raszyna i do Józefosławia, a potem do agencji towarzyskiej w Konstancinie. Ja poszedłem tam na chwilę porozmawiać ze znajomymi, a Mariusz czekał na mnie w aucie na ulicy. Gdy wróciłem do niego, pojechaliśmy do Piaseczna, gdyż pod jego domem zostawiłem swoją skodę. Jechaliśmy w stronę Obór, gdy doszło do zatrzymania naszego samochodu przez policję, było to granatowe vento z kogutem na dachu. Wysiadł z niego mężczyzna i poprosił Mariusza o dokumenty, a po chwili powiedział, że jest on zatrzymany i musi jechać do pałacu Mostowskich. Mariusz wsiadł do tego volkswagena i odjechali. Ja zadzwoniłem na 112 i zgłosiłem, że jestem w aucie zaparkowanym w poprzek ulicy, a kierowcę zabrała policja. Po jakimś czasie przyjechała policja, robili zdjęcia, zatrzymali mnie do wyjaśnienia.

– Czy pamięta pan osobę , która was zatrzymała – pyta sędzia.

– Nie pamiętam, jak wyglądał ten „policjant”, bo było ciemno. Na pewno nie miał munduru i chyba błysnął mi odznaką.

Metoda porwania na policjanta, to typowe działanie dla gangu obcinaczy palców. Powtarzała się regularnie przy innych uprowadzeniach, choćby Eweliny Bałdygi.

Syn w kawałkach

Za uwolnienie Mariusza Mirkowskiego porywacze domagali się od jego rodziców 800 tysięcy euro. Jednak oni – ponoć za radą Krzysztofa Rutkowskiego – zapłacili jedynie 127 tysięcy dolarów oraz 10 tysięcy euro. Wówczas porywacze przysłali obcięty palec 26-latka oraz sms: „Okup w kawałkach, syn w kawałkach”. W tym momencie kontakt z porywaczami urwał się, nie czekali na resztę pieniędzy i zamordowali chłopaka. Zdaniem policjantów, fatalne negocjacje Rutkowskiego doprowadziły do tragicznego finału.

W maju 2004 roku okaleczone ciało Mariusza znaleziono w pobliżu wsi Władysławów pod Grodziskiem Mazowieckim. To miejscowość, gdzie trafiało wiele osób uprowadzonych przez gang. Bandyci zakopali zwłoki pod jednym z przydrożnych krzyży. Znalazł je pies policjanta, który akurat wybrał się tam na spacer.

Jednak nawet wówczas Krzysztof Rutkowski miał rzekomo dawać rodzinie Mariusza Mirkowskiego złudną nadzieję, że mężczyzna wciąż żyje.

W podobny sposób gang uprowadził jeszcze co najmniej kilkanaście osób.

Rodziny Mariusza, Eweliny Baldygi i Harishu Hitange, widząc bezradność policji, postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce. „Okrągły milion złotych za pomoc w ujęciu przestępców” – plakaty z taką informacją pojawiły się w całej Polsce. Widniały na nim twarze siedmiu członków gangu „obcinaczy palców”.

– To rodziny porwanych złożyły się na tę nagrodę – mówił dziennikarzom Mariusz Sokołowski, ówczesny rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji w Warszawie. Jak dodał, milion złotych to największa w historii Polski nagroda za pomoc w ujęciu przestępców.

Zmowę milczenia członków gangu udało się przełamać dopiero po latach. W październiku 2014 roku do aresztów trafiło kilkunastu gangsterów, którzy mogą mieć związek z porwaniami w latach 2003-2005. W tym z morderstwem Mariusza Mirkowskiego.

Do procesu gangu „obcinaczy palców” jeszcze wrócimy.

Janusz Szostak

 TU DO KUPIENIA KSIĄŻKA O TYM GANGU

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*