SPRAWA IWONY WIECZOREK: Policyjny analityk ujawnia zaniedbania w śledztwie

 Publikujemy fragment książki Janusza Szostaka „Co się stało z Iwoną Wieczorek”.

KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

 Rozmowa z Markiem Siewertem, byłym analitykiem Komendy Głównej Policji, który pracował nad sprawą Iwony Wieczorek

Ma pan na koncie wiele głośnych spraw związanych z zabójstwami. Większość z nich udało się rozwiązać.

Kilka tych spraw rzeczywiście w życiu zrobiłem. I do tej pory się jakoś nie myliłem. Między innymi była to sprawa zabójstwa w 2000 roku czterech bezdomnych w Warszawie na Koziej Górce czy zabójstwo w 2001 roku czwórki pracowników filii Kredyt Banku przy ulicy Żelaznej w Warszawie. Wie pan, jak się ze mnie wyśmiewali przy Kredyt Banku. To nigdy by nie wyszło. Gdy powiedziałem, że dokonała tego grupa ochroniarska, kazano mi ‒ podobnie jak z Iwoną Wieczorek ‒ szybko zamknąć sprawę. Już miałem to kończyć, ale akurat dokumenty wzięli badacze pisma świętego, jak to mówimy o ludziach z Komendy Głównej. Pojechałem tam wtedy, by tę sprawę odebrać, i dostałem reprymendę od tego, który to sprawdzał, że niby nie mam racji. Ponieważ tym ochroniarzom siedem osób daje alibi. Ja na to: „Panie, jak im tyle osób daje alibi, to nic nie znaczy”. On wpadł w jakąś paranoję i mówi, że mam to zakończyć. Tak by pewnie się stało, ale tego samego dnia miałem zaplanowane spotkanie ze świadkiem. Mówię: „Przesłuchamy jeszcze tę osobę i zamykamy sprawę”. Był to krewny jednego z tych ochroniarzy, i ten krewny przyznał się, że palił ubrania i zacierał ślady. Dzięki ostatniej z wezwanych osób udało się wyjaśnić zbrodnię w Kredyt Banku.

Zajmował się pan także sprawą zabójstwa generała Marka Papały. Przypomnijmy krótko pańską rolę w tej sprawie.

Byłem osobą wiodącą, która pisała analizę tej sprawy, dwukrotnie zresztą. Za pierwszym razem zostałem wykpiony. W 2002 roku doszło wręcz do awantury podczas spotkania, na którym omawialiśmy naszą pracę. Bo analizę pisaliśmy we trzech. Zostaliśmy wręcz wyśmiani, że tworzymy niewiarygodną historię, która nijak ma się do rzeczywistości, bo przecież generała Papałę zabiły służby specjalne. Wszyscy się śmiali z trzech młodych policjantów, którzy rzekomo napisali głupoty. Nasi przełożeni wykreowali własną analizę i mieliśmy się pod nią podpisać. Ja tego nie zrobiłem. Powiedziałem, że napiszę odrębną. Stwierdziłem, że wnioski zawarte w ich analizie są mało wiarygodne. Czułem się wtedy niechciany, jakby mi mówili, abym się nie ośmieszał. Mimo że prokuratura nakazała wtedy, by policja wykonała czynności, które zaleciłem, nadzorujący tę sprawę prokurator Jerzy Mierzewski wydał polecenie, że nie wolno wykonywać żadnych moich zaleceń.

Jaka była pańska wersja tej zbrodni?

Moim zdaniem doszło do niej w wyniku kradzieży samochodu przez złodzieja, który zrobił wszystkich w konia i stał się świadkiem koronnym. Do czego ten niezbyt drogi samochód był mu potrzebny – to zupełnie inna para kaloszy. Faktem jest, że generała – moim zdaniem – zabił Igor Ł., pseudonim „Patyk”. Czy umyślnie, czy nie, w każdym razie to on jest winny. Zapewne zrobił to przypadkowo.

Sprawa zabójstwa generała Papały odbiła się na pańskiej karierze.

