OSTATNIA BITWA PROFESORA

Sprawa śmierci fizyka, Krzysztofa Osucha, wydawała się być prosta. Ot, kolejny człowiek zaatakowany przez zdziczałego psa. Wypadek, jakiś wiele. Po upływie prawie 14 lat, odnoszę wrażenie, że to jedna z najbardziej tajemniczych zbrodni w historii Warszawy. Wielość motywów, wątków, teorii tworzy szum informacyjny, który sprawcy zapewnia bezkarność.

Sprawą zainteresowałem się na prośbę Janusza Szostaka. Nigdy wcześniej nie słyszałem o takiej zbrodni. Napisałem artykuł, szkicujący z grubsza temat. Na jego końcu zawarłem informację, że ciąg dalszy opiszę w następnym numerze Reportera. Od tego czasu ukazało się wiele numerów czasopisma, a ja nie tylko nie napisałem drugiego artykułu, ale odnoszę wrażenie, że wiem o sprawie mniej niż na początku.

Współczesny alchemik

Krzysztof Osuch urodził się w Warszawie 3 grudnia 1955 roku. Umarł krótko przed 50 urodzinami. Ukończył wydział Fizyki Stosowanej Politechniki Warszawskiej. Po kilku latach uzyskał tytuł doktora. Z braku możliwości uzyskania etatu na rodzimej uczelni (eliminował go negatywny stosunek do rządzącej wtedy PZPR), naukowiec podjął pracę w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Południowej Afryki w Pretorii.

Po 15 latach od wyjazdu, profesor  Osuch podjął ponownie starania o uzyskanie etatu na Politechnice Warszawskiej. Wówczas wrócił do Polski i podjął pracę  w Instytucie Fizyki Akademii Podlaskiej w Siedlcach.

Mężczyzna zajmował się ferromagnetyzmem półprzewodników i związaną z nim spintroniką. Jest to nadal, mimo upływu prawie 14 lat od jego śmierci, bardzo nowatorska dziedzina nauki. Spin elektronu, używany jako nośnik informacji, pozwoli w przyszłości przyspieszyć obecne i zbudować niewyobrażalnie szybkie komputery kwantowe (milion razy szybsze niż oparte na krzemowych mikroprocesorach). Prace, których współautorem był Osuch, ukazywały się jeszcze dwa po jego śmierci i nadal są szeroko cytowane przez innych badaczy.

Osuch badał możliwości wynalezienia nowych materiałów, które są kluczem do spintroniki–półprzewodników mogących działać w temperaturze pokojowej (obecnie odbywa się to w bardzo niskich temperaturach). Jego badania były rodzajem współczesnej alchemii, poszukiwaniem nowego złota. Mówimy tu więc o potencjalnie ogromnych pieniądzach i wyścigu po granty, sławę, splendor i w konsekwencji nagrodę Nobla.

Naukowiec mieszkał sam w domu położonym na obrzeżach Warszawy – Kępie Zawadowskiej. Żona i dwaj synowie nadal mieszkaliw Pretorii. Planowali wizytę w Polsce na Boże Narodzenie. Krzysztof Osuch spędzał czas w pracy, na siłowni, oraz u rodziców, którzy mieszkali na niedalekich Siekierkach.

Mężczyzna miał dobre relacje z rodzicami, codziennie dzwonił do nich po powrocie do domu. Dlatego, gdy 7 listopada 2005 roku  Krzysztof nie zadzwonił, zaś jego telefon był wyłączony, ojciec pojechał do jego domu. Brama była otwarta na oścież, na podwórku stał niezamknięty opel vectra, w domu nie było żadnych śladów wskazujących, że stało się coś złego. Brakowało tylko Krzysztofa.

Gdy pan Osuch senior poszukiwał syna, półtora kilometra dalej, pracownik ochrony strzegący luksusowej willi usłyszał jęki. W rowie naprzeciwko swojej budki strażniczej znalazł mężczyznę z rozległymi ranami szyi. Ranny, którym był nie kto inny, jak profesor Krzysztof Osuch zmarł w karetce.

