Polowanie na lubelskiego Dillingera

Podobno kilka razy dziennie zmieniał wygląd. W jednej godzinie był żebrakiem, a w następnej wytwornym dżentelmenem z Warszawy, szukającym pod Lublinem domu na letnisko. Krążyły o nim fantastyczne opowieści; mówiono, że ma w obcasach butów sprężyny, które pozwalają mu na wykonywanie kilkunastometrowych skoków.

 Józef Głowacki był w latach 30. XX wieku najgroźniejszym  lubelskim przestępcą. Ówczesna prasa nazywała go „postrachem Lubelszczyzny” i porównywała do słynnego amerykańskiego gangstera Johna Dillingera. Głowacki w pełni na to miano zasługiwał. Był sprawcą wielu napadów rabunkowych i kilku morderstw. Bez zmrużenia powieki strzelał do policjantów. Przez blisko cztery lata wymykał się obławom. W końcu jednak powinęła mu się noga. Wpadł przez kochankę.

Osiem policyjnych kul

Noc z 13 na 14 czerwca 1938 roku była duszna i gorąca. Na Placu Krawieckim w Lublinie zwietrzałe opary gotowanej kapusty mieszały się z odorem ścieków, bijącym od łąk nad Bystrzycą.  Plac Krawiecki przylegał do nie istniejącej dziś ulicy Krawieckiej, która przebiegała wzdłuż Zamku Lubelskiego i wiodła na przedmieście Kalinowszczyzna, zamieszkiwane głównie przez ludność żydowską.

Punktualnie o godzinie pierwszej na Placu Krawieckim wzbiły się tumany kurzu. Nadjechały samochody Policji Państwowej. Funkcjonariusze lubelskiego Urzędu Śledczego byli uzbrojeni w rewolwery i zaopatrzeni w pancerze, tarcze ochronne i bomby z gazem łzawiącym. Grupą dowodził komisarz Florian. Skierowali się do niedużego, odrapanego domu Frajdli Jegier pod numerem 3. Człowiek, po którego przyjechali, przebywał w mieszkaniu na pierwszym piętrze. Na znak dany przez komisarza Floriana, grupa wkroczyła tam z odbezpieczoną bronią.

Józef Głowacki leżał w łóżku z kochanką. Na widok policji sięgnął pod poduszkę po rewolwer. Ne było czasu na ostrzeżenia. Przestępca oddał kilka strzałów do policjantów. Ci odpowiedzieli ogniem. Głowacki, trafiony ośmioma kulami w szyję, piersi i w brzuch, poniósł śmierć na miejscu.

Żaden z policjantów nie odniósł obrażeń. Ciężko ranna została kochanka bandyty, Helena Krzosówna. W stanie beznadziejnym przewieziono ją do szpitala Jana Bożego, gdzie po dwóch dniach zmarła, nie odzyskawszy przytomności.

Oba ukazujące się w Lublinie dzienniki: „Głos Lubelski” i „Express Lubelski i Wołyński”, w wydaniach z 15 czerwca zamieściły obszerne relacje z policyjnej akcji na Placu Krawieckim. Wiadomość o zastrzeleniu groźnego bandyty wywołała w całym Lublinie uczucie ulgi i odprężenia. Ludzie pili za zdrowie policji i mieli nadzieję, że teraz w mieście zapanuje ład i będzie się żyło bezpieczniej. Chociaż było to tak samo prawdopodobne jak główna wygrana w popularnej lubelskiej loterii Morajnego, to niewątpliwie śmierć Głowackiego oznaczała koniec pewnej epoki.

Ułaskawiony przez prezydenta

Józef Głowacki urodził się w 1903 roku, we wsi Rudka w powiecie chełmskim. Pochodził z biednej chłopskiej rodziny. Nie miał zamiaru, jak ojciec i matka, całe życie ciężko pracować w polu.