Tak naprawdę zniszczyłem sobie wtedy karierę policyjną. Jednak w 2008 roku po raz drugi zaproszono mnie do współpracy przy sprawie Papały, żeby jeszcze raz ją przeanalizować. Materiał był wówczas o wiele obszerniejszy. Wtedy, gdy napisaliśmy tę analizę, w sumie dwie – procesową i operacyjną – dopiero włożyłem kij w mrowisko. Do tego stopnia, że musiałem przejść na emeryturę. Czułem, że kariery w policji raczej już nie zrobię. Dopiero za trzecim razem, gdy Marek Dyjasz zaprosił mnie do siebie i powiedział: „Spróbuj jeszcze raz”, dostałem wolną rękę. Przy sprawie Papały Dyjasz zalecił, bym działał podobnie jak przy sprawie Kredyt Banku. No i po trzech miesiącach naszej pracy doszło do realizacji. Człowiek, który został świadkiem koronnym, powiedział, że gdyby go o to zapytano wcześniej, toby się przyznał do zbrodni.

O kim pan mówi?

Osobą tą był kolega „Patyka”, który wraz z nim był obecny na miejscu zabójstwa Papały – wtedy, gdy „Patyk” i „Majek” podchodzili do samochodu generała. To Robert P., który został świadkiem koronnym i zeznał na „Patyka”.

Inną głośną sprawą, którą pan się zajmował, i która od lat wywołuje wiele emocji, jest zaginięcie Iwony Wieczorek. Jak to się stało, że zaangażował się pan w wyjaśnianie tej zagadki?

W 2011 roku Marek Dyjasz, ówczesny dyrektor Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji, wydał mi polecenie, bym pojechał do Gdańska i zrobił analizę tej sprawy. Miałem jej się przyjrzeć i zainteresować tym, co już zrobiono. Na zasadzie pomocy funkcjonariuszom gdańskiej policji. Pojechałem tam wraz z kolegą z Biura Wywiadu Kryminalnego, który miał mi pomagać. Na początku zszokowało nas to, że zamiast szumnej grupy, która miała pracować przy Iwonie, sprawą zajmował się tylko jeden policjant. Co prawda miał on dużo siły i chęci, jednak sam niewiele mógł zdziałać. Przeczytaliśmy akta tej sprawy – część na miejscu, a część przesłano nam do Komendy Głównej.

Na co zwracał pan uwagę podczas lektury akt i badania materiału dowodowego?

Zabójstwa wykrywa się na zasadzie szukania szczegółów i eliminowania nieistotnych rzeczy. Jakby układało się puzzle. Dopasowujemy jeden element do drugiego. Z tym, że jeżeli jeden z puzzli nie zgadza się z drugim, to nie można go docinać, upychać na siłę. Bo jeśli tak zrobimy, nie da się rozwiązać sprawy.

Kto na początku był głównym podejrzanym?

W pierwszej wersji jej kolega Paweł P., z którym tej nocy poszła na dyskotekę w Sopocie. On niby chciał z nią być, ale z drugiej nie chciał. Interesował się wieloma kobietami, a Iwona była na zasadzie: uda się, to się uda, a jeśli nie, to nie. Podejrzewaliśmy tego mężczyznę, ale w ramach eliminacji faktów i ich analizy, między innymi sprawdzania billingów i temu podobnych działań, wyszło nam, że nie mógł tego zrobić. Nie tylko dlatego, że babcia z dziadkiem dawali mu alibi. Wykazała to analiza billingów dwóch telefonów komórkowych, które w owym czasie posiadał. W tej chwili nie potrafię tego panu przedstawić graficznie, bo to trzeba zobaczyć. Zresztą zakładaliśmy też, że osoba, która miałaby dokonać zabójstwa, nie wiedziała, jak Iwona może się zachować. Po kłótni wyszła z dyskoteki, ale nikt nie wiedział, jak zareaguje, co zrobi dalej. Mogła wyjść, oburzyć się i wrócić. Mogła też wyjść, spotkać kogoś znajomego i razem z nim pójść na piechotę. Albo jakąś okazją pojechać do domu. Mogła również skorzystać ze środków komunikacji miejskiej i wtedy ewentualny sprawca, który zamierzał zrobić jej krzywdę, nie miałby możliwości tego dokonać. Gdyby Paweł P. chciał to zrobić, nie mógł przewidzieć, jak postąpi Iwona. Gdzie i z kim będzie, że cały czas będzie szła na piechotę.