Śledztwo niedoskonałe

Nie do końca mogę oceniać śledztwo prowadzone w sprawie śmierci profesora Osucha. Z nieznanych powodów do dnia dzisiejszego prokuratura odmawia mi dostępu do jakichkolwiek dokumentów. Z tego co wiem, jednym z niewielu dziennikarzy, którzy widzieli akta śledztwa jest Rafał Zalewski z „Interwencji” telewizji Polsat. Dlatego poprosiłem go o wypowiedź.

Bogdan Borkowski, pełnomocnik rodziny Krzysztofa Osucha mówi wprost, że śledztwo w początkowej fazie prowadzone było bardzo nieprofesjonalnie. A jak wiemy, pierwsze godziny często są najważniejsze. Rodzice profesora używają znacznie mocniejszych słów, ale nie będę ich tu przytaczał. Fakty mówią same za siebie, pomylenie rany postrzałowej z pogryzieniem przez psa. Badanie niewłaściwych bilingów. Przypomnę, że mówimy o śledztwie w sprawie zabójstwa, czyli najcięższej zbrodni. Wydaje mi się, że nawet po latach nie da się tego racjonalnie obronić – stwierdza Zalewski

Kto wie, być może właśnie dlatego prokuratura jest tak tajemnicza.

Fakt pozostaje faktem. Przez pierwsze dni, w wyniku błędnej oceny biegłego lekarza medycyny sądowej, uważano, że profesora zagryzł pies. Co ciekawe znaleziono nawet psiego sprawcę. Dopiero sekcja zwłok doprowadziła do odnalezienia w głowie Krzysztofa Osucha kuli kalibru 5,6 mm.

W tym miejscu jak się zdaję docieramy do pierwszego kluczowego pytania w tej historii. Mianowicie, dlaczego zabójca profesora użył takiej broni? Kaliber 5,6 mm to amunicja do broni sportowej. Kula ma małą prędkość, nie jest w stanie przebić kości, ale ma też olbrzymią zaletę – strzał jest cichy. Z tego powodu takiej właśnie amunicji używają służby specjalne niektórych krajów.

Dlaczego zabójca użył tak nietypowej broni? Czy tylko taką miał pod ręką? Taki kaliber paradoksalnie zwraca na niego uwagę. Wielu moich rozmówców wskazywało, że pewne jest właściwie, że Krzysztof Osuch nie padł ofiarą zawodowych przestępców z  tzw. „miasta”. Musiał to być ktoś spoza świata przestępczego.

Z drugiej strony zabójca wiedział jak użyć sportowej broni, tak by zabić jednym strzałem. Wiedział, że musi oddać strzał od szyi w górę, tak by kula po drodze nie natknęła się na kości. Miał szczęście, czy był aż tak profesjonalny?

Raz jeszcze oddajmy głos Rafałowi Zalewskiemu, dziennikarzowi telewizji Polsat:

– Obstawiam, że broń użyta do zabójstwa, to Margolin. Broń sportowa. Była popularna wśród przestępców, bo był do niej stosunkowo łatwy dostęp. W tamtych czasach, z takich pistoletów dokonano wielu zabójstw. Wielu do dziś niewyjaśnionych. Jak chociażby zabójstwo Macieja Knittera z listopada 1995 roku. To prawda, że to broń o małej mocy, ale zabójca zakładał zapewne, że strzał padnie z bardzo bliskiej odległości. Być może nawet w samochodzie sprawcy, do którego Osuch został wciągnięty przed śmiercią. Takiej możliwości też nie można wykluczyć. Zwłaszcza, że ciało odnaleziono przecież ponad kilometr od miejsca, w którym został napadnięty. 

Jan Fabijańczyk „Majami”, stołeczny policjant, który rozpracowywał min grupę mokotowską, wskazuje na jeszcze jeden aspekt tej sprawy. A mianowicie taki, że kula w głowie profesora Osucha rozpadła się na 14 kawałków

 – No właśnie. Czyli brak możliwości dopasowania do broni. Poza tym takiej broni nie używają gangusy.- zauważa „Majami. Dopytany przeze mnie, czy można tak spreparować nabój, aby rozpadł się na kawałki, odpowiada: – Właśnie to sugerowałem. Pocisk tak skonstruowany, że po wystrzale rozpada się i nie nadaje się do badań.

