W sidłach psychopaty

Publikujemy fragment książki Janusza Szostaka „Urwane ślady”.

KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

Zniknięcie Marzeny Cichockiej z Sochaczewa to jedna z wielu nierozwiązanych zagadek końca lat 90. minionego wieku. Kobieta prawdopodobnie nie żyje. Zaś śledczy od początku mają wytypowanego mordercę. Problem w tym, że nie sposób mu cokolwiek udowodnić. Mimo że kilkakrotnie zeznawał na temat tej zbrodni i wskazywał miejsce ukrycia ciała. Była to jednak tylko jego gra. Mężczyzna ten wielokrotnie kontaktował się także ze mną.
Zaginionej sochaczewianki szukali: policja, Krzysztof Rutkowski, Krzysztof Jackowski, Michał Fajbusiewicz, Fundacja Itaka i wiele innych osób. Bez najmniejszego efektu.
– To zniknięcie od początku wiązałem z osobami z kręgu znajomych dziewczyny. Wsiadła do auta z kimś, komu ufała. I to był jej błąd – twierdzi Rutkowski.
Sprawdziłem, jak było naprawdę. 28 maja 1999 roku 22-letnia Marzena Cichocka po pracy wybierała się ze swoim chłopakiem Arkadiuszem na dyskotekę. Jednak nie wróciła do domu.
Marzena była zatrudniona w żyrardowskiej fabryce telewizorów Thomson. Po skończonej zmianie jej kolega z pracy Tomasz M. zaproponował, że odwiezie ją do domu. Podobnie jak Marzena mieszkał w Sochaczewie. Dziewczyna znała go z pracy, więc przystała na propozycję. Chciała być wcześniej w domu, by przygotować się do wyjścia na dyskotekę.
Jednak do domu nigdy już nie wróciła. Wiadomo, że wsiadła do samochodu Tomasza M. Co się z nią działo dalej – wie zapewne tylko on. Ale jego relacja wydaje się mało wiarygodna, tym bardziej że wielokrotnie ją zmieniał.
Według Tomasza M. wraz z nim i Marzeną był tego wieczoru jej chłopak Arkadiusz. W trójkę podjechali pod market Społem na ulicy Pokoju w Sochaczewie. Jak twierdzi Tomasz M., tam po raz ostatni widział dziewczynę żywą. W czasie przesłuchania zeznał, że po Marzenę i Arkadiusza przyjechał ciemnym audi niejaki „Pele” – doskonale znany w sochaczewskim półświatku.
– Arek powiedział, że pojedzie z nim i Marzeną i wrócą za 30-40 minut. Ale przyjechali późno w nocy, a ja czekałem cały czas w samochodzie pod sklepem. Wyszedł tylko Arkadiusz. Opowiadał mi, jak się z nią zabawili, jak do dzioba brała. Gdy go zapytałem, gdzie teraz jest Marzena, powiedział, że wpierdolili ją do jakiegoś rowu w lesie. Gdy stwierdziłem, że mu nie wierzę, zaproponował: „To chodź, pojedziemy tam, pokażę ci, gdzie ją zostawiliśmy”. Pojechaliśmy do lasu w Młodzieszynie. Ona leżała nago w dole, a obok niej ubranie. Widziałem to wszystko w światłach samochodu. Arek wszedł do dołu i powiedział: „Kurwa, ona nie żyje!”. Zaraz zadzwonił po „Pelego”, a ten przyjechał mercedesem ojca. Z bagażnika wyjął szpadle i we dwóch ją zasypywali. Nie mogłem na to patrzeć i poszedłem na drogę. Potem razem wróciliśmy do Sochaczewa. Po drodze Arkadiusz wyrzucił z samochodu torebkę Marzeny.
Mężczyzna bardzo szczegółowo opisał przebieg zdarzenia oraz wymienił także innych uczestników: osoby z sochaczewskiego półświatka. I to właśnie im przypisał zbrodnię.
– Bałem się ich zemsty, dlatego wcześniej o tym nie mówiłem. Oni są niebezpieczni, każdy w Sochaczewie o tym wie. Wiedzieli nawet, kiedy będę wzywany na policję, uprzedzali mnie o tym i pouczali, jak mam zeznawać – wyznał i stwierdził, że teraz ruszyło go sumienie.