Nie dzwonił do niej, nie było połączeń?

To, że odbierał te telefony i na nie reagował, nie jest niczym nadzwyczajnym. Każdy z nas postąpiłby tak samo. Jeżeli leżę w domu na łóżku i dostaję od dziewczyny esemesa: „Zadzwoń, zadzwoń”, to ‒ mimo że jestem na nią obrażony ‒ i tak oddzwonię. Ale ona już wtedy nie odbierała.

Wytypował pan innego potencjalnego sprawcę z kręgu jej bliskich znajomych.

Dlaczego tak uparłem się w tych analizach na jej byłego chłopaka? Dlatego, że analizując zeznania jego i jego kolegów, znalazłem sporo sprzeczności. Podobnie jak w zeznaniach Katarzyny P. – koleżanki Iwony Wieczorek, która w środowisku uchodziła za pępek świata, łączyła praktycznie każdego z każdym. Przykładowo: idziemy ulicą, spotykamy kogoś, a Kasia mówi: „O, to jest mój przyjaciel”. Czyli była to osoba, która wszystkich zapoznawała. Mnie się wydawało, że cała ta sprawa ma źródło w wydarzeniach, do których doszło tydzień wcześniej – że właśnie tu tkwi cały sens. Również w weekend, po tej samej trasie, po takiej samej imprezie w Sopocie Iwona Wieczorek wraca z Kasią P. przez park Reagana. Wtedy dochodzi tam do awantury między jakimiś osobnikami. Iwona ich znała. Wtrąciła się w całą tę sytuację i przy okazji dostała po buzi, została pobita. Po tym zdarzeniu dzwoniła do różnych osób, część z nich była obecna tydzień później na ognisku urodzinowym w parku. Jedną z osób, do których zadzwoniła o godzinie 5.00, był Patryk G., jej kuzyn i były chłopak. Poskarżyła się, że została pobita przez jego kolegów. Ona mówi: „Pobili mnie twoi koledzy”. No to Patryk oczywiście ją ochrzania: „Po co się szlajasz po nocy?!”. Przy całej sytuacji obecna jest Kasia P., którą – pomimo moich zaleceń – przesłuchano dopiero po sześciu latach. Oczywiście na samym początku zostaje jakoś rozliczona, ale akurat nie na okoliczność, w jaki sposób doszło do pobicia. Czy to było pobicie? O co poszło i kto tam był? Po sześciu latach od zdarzenia twierdziła, że nic nie wie, nic nie pamięta.

Co wspólnego może to mieć ze zniknięciem Iwony?

Tydzień po pobiciu Iwona idzie tą samą drogą, tylko że sama – i nagle znika. Patryk G. zeznał, że w tym czasie siedział z dwoma kolegami gdzieś tam w głębi, w jednej z alejek parku na wprost Biedronki, czyli niedaleko swojego bloku. Rzekomo byli tam do godziny pierwszej. Potem się rozeszli. Tylko że w kolejnych zeznaniach pojawiają się inne elementy: „Siedzieliśmy w kilkunastu. Nie wiem, ilu nas było. Piliśmy, paliliśmy”. Zeznania się mieszają. Jednak ‒ jak okazało się w śledztwie ‒ telefon Patryka G. loguje się o godzinie pierwszej, drugiej, trzeciej, a nawet 3.37! Na różnych przekaźnikach w okolicach Sopotu oraz Gdańska. Z tym, że logowania pomiędzy przekaźnikami wskazywały jednoznacznie, iż nie mogli się przemieszczać na piechotę – przecież w ciągu trzech minut nikt nie zrobi w ten sposób czterech czy pięciu kilometrów. Ktoś powie, że zasada jest taka, że gdy jeden przekaźnik jest zajęty, sygnał łapie inny. Ale to był ranek, przekaźnik nie mógł być obciążony.

Jaki motyw miałby Patryk, by zabijać swoją byłą dziewczynę?