Znał morderców

Mimo, że Prokuratura nie chciała udostępnić mi żadnych akt śledztwa, udało mi się odnaleźć skan jednej strony umorzenia śledztwa. Dokument ten, a raczej jego fragment, rzuca całkowicie nowe światło na zdarzenia, które doprowadziły do zabójstwa profesora Krzysztofa Osucha. Cytuję:

„Zachowania agresywne eskalowały i w związku z tym uczestnicy zajścia przesuwali się w ciągu ulicy Bruzdowej (prawdopodobnie w kierunku bramy posesji). Jak wynika z materiału dowodowego, Krzysztof Osuch nie otrzymał w bezpośredniej bliskości bramy posesji Bruzdowa najbardziej traumatycznych ran, faktycznie ujawniono obrażenia twarzoczaszki, wskazujące na stosowanie siły, w twarz i głowę. Można przyjąć, z uwagi na wzory ran, że użyto przynajmniej dwóch narzędzi (broń palna oraz nieokreślone narzędzie tępe). Obrażenia doznane przez Krzysztofa Osucha sugerują dużą dynamikę zajścia”.

Zdjęcia wykonane podczas oględzin posesji, na której zamieszkiwał profesor pokazują, że coś złego musiało przydarzyć się po jego powrocie z siłowni. Otwarta brama, oraz niezamknięty samochód pokazują, że mężczyzna wjechał na podwórko i poszedł zamknąć za sobą bramę.

– Wydaje mi się, że sprawcy na niego czekali.– wskazuje  Rafał Zalewski. –  Osuch wjechał na podwórko, a potem podszedł do bramy, żeby ją zamknąć. Zawsze tak robił. Był ostrożnym człowiekiem. Nauczyły go tego lata życia w Pretorii. W tamtym czasie, na tej ulicy było bardzo słabe oświetlenie. Zabójca z łatwością mógł obserwować go niezauważony. Potem podszedł i poprosił o ogień, albo zapytał o drogę. Niewykluczone też, że był to ktoś znajomy. Pewne jest jedno –  profesor nie spodziewał się ataku. Nie wyczuł żadnych złych intencji ze strony sprawcy. Pomimo swojej naprawdę dużej ostrożności, o której wcześniej już wspominałem. 

Co ważne, z fotografii wynika, że Krzysztof Osuch wyszedł poza bramę i przeszedł wzdłuż płotu kilka metrów. Gdyby czuł się zagrożony, uciekłby do domu, zadzwonił na policję. Dlatego jest prawdopodobne, że znał swego późniejszego zabójcę. Jak wynika z uzasadnienia umorzenia śledztwa, w tym miejscu doszło do bójki. Profesor miał na rękach rany obronne, ale też ofensywne – zadawał ciosy pięściami. Na fotografiach widać w tym miejscu ślady butów, oraz kluczyki do opla, które naukowiec zgubił. Potem, zapewne wobec przewagi ilościowej napastników zaczął uciekać. Cytuję:

„Następnie wyżej wymieniony przemieszczał się ulicą Bruzdową w kierunku ul. Metrycznej, na odcinku pomiędzy 580 metrem od miejsca znalezienia zwłok (to 350 metrów) nie stwierdzono wzorowo obecności śladów krwawych. Od 580 metra znajdowały się na podłożu ślady krwawe w odstępach (kierunek do znalezienia Krzysztofa Osucha)”.

Ślady krwi wskazują, że naukowiec przebiegł 414 metrów. Dobiegł do przystanku autobusowego Bartyki02 i pierwszych zabudowań. Był bliski ratunku. Niestety sprawcy dogonili go zapewne samochodem i w tym miejscu wciągnęli do środka. Dopiero tu nastąpił śmiertelny strzał.