W wieku kilkunastu lat przystał do szajki bandyckiej, która w 1923 roku napadła pod Krzesimowem na kupców żydowskich, jadących furmankami na targ do Łęcznej. Sprawców niebawem wyłapano i postawiono przed sądem. Wszystkich bez wyjątku skazano na kary śmierci przez rozstrzelanie. Niespełna 20-letni Głowacki, w przeciwieństwie do kompanów, nie stanął przed plutonem egzekucyjnym. Młodego zbira ułaskawił prezydent RP Stanisław Wojciechowski, zamieniając mu karę śmierci na dożywocie.

Głowacki trafił do więzienia o zaostrzonym rygorze w Świętym Krzyżu. Ale odsiedział tylko 8 lat. W 1931 roku, w nagrodę na dobre sprawowanie, został wypuszczony na wolność. Niestety, sąd penitencjarny (lub inna instytucja zajmująca się wówczas zwolnieniami warunkowymi) dał się nabrać na udawaną skruchę bandyty. Głowacki ani myślał stać się porządnym obywatelem. Przyjechał do Lublina, gdzie rozwinął przestępczą karierę.

Gangi Lublina

W latach 20. ubiegłego wieku wielkim mirem w lubelskim półświatku cieszył się Józef Motyka. Podobnie jak słynny Al Capone miał szramę na policzku. Razem z młodszym bratem Władysławem prowadził nielegalne interesy (przede wszystkim kradzieże i wymuszenia, nierzadko z użyciem majchra) w rejonie ulic Lubartowskiej i Ruskiej. Wprawdzie Motyka rządził jedynie częścią miasta, ale było o nim głośno w całym Lublinie.

Jednak gangsterska sława to żart. W następnej dekadzie bracia Motykowie odsiadywali długie wyroki i mało kto ich pamiętał. Podobno w więzieniu nikt się z nimi nie liczył.

W latach 30. lubelskie grupy przestępcze toczyły między sobą brutalną walkę o władzę w mieście. Starcia bandytów nie odbiegały wiele od wojny gangów w Chicago czy w Nowym Jorku. W lutym 1935 roku zasztyletowano „króla lubelskich podziemi” Ignacego Wardaka. W dwa dni później jego ludzie dokonali krwawej wendetty na zabójcy herszta.

Głowacki obracał się w otoczeniu takich osobników. Wiedział, że musi być twardy i bezlitosny, żeby utrzymać się na powierzchni. Jednocześnie znał swoje miejsce w szeregu. Póki jego pozycja w półświatku nie była mocna, nie myślał o władzy. Po osiedleniu się w Lublinie, zaczął od kradzieży mieszkaniowych. Drobny, zwinny i mierzący zaledwie 164 cm wzrostu, potrafił wślizgnąć się do miejsc, niedostępnych dla innych.

Potem wszedł w kontakt z niejakim Niedźwiedziem i we dwóch przerzucili się na napady bandyckie. Nie wahali się używać broni palnej. Nie upłynęło dużo czasu, gdy Głowacki stał się w Lublinie wrogiem publicznym nr 1.

Wróg publiczny

W przeciwieństwie do Głowackiego, jego wspólnik Niedźwiedź był człowiekiem próżnym i nieostrożnym. Lubił się chwalić. Przy wódce za dużo gadał. Pod koniec 1935 roku Urząd Śledczy w Lublinie otrzymał od jednego z tajnych informatorów wiadomość, że Niedźwiedź i Głowacki przebywają w pewnym domu przy ulicy Piaskowej, w owianej złą sławą  dzielnicy Kośminek.

Zorganizowano obławę na bandytów.  2 grudnia siedmioosobowa grupa funkcjonariuszy służby śledczej i mundurowej, pod dowództwem podkomisarza Jasińskiego, wkroczyła do meliny na Kośminku. Doszło do wymiany ognia z przestępcami. Policja zraniła śmiertelnie Niedźwiedzia natomiast Głowacki zdołał zbiec. Uciekając, ostrzeliwał się. Jedna z kul trafiła w serce starszego posterunkowego Aleksandra Tarasa, który zginął na miejscu.