Wróćmy na moment na dyskotekę w sopockim Dream Clubie. Dlaczego Iwona Wieczorek była tej nocy zdenerwowana? Przecież na początku, na tych działkach, nieźle się bawiła. A potem w nocy – jak wszyscy mówili – złapała ją jakaś złość. O 1.02 dostała esemesa od Magdaleny T. Koleżanka napisała, że Patryk G. bawi się z jakimiś dziewczynami w Banana Beach na plaży w Jelitkowie. Ta wiadomość bardzo zdenerwowała Iwonę. Mimo ciągłych kłótni i rozstań tworzyli z Patrykiem parę, która w jakiś tam sposób jednak się kochała. Iwona była o niego bardzo zazdrosna, był dla niej kimś więcej niż chłopakiem. To jednak trochę chory związek, bo przecież byli kuzynami. W Dream Clubie Iwona tak naprawdę nie bawiła się z Pawłem zbyt dobrze. Zwłaszcza że spotkał on na dyskotece swoją przyjaciółkę Anię, która chyba bardziej mu się podobała. Iwona słabo czuła się w tej sytuacji. Była poirytowana. Postanawia po prostu iść na piechotę. Przy pierwszym wyjściu z lokalu jakoś się opanowała, natomiast przy drugim – postanawia już odejść definitywnie. Mając nadzieję, że po drodze spotka Patryka czy kogokolwiek znajomego. Liczyła pewnie na to, że pójdzie na ognisko, na które została zaproszona.

No i teraz następuje zderzenie różnego rodzaju sytuacji. Ona idzie o godzinie 3.00. Zaś Patryk po godzinie 3.00 pojawia się na przekaźnikach, nie śpi w domu. Na początku bardzo temu zaprzeczał, ale po którymś przesłuchaniu już mówi: „Rzeczywiście, złapał mnie pan na kłamstwie. Tak, nie poszedłem spać o godzinie pierwszej”. Jeden z jego kolegów miał samochód i jeździli nim. Musiał mieć coś do ukrycia.

Teraz taka mała dygresja: obserwując Pawła P. w czasie przesłuchania, wyczułem u niego duży luz. Taki, że trzeba mu było zwracać uwagę, by zachowywał się stosownie, bo jest w Komendzie Wojewódzkiej Policji. Natomiast Patryk w czasie przesłuchania był bardzo spięty. Jakby się czegoś bał.

Może miał coś innego, drobnego na sumieniu i obawiał się, że przy okazji przesłuchania to wyjdzie?

Nie wiem, ale myślę, że w tych okolicznościach nie miałoby to większego znaczenia. Dziwne, że dzień po zaginięciu Iwony Patryk wyjeżdża rzekomo z kolegami do Chałup. Jak się okazuje, jednak tam nie wyjechał. Wiemy, że jego połączenia nie logują się z Chałup. Cała sytuacja jest mało klarowna. Zauważyłem, że żaden z wątków rozpoczętych przez prowadzących sprawę, nie został zakończony. To błąd. Według mojej oceny wszystko wskazuje na Patryka, ale mogę się mylić. Uważam, że zaginięcie Iwony – jak już podkreślałem – ma związek ze zdarzeniem sprzed tygodnia. Że spotkała być może tę samą grupę kolegów Patryka.

Ale gdzie tu jest motyw? On ją kochał i miałby zabić?

Zajmowałem się sprawami, gdy ludzie bardzo się kochali, a jedno drugiego zadźgało nożem. Zatem nie ma żadnego znaczenia, czy Patryk ją kochał, czy też nie. Tu nie chodziło o motyw bezpośredni – że Patryk postanowił zabić Iwonę. Uważam, że było to zupełnie przypadkowe zdarzenie, które komuś wymknęło się spod kontroli. Być może ktoś uderzył ją zbyt mocno. Potem trzeba było rozwiązać problem, ukryć ciało.

Nie mógł tego zrobić przypadkowy przechodzień, facet z ręcznikiem, śmieciarz czy ktokolwiek inny?