Możemy rozważyć taką wersję, że Krzysztof Osuch był dość mocno pobity, ale również poturbował napastników. Fakt, że w tym momencie ścigali go i wręcz dobili przy pomocy broni palnej, może wskazywać, że było dla nich jasne, że mężczyzna ich zna i wyda ich organom ścigania. Gdyby byli dla swej ofiary anonimowi, zwyczajnie by uciekli.

I jeszcze jedna smutna konstatacja. Przez pierwsze trzy dni organy ścigania szukały psa, gdy tymczasem sprawcy leczyli rany, zapewne sprzątali bądź utylizowali samochód. Zacierali ślady kluczowe dla ich schwytania. Czas ten został bezpowrotnie stracony i być może przekreślił szanse rozwiązania zagadki tej zbrodni.

„Jak wynika z treści opinii Zakładu Psychologii Klinicznej i Neuropsychologii UMCS przedstawione dane o zajściu i zdjęcia ofiary zarówno z miejsca oględzin jak i sekcji uprawniają do stwierdzenia, że ofiara po zadaniu ran w głowę (będących rodzajem urazów czaszkowo mózgowych) nie mogła samodzielnie przemieszczać się i stać na nogach. Stwierdzić można prawie jednoznacznie, że ofiara zaraz po postrzale w  głowę nie mogła prawidłowo samodzielnie się poruszać, być może jednak nie jest wykluczone odruchowe czołganie się w nieznanym kierunku przez kilka metrów i na pewno nie była w stanie idąc na nogach przebyć znacznej odległości”.

Z powyższego cytatu wynika jednoznacznie, że miejsce znalezienia zwłok Krzysztofa Osucha jest tylko miejscem podrzucenia ich przez zabójców. Mężczyzna nie dotarł w to miejsce sam. Cały dramat rozegrał się gdzie indziej, najprawdopodobniej w samochodzie.

Jaki motyw zbrodni?

Często jest tak, że w sprawach zabójstw nie jest znany motyw. Nie ma sensownego wyjaśnienia. W sprawie zabójstwa profesora Krzysztofa Osucha możemy wskazać kilka możliwych motywów, co czyni sprawę niezmiernie trudną do rozwiązania. Przedstawmy je i po krótce przeanalizujmy:

Wersja 1 – rabunek:

Do tej wersji przychyla się dziennikarz śledczy, Rafał Zalewski:

 – Być może cała sytuacja miała być jedynie rabunkowym napadem, a broń miała posłużyć jedynie do zastraszenia profesora. Może sprawca wcale nie zamierzał jej użyć. Nie spodziewał się, że profesor podejmie walkę. Naukowiec rzadko przecież kojarzy się z kimś, kto potrafi stawić czynny opór napastnikowi. Sprawca nie  wiedział o tym, że Krzysztof Osuch od wielu lat trenuje karate. I że Pretoria pozbawiał go strachu do pospolitych przestępców. W tym momencie sytuacja wymknęła się spod kontroli. Sprawca był więc amatorem, który nie poradził sobie z tym, co stało się później.

Z drugiej strony mężczyzna miał przy sobie karty kredytowe, portfel, zegarek, kluczyki do samochodu. Sprawca zabrał jednak tylko jego telefon. Zapewne w celu zabezpieczenia swoich interesów – by profesor nie zadzwonił po pomoc, albo nie ujawnił tożsamości napastnika.

Wersja 2 – próba uprowadzenia:

Tę wersję ja sam długo uważałem za prawdopodobną. Ktoś kto chciał zabić profesora zrobiłby to od razu przy bramie. Tymczasem sprawcy chcieli naukowca żywego. W tym czasie w Warszawie i okolicach działał już gang, który uprowadzał zamożne osoby i by wymusić okup, obcinał im palce. Dlatego o opinię zwróciłem się do Jana Fabijańczyka, który posiada dużą wiedzę na temat grupy mokotowskiej,

– Mokotowscy nie działali w ten sposób. Na pewno dobiliby Osucha. Poza tym nie ten kaliber broni – uciął moje spekulacje „Majami”.