Od tej pory Głowacki stał się wrogiem publicznym nr 1. Miał przeciwko sobie cały garnizon lubelskiej policji. Wydano za nim listy gończe. Wszystkie posterunki w Polsce dysponowały jego fotografią. Prowadzone były działania rozpoznawcze w terenie. Sprawdzano dworce, hotele i punkty graniczne. Ambicją kolegów Tarasa było dorwać mordercę i… niekoniecznie postawić go przed sądem.

Pościg za gangsterem ekscytował całą Polskę. Spodziewano się, że ktoś, kto z zimną krwią posłał kulę w serce stróżowi prawa, nie będzie zbyt długo cieszył się wolnością. Jednak Głowacki zdołał umknąć i na jakiś czas zapadł się pod ziemię.

 Pojawiał się i znikał

I tak było przez blisko trzy lata. Głowacki pojawiał się na scenie, żeby popełnić kolejne przestępstwo, po czym błyskawicznie znikał. Po zastrzeleniu Tarasa, starał się nie pokazywać za często w Lublinie. Dawał o sobie znać w mniejszych miejscowościach województwa. Wraz ze wspólnikami, dokonywał napadów rabunkowych na zamożnych mieszkańców i na sklepy wiejskie.

Nierzadko dochodziło do rozlewu krwi. Po napadzie we wsi Mełgiew, latem 1936 roku bandyci pokłócili się przy podziale łupów. Głowacki postrzelił z rewolweru zawodowego złodzieja, niejakiego Mazura. A potem, strzałem w skroń, go dobił. Podobno zrobił to na prośbę Mazura.

Rok później, w sierpniu 1937 roku Głowacki pojawił się w kolonii Klin pod Głuskiem. Jeden z gospodarzy go rozpoznał. Ponieważ za pomoc w ujęciu bandyty policja oferowała 200 złotych nagrody, mężczyzna wskazał miejsce jego pobytu. Zorganizowano kolejną obławę; uzbrojeni funkcjonariusze otoczyli kryjówkę, jednak Głowacki jakimś sposobem zmylił czujność policji i znowu zbiegł. W kilka dni później, 15 sierpnia, odwiedził gospodarza, który go wydał.

 – A to nagroda ode mnie – miał powiedzieć i na oczach kilkudziesięciu osób, strzałem w głowę, pozbawił go życia.

Głowacki ukrywał się, wykorzystując wrodzone zdolności do zmiany wyglądu i osobowości. Miał w swojej kolekcji szereg różnych przebrań: żebraka, robotnika, bogatego przemysłowca. Często się strzygł i farbował włosy, zapuszczał i golił zarost. Zmieniał nie tylko wygląd zewnętrzny, ale także sposób mówienia i zachowanie. Niewątpliwie był utalentowanym aktorem. Gdyby Robert de Niro żył w tamtych czasach, mógłby się sporo nauczyć od Głowackiego.

Ludzie drżeli ze strachu przed krwawym zbirem a jednocześnie go podziwiali. Opowiadali o nim niestworzone rzeczy. Mówiono, że sprawił sobie buty na sprężynach, które pozwalają mu wykonywać kilkunastometrowe skoki. Według innej legendy, dzięki paranormalnym właściwościom ciała, Głowacki miał być całkowicie odporny na kule.

Zasadzka na… policję

Głowacki najczęściej ukrywał się w Świdniku. W latach 30. była to podlubelska wieś, w której jesienią 1937 roku rozpoczęto budowę szkoły Pilotów Cywilnych Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej im. Marszałka Śmigłego-Rydza. Szkoła zaczęła funkcjonować rok później. Ale Głowacki nie interesował się lotnictwem. Miał w Świdniku kilku zaufanych gospodarzy, którym płacił za mieszkanie i wyżywienie.

Tajni policyjni informatorzy donosili, że regularnie zjawiał się również w Lublinie. Czasami chodził na wódkę do małych szynków na przedmieściach. Mimo iż przeważnie występował w przebraniu, stali bywalcy rozpoznawali go bez trudu.