To nieprawdopodobne. Na zabezpieczonym monitoringu widać, że Iwona na pewno nie szła nabrzeżem sama. Przemieszcza się tam wiele osób z psami, na rowerach, biegających, na spacerze, wracających z imprez. Ludzie siedzą na ławkach, jedzie ta nieszczęsna śmieciarka. Na ulicy Jana Pawła II jest tak samo – przemieszcza się tam masa ludzi. Gdyby ktoś zrobił Iwonie krzywdę, nie ma siły, by inni tego nie zauważyli. Jeśli czytał pan akta, to na pewno zauważył moją analizę z rozpiską wszystkich osób uchwyconych przez kamerę. Za Iwoną i przed nią szło tyle ludzi, że nie ma możliwości, by tam coś jej się stało i nikt tego nie zauważył. Proszę sobie wyobrazić, że Iwona Wieczorek idzie, trzyma torebkę, buty oraz telefon komórkowy i ktoś ją napada. Kobieta broni się, rzuca te rzeczy na ziemię. Sprawca ją dusi na oczach ludzi, ciągnie do lasu, a potem wraca na ścieżkę i zbiera to wszystko? No nie. To nie mogło być miejsce zbrodni.

Czemu zatem poszukiwany jest mężczyzna z ręcznikiem?

Gdyż mógł być świadkiem czegoś, co może przybliżyć śledczych do rozwiązania sprawy. Ale nie on jest zabójcą. Tak na marginesie: to nie ręcznik go wyróżnia. On ma charakterystyczny tatuaż – i właśnie to go wyróżnia, tłumaczyłem to policjantom z Gdańska. Ten mężczyzna nie ma nic do rzeczy, była tam masa innych ludzi. Każdemu można by przypisać zbrodnię, tyle że nie było to miejsce zbrodni.

Wobec tego, gdzie mogło dojść do zbrodni?

Przypomnę, że parę minut później na bulwarze pojawia się radiowóz i jego załoga też nic nie widziała. Wniosek jest prosty: Iwona Wieczorek musiała wejść w alejki prostopadłe do morza. Szła przez park Reagana i tam kogoś spotkała, wsiadła do czyjegoś samochodu ‒ tyle. Jednak też nie możemy mówić, że było tak na pewno. Dlatego że kamera przy Bacówce wyłapała ją tylko przypadkiem. Bowiem ta kamera, jak i inne w tym rejonie, chodziła w tak zwanym automacie. Gdyby kamera była w tym czasie odwrócona, nikt nawet by nie wiedział, że Iwona tamtędy przechodziła. Tak samo mogło być w innych miejscach.

Zatem według pana mordercą Iwony jest ktoś znajomy? Ktoś, do czyjego samochodu wsiadła?

Nie jestem wyrocznią, ale wydaje mi się, że wersja Patryka G. nie została wyjaśniona do końca. Po pierwsze, dlaczego kłamał na początku śledztwa?

Obawiam się, że po tylu latach trudno będzie wyjaśnić niektóre wątpliwości.

To, że minęło tyle czasu, wcale nie działa na niekorzyść organów ścigania. Wręcz przeciwnie. Wiele osób, z tych młodych, poukładało już sobie życie. Mają żony, mężów, a niektórzy dzieci. Właśnie teraz można z nimi rozmawiać w stylu: „Masz więcej do stracenia niż wtedy, gdy byłeś młody”. Należałoby przesłuchać Kasię P., która nie pamięta, o co poszło tydzień przed zaginięciem Iwony. Według mnie takich rzeczy nie zapomina się nigdy. Ona nie pamięta, kto w tym czasie tam był, którzy koledzy Patryka? Pamięta, i niech powie, o co poszło, dlaczego Iwona została pobita. Dlatego uważam, że trzeba na nowo z nimi rozmawiać.

Przesłuchiwano ich przecież już po kilka razy.