Wersja 3 – sprawy związane z pracą profesora:

Tej wersji nie umiem jak dotąd potwierdzić, ani odrzucić. Jak już pisałem spintronika to ogromne pieniądze na badania, to wyścig naukowców o splendor i nagrody. Jest teoretycznie możliwe, że Krzysztof Osuch padł ofiarą, bądź któregoś kolegi z uczelni, bądź jakiejś obcej służby lub wywiadowni gospodarczej. Badałem ten wątek i mam swoje przemyślenia na ten temat.  Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się jeszcze zgłębić ten wątek i napisać na ten temat artykuł.

Wersja 4 – zemsta na rodzicach profesora:

Ojciec Krzysztofa Osucha jakiś czas przed śmiercią mężczyzny uniemożliwił innym osobom przejęcie dużej posesji metodą znaną z afery reprywatyzacyjnej – poprzez podstawienie fikcyjnego spadkobiercy. Wartość posesji liczona była w milionach złotych. Mogło to być powodem dokonania zemsty. Wątek ten badałem w swym dziennikarskim śledztwie.

Jeden z moich rozmówców jako możliwego zleceniodawcę wskazał Janusza G. „Grafa”. Mężczyzna ten w 2005 roku działał na styku grupy pruszkowskiej i legalnego biznesu. Zasłynął udziałem w zleceniu zabójstwa maklera giełdowego Piotra Głowali w 2004 roku. Potem ukrywał się w RPA, z którego ostatecznie został odesłany w kajdankach. Inny zleceniodawca tamtej zbrodni – Janusz Lazarowicz – nadal przebywa w Republice Południowej Afryki i skutecznie unika sądu.

Zwróciłem się z pytaniem do bliskiego w tym czasie współpracownika Janusza G., a potem świadka koronnego, czyli Romana Olszewskiego ‘Sproketa”. Wyszedłem z założenie, że gdyby Janusz G. „Graf” miałby coś wspólnego z zabójstwem Krzysztofa Osucha, to  być może  „Sproket” wiedziałby coś na ten temat.

– Zupełnie nie znam tematu. Nigdy nie słyszałem o takiej zbrodni – odpowiedział mężczyzna.

– Ta wersja jest tak samo możliwa, jak każda inna. – wskazuje Rafał Zalewski –  Jak chociażby ta, która mówi o tym, że profesor padł ofiarą służb któregoś z zagranicznych wywiadów, a powodem jego śmierci były badania, które wcześniej prowadził. Szczerze mówiąc, nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Wydaje mi się, że w tego typu sprawach właściwe rozwiązania, to najczęściej te najprostsze. Najbliżej mi więc do wersji nieudanego rabunku. Fakt, że nie zabrano portfela można wyjaśnić tym, że sprawca spanikował. Ktoś go spłoszył, albo nie wytrzymał napięcia i spłoszył się sam. Amatorszczyzna z jaką działał rzuca się tu w oczy na każdym kroku. To, że nie schwytano go do tej pory świadczy tylko i wyłącznie o tym, jak wiele ma szczęścia. Ale i ono kiedyś się skończy.

Ja sam myślę, że zabójca profesora kryje się w jego bliskim otoczeniu. I kryje się dobrze, mimo że śledczy dysponują DNA zabójcy. Dotąd nie znalazł się w kręgu podejrzeń. Być może nie żyje, albo nie przebywa na terenie Polski.

Co ważne, uważam, że sprawców było kilku. Jedna osoba nie dałaby rady wciągnąć do samochodu silnego, wysportowanego i znającego karate Osucha. A mimo to osoby te milczą.

Wszystko to wskazuje, że tak naprawdę nie znamy motywu zabójstwa profesora. Nie potrafimy właściwie wytypować kręgu sprawców. Jednocześnie mam nadzieję, że to się zmieni. Że złamiemy zmowę milczenia. Może ktoś z czytelników niniejszego artykułu przypomni sobie coś, co pozwoli nam zrobić krok do przodu.

Tak czy inaczej, do sprawy zabójstwa Krzysztofa Osucha na pewno wrócę na łamach Reportera.

Bartłomiej Mostek

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*