KRWAWE CURRY

Do Polski jechał, jak do ziemi obiecanej. Miejsce dla niego znalazło się jedynie za kratami. W dzień przed ubiegłoroczną Wigilią obywatel Indii Jakob K. trafił tam pod zarzutem zabójstwa dwóch osób i usiłowania zabójstwa trzeciej, takich jak on sam gastarbeiterów ze Wschodu. 12 października Sąd Okręgowy w Olsztynie skazał go za to na 14 lat więzienia.

Jakob Nelson K. 29 lat, góra metr sześćdziesiąt wzrostu, żadnego języka poza malajalam. To język jego rodzinnego stanu Kerala, gęsto zaludnionej części kraju na południowo-zachodnim końcu indyjskiego worka. Wyjątkowej też dlatego, ponieważ mieszka tam duża mniejszość chrześcijańska, katolicy rytu malabarskiego, wywodzący się ponoć od Tomasza Apostoła.

W Warszawie Jakob K. chodził do kościoła, czytał biblię, gorliwie się modli, ale jako spawacz – bo z takim fachem przyjechał na zarobek do Polski – nie sprawdził się. Podobnie zresztą było w arabskich emiratach, gdzie próbował swoich sił wcześniej.

Praca mu nie szła

 W sądzie opowiadał, że przyjechawszy do Polski raz robotę zostawił, bo liczył na lepszy zarobek, ale w kolejnej w ogóle mu nie zapłacili. Dalej szukał szczęścia w Paryżu. Skarbu nie znalazł. Już po kilku dniach spał w jakiejś opuszczonej furgonetce, żywił się w przytułku, żebrał. Ostatecznie, jakiś zajmujący się uchodźcami pastor kupił mu bilet do Polski. Jego pobyt w Europie sankcjonowała przecież polska wiza pracownicza, kończąca się zresztą w ostatnich dniach grudnia 2018 roku. Biedak miał w Indiach kredyt do spłacenia (900 tysięcy rupii) i coraz mniej czasu.

– Nikt mnie nie lubi, nikt nie chce mi pomóc, nic mi się nie udaje – stając przed Sądem Okręgowym w Olsztynie rozpaczał nad swoim losem Jakob K.

Miał dwóch tłumaczy. Studiujący w Warszawie zarządzanie Tamil z Indii, pewnie jedna z niewielu w Polsce osób rozumiejąca malajalam, tłumaczył jego słowa na angielski, a profesjonalny sądowy tłumacz na polski. Trochę to przypominało zabawę w głuchy telefon, jasne było jednak, że po powrocie do Polski pech człowieka nie opuszczał. Na początku grudnia, gdy w warszawskiej agencji dostał skierowanie do pracy w Olsztynku, już w drodze na dworzec, w tramwaju razem z kolegą wpadli w ręce stołecznych „kanarów” za jazdę bez biletu. Jakob K, był bez grosza przy duszy, karę za obu zapłacił jadący w to samo miejsce Arun T. Podobnie za bilet na pociąg do Olsztyna.

Praca w przetwórni owocowo-warzywnej w Olsztynku, jaką mu załatwiła warszawska agencja sprowadzająca cudzoziemców, była jego ostatnią szansą. Zaczął robotę, dostał lokum w czteroosobowym pokoju w jakimiś ośrodku w okolicy, ale od razu zaczęły się problemy. Jego współmieszkańcy byli Tamilami, nie dogadywał się z nimi. W dodatku po kilku dniach dowiedział się, że zwalniają go, bo za wolno pracuje. Arun T. natychmiast oczywiście kategorycznie zażądał zwrotu 200 złotych, jakie wyłożył na karę i bilety. Do tego stopnia, że nieszczęśnik musiał dzwonić do rodziców w Indiach, błagając o ratunkowy przelew.

Wygonili go na mróz

Sygnały, że może dojść do tragedii, były już w przeddzień zabójstwa. Kiedy Arun wieczorem wrócił ze swojej zmiany w przetwórni, Jacob K. wytrącił mu z ręki miskę z jedzeniem. Może dlatego, że większość naczyń i sprzętów kuchennych należała do niego i tu czuł swoją przewagę. Kucharzył nawet trochę, przyrządzając nieśmiertelny ryż z kurczakiem w curry. Także nóż należał do niego. Koledzy z pokoju zauważyli, że trzyma go z jakiegoś powodu pod poduszką. Krzyczeli na niego, żeby odłożył nóż na półkę.