Ale jak to robiono! Gdy w 2012 roku pojechałem do Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, spotkała mnie nieprzyjemna sytuacja. Uczestniczyłem tam w rozmowach. Niektóre rzeczy były bardzo istotne, mimo że dotyczyły sfery intymnej. Niektóre osoby sugerowały, że może Iwona poszła z jakimś chłopakiem na seks. No to ja wtedy mówiłem, że z informacji, jakie udało się zgromadzić, wynikało, iż ona miała w tym czasie okres, więc jak mogło to być możliwe? Po drugie dziewczyna szła sześć kilometrów na bosaka, była trochę pijana, zmęczona i brudna. I ona miała z kimś pójść na seks? Raczej nie. Ale załóżmy, że tak było. Zatem zapytałem jej najbliższą przyjaciółkę, czy wie coś na ten temat. A ta po prostu robi się czerwona, zaczyna się denerwować i wpada w panikę. W tym momencie policjant, który uczestniczy w przesłuchaniu, mówi do mnie: „Proszę pana, ja nie wiem, jakie są metody przesłuchiwania w Komendzie Głównej, ale pan w tej chwili zdenerwował mi świadka”. Taki tekst do osoby, która przyjechała mu pomóc, jest nie na miejscu. Odpowiedziałem, żeby sam dokończył to przesłuchanie. Dla mnie odpowiedź na to pytanie byłaby bardzo istotna, bowiem eliminowałaby pewne założenie. Takie podejście policjantów z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku do nas powodowało, że jeździliśmy tam z dużą niechęcią. Nie wiem, z czego to wynikało ‒ może próbowali pokazać, że świetnie radzą sobie sami. Wynik, niestety, jest mizerny. Minęło tyle lat i nie podołali tej niezbyt trudnej sprawie.

Wiem, że wskazał pan gdańskim policjantom na konieczność ponownego przesłuchania znajomych Iwony, jej chłopaka oraz jego kolegów. Jednak to zadanie niezbyt się powiodło.

Gdy doszło do realizacji, trwało Euro 2012, i akurat w Gdańsku odbywały się mecze piłkarskie. Mówiłem im: „Nie róbcie w tym czasie realizacji tej sprawy, bo zabraknie wam sił i środków”. Ale ciśnienie – chyba komendanta wojewódzkiego – było takie, żeby to zrobić. No i okazało się, że gdy dochodziło do realizacji, brakowało policjantów, bo wszyscy byli zajęci zabezpieczaniem Euro. Wiadomo, że jeżeli są jakiekolwiek wątpliwości, że coś może się nie udać, to na pewno się nie uda. Takiej sprawy nie można traktować byle jak, na szybko. Moim zdaniem jedyną osobą, której tak naprawdę zależało na wykryciu sprawcy, była Ewa Pachura, ówczesna naczelniczka dochodzeniówki Komendy Wojewódzkiej w Gdańsku. Ale sama nie mogła nic zrobić, bo była tylko naczelnikiem. Ponadto nie powołano tam jako takiej grupy śledczej z prawdziwego zdarzenia. Sprawę prowadził jeden policjant ‒ to wszystko.

Nie chcę, by ktoś uznał, że się wymądrzam. Uważam jednak, że sprawa Patryka G. nie została wyjaśniona, jak trzeba. On oraz jego kolega Paweł J. zostali przesłuchani byle jak. Napisałem dla Gdańska plany, jak należy ich przesłuchiwać. Na przykład: jeżeli zadasz pytanie o treści takiej a takiej i uzyskasz taką odpowiedź, to na tej zasadzie musisz wiedzieć, jakie pytanie zadać następnie. Takie pisałem im plany. Nie wiem, czy chcieli być mądrzejsi, czy po prostu zabrakło im czasu i chęci.

Myśli pan, że ktoś mógł mataczyć, celowo ingerować w pracę policji? Odebranie panu tej sprawy może wywoływać takie skojarzenia.