Trudno w to uwierzyć, gdyż w międzyczasie dzwonił do matki zaginionej dziewczyny z propozycją, by mu dała 5 tysięcy złotych za wyjawienie, gdzie znajduje się ciało jej córki. Zdaniem Tomasza M. do spotkania z matką Marzeny miało dojść pod Kauflandem w Sochaczewie, jednak to nie nastąpiło – kobieta nie chciała przyjechać tam sama, a bandyci nie wyrazili zgody, by ktokolwiek jej towarzyszył. Tak przynajmniej utrzymuje mężczyzna, który jako ostatni był widziany z zaginioną dziewczyną.
Według mojej wiedzy w zabójstwie Marzeny wcale nie uczestniczyli „Pele”, Arkadiusz i inne osoby wymienione przez Tomasza M. Sprawdzała to także policja. Natomiast wiele wskazuje na to, że on sam zajął się dziewczyną. Do dziś jednak nie ustalono, co naprawdę wydarzyło się 28 maja 1999 roku.
– Tego wieczoru Tomasz M. został zatrzymany do kontroli dokumentów na jednej ze stacji paliw – mówi mi były sochaczewski policjant Ireneusz Kisiołek, który wówczas zajmował się tą sprawą. – Nie było z nim jednak Marzeny. Chyba że leżała już w bagażniku. Ale tego nikt nie sprawdzał, była to rutynowa kontrola dokumentów – dodaje.
Jak się okazuje, mężczyzna oskarżył potem kontrolującego go policjanta o przyjęcie łapówki. Funkcjonariusz miał z tego powodu sporo problemów. Bo Tomasz M. potrafi być przekonujący. Świadczy o tym choćby fakt, iż zadzwonił z Zakładu Karnego w Sztumie do Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców i przedstawiając się jako policjant, zdobył dane adresowe i inne jednej z funkcjonariuszek więziennych, która akurat wpadła mu w oko.
Tomasz M. przez wiele lat przebywał w zakładach karnych. Siedział za inne czyny. Nikt nie udowodnił mu zabójstwa Marzeny.
– Może byśmy go dopadli, ale w tamtym czasie były inne priorytety. Kazali nam ścigać gangusów z „Pruszkowa” i „Ożarowa” i ta sprawa zeszła na dalszy plan – zdradza mi jeden z byłych sochaczewskich policjantów.
Tomasz M. był ostatnio skazany za okradzenie nauczycielki, którą poznał w czasie odsiadywania wcześniejszego wyroku. Po wyjściu na wolność odwiedził kobietę i nawiązał z nią romans. Po czym okradł ją i zniknął. Nie było to jednak jego najgorsze przestępcze dokonanie. Na początku lat 90. XX wieku dopuścił się brutalnego usiłowania zabójstwa nastolatki. Działo się to nieopodal jej domu w Sochaczewie.
Dziewczynę – notabene sąsiadkę Tomasza M. – znaleziono zakrwawioną w sadzie. Miała liczne obrażenia wewnętrzne oraz wiele rozległych urazów głowy, w tym pociętą ostrym narzędziem twarz. Prawdopodobnie mogła być również ofiarą czynności seksualnych. Na szczęście zdołano ją uratować. Jednak musiała przejść potem kilka skomplikowanych operacji plastycznych twarzy, którą potwornie zmasakrował jej oprawca.

Tomasz – jako nieletni – trafił wówczas do izby dziecka, gdzie też długo nie zabawił. Na wolności znalazł się już po kilku miesiącach. Jak to możliwe? Ponoć jakoś załatwiła mu to jego matka. Wkrótce nastoletni bandyta ponownie dał o sobie znać. Tym razem brutalnie pobił starszą, samotnie mieszkającą kobietę. Ta napaść miała też podtekst seksualny.
– To psychopata, który czerpie satysfakcję z zadawania innym cierpienia, górowania nad nimi – mówi jeden z jego sąsiadów. – Ale zawsze schodził z drogi silniejszym od siebie. Tu, gdzie mieszkał, traktowany jest jak popychadło, wszyscy śmieli się z niego. I on to pewnie odreagowuje na swoich ofiarach.