Zaniepokojeni do żywego, mimo późnej pory wysłali alarmujący SMS do zatrudniającej ich agencji.

Ostatnią noc Jacob K. spędził w altanie poza budynkiem. Nie tylko z powodu noża. Miał jeszcze inną przypadłość, tak głośno chrapał, że nie dawał innym spać. Wygonili go z betami.

Tej nocy był mróz, napadało dużo śniegu. Rankiem bożonarodzeniowej już scenerii w polskich domach dzieci wieszały bombki na choinkach. Tymczasem Jakob P., nędzny przybysz w obcym pod każdym względem, choć przecież katolickim kraju, poczuł że nie ma wyjścia. Z tego co zrozumiał z telefonicznej rozmowy, jaką z agencją w Warszawie przeprowadził rano Haitham E., Egipcjanin pełniący w grupie rolę nieformalnego brygadzisty, pojął, że ma zabierać paszport i wracać do Warszawy, a potem pewnie do Indii. Wtedy wyciągnął nóż. „Ostra reakcja na stres” – tak to się nazywa w sądowej psychiatrii.

Jakob K. położył Egipcjanina jednym ciosem w pierś. Współmieszkańcowi pokoju, obywatelowi Indii Venkateshowi P., starszemu już mężczyźnie, zadał cztery ciosy. Arun T., który leżał w łóżku i spał po swojej zmianie, budząc się, nawet nie wiedział, o co jest awantura. Ledwie się zdążył zasłonić przedramieniem. Zraniony do kości nożem, zalał się krwią i omal nie zemdlał, ledwie zdołał uciec, oberwawszy jeszcze cios z tyłu. Czwarty z mieszkańców pokoju szczęśliwie wstał wcześniej i wyszedł gdzieś, bo chciał w spokoju porozmawiać przez telefon.

Idąc za opinią psychiatrów, sąd uznał, iż w chwili popełniania zabójstwa Jacob K. miał ograniczoną w stopniu znacznym poczytalność i zdolność rozpoznawania swoich czynów. On sam mówił, że mało co pamięta, tłumaczył tylko, że czuł jakby nie był sobą, okrążony i atakowany. Ostry stres, podziałał jak zapalnik bomby, Jakob K. nie jest jednak chory psychicznie, dlatego nie uniknął surowej kary. Kiedy przez mgłę podwójnego tłumaczenia dotarło do niego, że idzie na 14 lat do więzienia, zapłakał.

Jednak w prawdziwą konsternację wprawił wszystkich obecnych na sądowej sali swoim wyznaniem już po tym, jak prowadząca rozprawę sędzia ustnie uzasadniła wydany przed momentem wyrok.

– Od dziecka słyszałem, jak bardzo złym człowiekiem jest mój ojciec i że ja jestem taki sam jak on. Kiedy dorosłem, zrozumiałem, że ojciec jest zły, kiedy wpada w gniew, poza tym jest dobry. Choć nigdy nie miałem złych zamiarów, w gniewie popełniłem błąd. Wierzę jednak w Boga i wiem, że Jezus to widzi – mówił Jakob B. Mikry, w za dużym, zielonym, aresztanckim kombinezonie w grobowej ciszy skarżył się, że za kratami dalej cierpi; zarówno z powodu nieznajomości języka, jak i koloru skóry, że współwięźniowie szarpią go i opluwają, że żyje w cięższym stresie niż w chwili popełnienia zbrodni. Prosił o przydzielenie mu pojedynczej celi (siedzi w ZK Barczewo) obiecując w zamian, że jeśli ją dostanie… na piśmie zobowiąże się, iż nie popełni samobójstwa. A w ogóle to chciałby odbywać karę w Indiach. Potem odwoływał wszystko, bojąc się, że tylko pogorszy swoją sytuację. Prosił jednak o zwrócenie mu prywatnej biblii, którą stracił w chwili aresztowania. Przez sen chrapie nadal tak, że słychać go dwie cele dalej.

Wyrok w sprawie Jacoba K. nie jest prawomocny. Tysiące podobnych mu mieszkańców Indii, Bangladeszu, Nepalu ustawia się w kolejce po polskie wizy.

Stanisław Brzozowski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*