Źle się stało, że zabroniono mi dokończenia tej sprawy. Moja trzymiesięczna praca nad kompleksową analizą poszła na marne. Zawierała wykresy graficzne i uzasadnienia, wnioski, zalecenia oraz plan czynności. Wszystko po prostu zostało zaniechane, dlatego że dostałem takie polecenie. Szczęściem było to, że zadbałem, by w przyszłości ktoś mi nie powiedział: „Dlaczego tę sprawę zarzuciłeś? Nie dopełniłeś obowiązków”. Napisałem więc raport w tej sprawie, skarżąc się oraz pytając, dlaczego odsunięto mnie od działań. Wielokrotnie też  w Biurze Kryminalnym, podczas odpraw, przy wielu policjantach, pytałem swoich przełożonych, czy mogę pojechać do Gdańska i nadal  pomagać w tej sprawie. Gdyż wcześniej Marek Dyjasz wydał mi takie polecenie. Pytałem, czy nadal jest aktualne. Odpowiedzieli mi, że mam się tą sprawą już nie zajmować, bo ‒ jak to mówili – Gdańsk sam sobie z tym poradzi i, żebyśmy się dobrze zrozumieli, jest to polecenie służbowe. Zapytałem zatem, co mam zrobić z dokumentami, które wytworzyłem w ciągu trzech miesięcy pracy. Usłyszałem, że mam je zniszczyć: „I na tym kończymy pańską pracę”. Takie miałem polecenie i musiałem je wykonać. Po tym oczywiście napisałem raport, na co oni odpowiedzieli, że jak śmiałem coś takiego napisać! Przysłali więc policjanta z Gdańska, któremu musiałem przekazać informacje na temat sprawy Iwony. Oświadczyłem mu, że to, co wiem, mają już w Gdańsku, gdyż wielokrotnie im o tym pisałem w różnego rodzaju opracowaniach i analizach. Pięć czy dziesięć minut rozmowy to za mało, bym opowiedział, co wiem na ten temat. A to, co napisałem ‒ niestety ‒ poszło już do kosza, zostało zmielone.

Dlaczego tak się stało, jak pan myśli?

Odsunięto mnie od pracy nad sprawą Iwony Wieczorek z uwagi na to, iż ówczesny naczelnik i jego zastępczyni nie znali tej sprawy. Nie mieli o niej pojęcia. W tym czasie dbali o swoje kariery, o utrzymanie się na stanowiskach. Gdy informowałem ich, że w zakresie obowiązków – kompetencji Wydziału Kryminalnego KGP ‒ jest nadzorowanie i koordynowanie tego typu spraw, usłyszałem od nich, że jest to ostatnie ostrzeżenie i mam się tą sprawą już nie zajmować. Nie wiem, o co chodziło, ale byli na tyle nieroztropni, że wydali mi to polecenie w obecności innych policjantów. Chyba nie zdawali sobie sprawy, iż w przyszłości ktoś może ich zapytać, dlaczego tak postąpili. Wydaje mi się, że byli zbyt młodzi na piastowanie tych stanowisk, ponieważ policyjny wyga nigdy by nie wydał takiego polecenia. Ewentualnie wydałby je, uzasadniając powód. Moi nowi przełożeni nawet nie zapytali, na jakim etapie jest sprawa Iwony. Zero zainteresowania! Od 2011 do 2015 roku – w czasie, gdy dyrektorem Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji był inspektor Marek Dyjasz, a potem inspektor Marek Ślizak – sprawa 19-latki nabierała rozpędu. Gdy zamieniono dyrektorów znających temat na innych, a co za tym idzie naczelników, zaginięcie dziewczyny nie było już w ich zainteresowaniu.

Czy jest jeszcze nadzieja na rozwiązanie tej sprawy?

Oczywiście. Jeśli ułoży się kilka najbardziej prawdopodobnych wersji zdarzeń i spośród nich będziemy eliminować i zamykać kolejne wersje, to kiedyś nadejdzie taki piękny dzień, gdy zostanie tylko jedna, ta właściwa. Ale to się nie uda, jeżeli prowadzimy sprawę chaotycznie – tu trochę się dziobnie, tam trochę dziobnie. Gdy łapie się wszystkie sroki na raz za ogon, to nic z tego nie będzie. Trzeba ustalić konkretnie, że za zabójstwem Iwony Wieczorek mogą stać ten, ten i ten, bo to i to. Lecieć z tym koksem, podzielić na pięć czy siedem wersji i szukać właściwej. Ludzie, stwórzcie grupę operacyjną dochodzeniowo-śledczą. Stwórzcie najbardziej prawdopodobne wersje. Eliminować je, opracowywać, spotykać się, omawiać, zakończyć tę sprawę i zapomnieć o niej. I zabrać się za kolejną. Bo w przeciwnym razie będzie to trwało jeszcze długo. Ktoś kiedyś powiedział takie mądre słowa: „Gdy odrzucisz to, co niemożliwe, wszystko pozostałe, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą”. Tę sprawę należy prowadzić na zasadzie odrzucania sprzeczności. Przykładowo: Paweł P. – zrobił, nie zrobił. Sprawdziliśmy to i to. Jest czysty, kończymy ten wątek. Dalej ‒ pan z ręcznikiem. Sprawdzamy gościa. Zrobił to czy nie? Nie mógł tego zrobić, odrzucamy. I tak dalej, i tak dalej. W końcu zostanie jeden właściwy trop. Choćby matka Iwony mówiła: „To nie Patryk, on tego nie zrobił”, jeżeli zostanie tylko on, musi być tą osobą.