Zdaniem śledczych, którzy zajmują się sprawą zaginięcia Marzeny Cichockiej, wiele wskazuje na to, że została zamordowana właśnie przez tego człowieka. Brakuje jednak dowodów, a mężczyzna jest wyjątkowo przebiegły i tworzy kolejne wersje zdarzenia. Przypisuje zbrodnię coraz to innym osobom oraz wskazuje nowe miejsca ukrycia ciała.
W 2011 roku zeznał, że zwłoki zostały zakopane w lesie w Mistrzewicach, nieopodal żwirowisk, gdzie obecnie jest zbiornik wodny. 15 września 2011 roku bandyta został przywieziony z kieleckiego zakładu karnego do Mistrzewic. Tu odbyła się wizja lokalna, w trakcie której pokazał policjantom, gdzie ukryto ciało Marzeny. Ponoć tuż przy leśnej drodze.
– Był tam zapadnięty piasek, taka duża wyrwa, jakby lej. Wrzucili ją do tego dołu i obsunęli piach, zwaliła się na nią jego cała masa – relacjonował.
We wskazanym miejscu szukano zwłok 16 września 2011 roku. Wykopano tam dół o rozmiarach 5 na 5 metrów i głęboki na 2 metry. Znaleziono jedynie bluzkę i rajstopy. Nie wiadomo jednak, do kogo należały. Po ciele nie było śladu. Gdy byłem tam następnego dnia, dół już zasypano. Jak powiedziała mi wówczas Justyna Błaszczyk z biura prasowego Świętokrzyskiej Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach:
– Czynności poszukiwawcze prowadzono w ramach Archiwum X, czyli spraw niewyjaśnionych.
Innym razem Tomasz M. zeznał, że ciało Marzeny zostało zakopane w pobliżu Domu Pomocy Społecznej w Młodzieszynie. To także teren zalesiony. 27 maja 2014 roku szukano tam jej zwłok z użyciem georadaru. Również bezskutecznie.
W obu przypadkach mężczyzna miał być mimowolnym świadkiem zakopywania dziewczyny w lesie.
Tomasz M. znany jest z wyjątkowej skłonności do konfabulacji. Wiele o tym wiedzą śledczy, a także personel kolejnych aresztów i zakładów karnych, do których trafia. Niejednokrotnie zgłaszał się do śledczych, rodzin ofiar, a także i do mnie z rewelacjami w głośnych sprawach kryminalnych, m.in. Krzysztofa Olewnika, Iwony Wieczorek czy Jarosława Ziętary. Przy zabójstwie tego ostatniego rzekomo miał być obecny.
– On jakby szukał rozgłosu, sławy. Ale ma też w tym jakieś swoje kalkulacje – ocenia pułkownik Jan Morozowski, dyrektor Zakładu Karnego w Sztumie, gdzie przez pewien czas przebywał Tomasz M.
Ich sprawstwem zwykle obciążał znanych miejscowych przestępców. Sam był jedynie biernym świadkiem. Relacjonował między innymi zabójstwo i zakopanie ciała nastoletniej uciekinierki z placówki wychowawczej w Kielcach. Dziewczyna miała być wcześniej przetrzymywana i wykorzystywana w agencji towarzyskiej w Skierniewicach.
Jak już wspominałem, Tomasz M. przez wiele miesięcy kontaktował się także ze mną. Praktycznie co tydzień telefonował z więzienia, pisał listy. Kilka razy mieliśmy się spotkać, lecz on jakby obawiał się mojej wizyty.
Tak pisał o tym w jednym z listów i jednocześnie mnie ostrzegał:
„Nie będę pisał szczegółów, ale proszę mi wierzyć, że gdybym spotkał się z Panem tu, w zakładzie, to byłbym skończony”.
Kilka tygodni później nagrał się na sekretarkę redakcyjną. Płacząc, żegnał się ze mną.
Wkrótce kontakt z nim urwał się całkowicie, pewnie wyczuł moje intencje. W ostatnim liście zwrócił się do mnie ze swoistymi prośbami:
„Z racji tego, czym się Pan zajmuje, pewnie ma Pan kontakt z policją w Sochaczewie. Więc mam do Pana prośbę. Otóż oni zapewne są święcie przekonani, że wszystko o mnie wiedzą. Niech ich Pan nie wyprowadza z błędu. Niech myślą sobie tak dalej. (…) Jeśli Pan będzie wobec mnie w porządku, to ja odwdzięczę się tym samym. Mam na myśli, aby Pan o mnie nie pisał. Poniosłem już w życiu karę za swe czyny i rozgłos medialny nie jest mi potrzebny. Mogę Panu obiecać, że nie straci Pan na tym” – zapewnia, nie informując jednak, co się stanie, gdy nie usłucham jego próśb.