Niewiele brakowało, by został schwytany kilka dni przed obławą na Placu Krawieckim. Na początku czerwca 1938 roku komendant posterunku policji w Mełgwi, przodownik Serwiński otrzymał informacje, że „postrach Lubelszczyzny” będzie na zabawie w lesie pod Krępcem. Bardzo chciał go ująć. Naprędce zorganizował obławę. Nie przyszło mu jednak do głowy, że również Głowacki ma swoich informatorów, którzy uprzedzili go o akcji. Bandyta ukrył się za drzewami z rewolwerem w dłoni i uważnie obserwował polanę, na której trwała zabawa, Gdy zobaczył, że podeszli tam policjanci, zaczął do nich strzelać.

Zranił w brzuch przodownika Serwińskiego, który w stanie ciężkim trafił do szpitala Szarytek w Lublinie. Uratowano mu życie. Natomiast Głowacki znowu uciekł. Ale już ostatni raz.

Zgubiła go kobieta

Józef Głowacki, mimo przypisywanych mu różnych fantastycznych zdolności i właściwości, był zwykłym człowiekiem, któremu nieobce są ludzkie słabości. Największą były kobiety. Konfidenci donosili, że ma w Lublinie kilka kochanek, które odwiedza i spędza z nimi noce.

Ustalono, że najnowszą „zdobyczą” Głowackiego jest Helena Krzosówna, lat 22, przystojna panna, zatrudniona jako służąca. Policja postanowiła użyć jej jako przynęty. Śledczy spotkali się z dziewczyną i postawili ją przed wyborem: albo pomoże im w ujęciu Głowackiego, albo jako współwinna ukrywania groźnego przestępcy i jego kochanka, na wiele lat pójdzie siedzieć…

Kolejnym punktem działań operacyjnych było zorganizowanie im randki w takim miejscu, żeby Głowacki tym razem nie wymknął się z zastawionej na niego pułapki. Zwykle spotykał się z Krzosówną na polach w pobliżu wsi Czechów (dziś jednej z większych lubelskich dzielnic). Ale to nie było dobre miejsce. Za duża przestrzeń, doły, zarośla – taki szczwany lis jak Głowacki mógł to wykorzystać i znowu zagrać policji na nosie.

Postanowiono zwabić go do jakiegoś mieszkania. Wywiadowcy policyjni odświeżyli znajomość z byłym złodziejem, niejakim Joskiem Jegierem, który pracował obecnie na robotach publicznych i nie prowadził już przestępczej działalności. Kontakty z półświatkiem nadal jednak utrzymywał. Policja niegdyś mu pomogła, więc teraz, rad nierad zgodził się na współpracę.

Za pośrednictwem innych przestępców zawarł znajomość z Głowackim i parokrotnie zaprosił go do mieszkania matki przy Placu Krawieckim 3. Gdy bandyta nabrał zaufania do Jegierów, do akcji wkroczyła Krzosówna. Powiedziała, że chce z nim spędzić noc. Nie w jakiejś brudnej norze, ale w porządnym łóżku na czystej pościeli.

– Znam takie miejsce – uradowany Głowacki bez namysłu połknął haczyk. Wieczorem 13 czerwca w domu Jegierów na kochanków czekało nie tylko wygodne łóżko, ale także kilka butelek wódki i półmisek apetycznych  zakąsek.

Policja spodziewała się, że zaskoczony bandyta podda się bez jednego strzału. Jednak Głowacki pierwszy otworzył ogień. Nie było więc innego wyjścia niż go unieszkodliwić. Krzosówna została śmiertelnie postrzelona przez przypadek. Po wejściu policyjnej grupy do sypialni, miała schronić się w kącie pokoju. Niewykluczone, że w ostatniej chwili, wiedziona porywem serca, zdecydowała się pozostać do końca z kochankiem…

Mariusz Gadomski

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*