Według pana kluczem do zbrodni, jeśli nie zabójcą, jest Patryk i jego koledzy?

Powtarzam: należy się cofnąć do wydarzeń, które miały miejsce tydzień przed zaginięciem Iwony – gdy została pobita. W związku z tym pytania są proste: o co wtedy poszło? Kto tam był? Z kim był Patryk? Jakim samochodem jeździli jego koledzy?

Patryk zaprzeczał, że bawił się w Banana Beach. Jego koledzy powiedzieli, że pojechał z nimi do domu. Później się przyznał, bo gdy mu pokazano wykaz esemesów, nie mógł już kłamać. Jednak nikt go nie zapytał, gdzie tak naprawdę był rano 17 lipca 2010 roku. Nie poszedł wtedy do domu. Są zabezpieczone dokumenty z przekaźników i billingi. Nie wiem, czy Gdańsk to opracował. Dałem im całą dokumentację, mieli położyć wisienkę na torcie. Tak naprawdę Patryk zaczął się interesować zaginięciem Iwony dopiero dwa dni później.

W tym czasie zajmował się ukryciem jej ciała?

Spójrzmy, Iwona wraca do domu. Patryk siedzi w aucie z kolegami. Ona wsiada do niego, rozmawiają. Być może doszło tam do kłótni, ktoś kogoś zbyt mocno uderzył i musieli ją gdzieś ukryć. Trzeba się zastanowić, gdzie mogli to zrobić. Park Reagana od razu odrzucam. Chociaż są tam jakieś studzienki – może tam mogli ją schować? Próbuję do tego dojść na wiele sposobów. Należy pamiętać, że Patryk i jego koledzy to młodzi ludzie. Temat trzeba potraktować bardziej psychologicznie. Oni nie są wyrachowanymi zabójcami, nie myślą o wyszukanych metodach ukrycia zwłok, tylko chcą je zakopać i zapomnieć. Wydaje mi się, że Iwona została stamtąd wywieziona. Patryk ciągle zaprzeczał, że jeździł samochodem. Potem okazało się, że kłamał.

Nawet gdyby Patryk miał coś wspólnego z zaginięciem Iwony, to się do tego nie przyzna.

Jak już mówiłem: wtedy ci ludzie mieli po 20 lat, teraz około trzydziestki. Założyli rodziny, mają więc sporo do stracenia. Może wiedzą, co się stało, ale nie uczestniczyli w tym. Nie można tego zostawić, tak jak jest. Przesłuchiwano tych ludzi, a oni nie odpowiadali na pytania. To wyglądało tak: „Pani Kasiu, pani wtedy tam szła i co się stało?”. „Nie pamiętam”. Na tym protokół przesłuchania zakończono. No, ludzie, co to ma być?! A przecież Kasia w tym krytycznym momencie tydzień przed zaginięciem też była na dyskotece z Iwoną, wracały razem. Zapytajmy Kasię, co wie na ten temat. O co poszło wtedy w parku, kto tam był i co się wydarzyło.

Przy sprawie Papały założyłem pewną rzecz: jeśli dokonała tego grupa osób, to zawsze ktoś się wyłamie. W otoczeniu Patryka trzeba więc poszukać najsłabszego ogniwa. Jeśli sprawa nie wyjdzie, przynajmniej zamkniemy jeden z wątków.

Wróciłby pan jeszcze do tej sprawy?

Raczej nie. Teraz mam niezłą robotę, dobrze mi płacą. Poza tym wiadomo, że mną nie można sterować, mam swoje zdanie i go bronię. Bo analizę każdy powinien pisać tak, jak to czuje i widzi ‒ w oparciu o fakty, a nie jak mu każe przełożony (…).

rozmawiał Janusz Szostak

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*