Bandyta komunikował się nie tylko ze mną. Zza więziennych murów regularnie groził pewnej młodej kobiecie spod Sochaczewa i jej dziecku. Twierdził, że po wyjściu na wolność zabije oboje. Te pogróżki wydają się realne, gdyż – jak się nieoficjalnie dowiedziałem – będąc na wolności, wywoził tę kobietę do lasu. Tam nagą przywiązywał do drzewa, torturował i gwałcił.
Tymczasem w sierpniu 2016 roku pozyskałem informacje, które mogły pomóc wyjaśnić, gdzie zostało pogrzebane ciało Marzeny Cichockiej. W pewnym sensie przyczynił się do tego sam Tomasz M. Ale nie jest to żadne z miejsc, które wcześniej wskazywał policji.
Janusz Szostak podczas poszukiwania zwłok Marzeny Cichockiej w 2016 roku
24 sierpnia 2016 roku Fundacja Na Tropie rozpoczęła w tym rejonie poszukiwania. Informacje o naszych działaniach przekazaliśmy śledczym z Komendy Powiatowej Policji w Sochaczewie. Akcję jednak prowadziliśmy sami. Na skraju Puszczy Kampinoskiej – na obrzeżach Sochaczewa – ustaliliśmy miejsce, gdzie prawdopodobnie ukryto ciało kobiety. Prowadzone wykopaliska musieliśmy jednak przerwać po dwóch dniach z przyczyn od nas niezależnych. Gdyż pojawił się tam niespodziewanie  mężczyzna, który twierdził, że  działka należy do niego. Co nie było prawdą. Był on jednak bardzo napastliwy.  Na miejsce poszukiwań wróciliśmy z policjantami, wznawiając pracę przy użyciu koparki. W wytypowanym miejscu niczego jednak nie znaleźliśmy. Zaś obszar do przekopania jest zbyt duży, by tą metodą udało się go dokładnie sprawdzić.
Według mnie rejon, w którym szukaliśmy, kryje zwłoki Marzeny. Mogą być tam również ciała jeszcze sześciu, siedmiu innych osób, które zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Jak ustaliliśmy, prawdopodobnie zakopano na tym terenie między innymi młode kobiety pochodzące z byłego ZSRR, a także nastoletnie uciekinierki z różnych stron Polski. O niektórych z tych zbrodni Tomasz M. opowiadał śledczym, zmieniając nieco fakty i miejsca ukrycia zwłok. Relacjonował jednak w taki sposób, jakby był uczestnikiem zbrodni.
Oto jedna z takich historii.
Ta dziewczyna mogła mieć najwyżej 15 lat. Szczupła, delikatna, o dziecięcym wyrazie twarzy. Jeszcze dziecko. Była otumaniona, jakby pod wpływem narkotyków lub czegoś innego. Uciekła z ośrodka wychowawczego w Kielcach i trafiła w ręce sochaczewskich przestępców. Za schronienie i wyżywienie miała świadczyć usługi seksualne w burdelu.
– To był 1999 rok pojechałem wtedy do Skierniewic z Krzysztofem K. i „Pelem”, który miał tam jakieś udziały w agencji towarzyskiej – opowiadał M. – Był też z nami Arkadiusz R., na którego mówili „Augusto”.
Tomasz M. przyznaje, że ową agencję w Skierniewicach odwiedzał często i czuł się tam niczym u siebie w domu:
– Tam nie było stałej załogi dziewczyn. Dziwki, które tam pracowały, to były głównie dziewczyny na ucieczkach z ośrodków wychowawczych. Takie 15-, 16-letnie gówniary. Za schronienie i wyżywienie świadczyły tam usługi seksualne. I ten biznes dzięki temu się kręcił, ale rotacja była duża. Jedne się pojawiały, inne gdzieś znikały. Wtedy też było tam kilka dziewczyn. Nie pamiętam ich imion, bo one i tak je zmyślały.
Jak mówi, balety w agencji trwały cztery dni i trzy noce. A towarzystwo cały czas było mocno pijane. W czasie tej imprezy M. podsłuchał rzekomo taką rozmowę:
– Wywieziemy ją do Niemiec i weźmiemy za nią pieniądze – miał mówić „Augusto” do Krzysztofa K.
– Co ty! Zajebiemy ją po prostu i tyle – odpowiedział ten drugi. – Nie będziemy się z nią nigdzie bujać, to ryzykowne.
Tomasz M. twierdzi, że na początku nie wiedział, o co chodzi:
– Wszyscy byliśmy pijani i byłem pewien, że oni tak po pijanemu bredzą. Z tego towarzystwa ja byłem chyba najtrzeźwiejszy. Potem się domyśliłem, o co chodzi. Gdyż nieco wcześniej, ale już w trakcie tej imprezy, „Pele” przywiózł jakąś nieletnią Karolinę z Kielc. Pojechał po nią gdzieś swoim białym oplem vectrą.
Jak relacjonuje Tomasz M. wszyscy pili na parterze domu, w którym działała agencja.
– W pewnym momencie poszedłem do ubikacji na górę, był tam też „Augusto”. Poprosiłem, aby pokazał mi tę małolatkę, co ją „Pele” przywiózł. Byłem po prostu ciekaw, jak wygląda. On bez słowa otworzył kluczem drzwi jednego z pokoi. Zobaczyłem dziewczynę, według mnie mogła mieć najwyżej 15 lat. Utkwiło mi w pamięci, że była otumaniona, jakby pod wpływem narkotyków lub czegoś innego. Nie odzywała się, nie pamiętam, czy zareagowała na otworzenie drzwi. To właśnie ją chcieli sprzedać lub zajebać. Widziałem ją tylko przez chwilę, nie wchodziłem do środka. W tej agencji byłem już wiele razy i dobrze pamiętam ten pokój.
Po chwili obaj z „Augusto” zeszli na dół, aby dalej imprezować. W tym czasie nie było już rozmów o dziewczynie.
– Poza tym urwał mi się film i zasnąłem. Obudziłem się następnego dnia koło południa. Rozejrzałem się po domu, wypiłem piwo, ale nie było tam ani właściciela, ani moich kumpli. Zapytałem jednej z dziwek, gdzie oni są. A ona na to, że gdzieś pojechali. To wypiłem jeszcze kilka piw i też się zabrałem do domu. Potem zadzwonił do mnie „Augusto” i zapytał, czy może do mnie przyjechać. Gdy przyjechał, rozmawialiśmy o imprezie w Skierniewicach. W trakcie tej rozmowy zapytałem o tę dziewczynę z agencji, kto to jest i co się z nią dzieje.
– Ona miała być wywieziona do Niemiec i sprzedana, ale się popierdoliło z nią i została zajebana – odpowiedział spokojnie „Augusto”.
Tomasz M. twierdzi, że nie uwierzył.
– Wyśmiałem go, że zmyśla. Wtedy on powiedział, że pokaże mi miejsce, gdzie ją zakopali. Nie wierzyłem mu, ale zgodziłem się z nim tam pojechać.
Według słów mężczyzny udali się na teren toru motocrossowego w Sochaczewie. Tam zostawili samochód i poszli w stronę przystani na Bzurze.
– Przeszliśmy kilkaset metrów, zaprowadził mnie w zarośla nad brzegiem Bzury. Była tam świeżo rozkopana ziemia, dostrzegłem, że wystaje z niej stopa w bucie. Byłem przerażony tym, co zobaczyłem. Dotarło do mnie, że miało miejsce morderstwo i mogłem być w nie zamieszany. Miałem już przed oczami pobliski Zakład Karny w Łowiczu. „Augusto” był mocno zdenerwowany i mówił, że trzeba to poprawić, lepiej zakopać ciało. Usiłował ukryć wystającą z ziemi nogę. Potem odwiózł mnie do domu. Po drodze zapytałem go, kto zabił dziewczynę. Odpowiedział, abym się w to nie wpierdalał. Potem jeszcze „Pele” i Krzysiek K. dali mi do zrozumienia, że gdy będę się za bardzo interesował tą dziewczyną, skończę tak jak ona. Wiedziałem, że nie rzucają słów na wiatr.
Tyle opowiedział o rzekomym morderstwie w agencji towarzyskiej. Zdarzenie to miało mieć miejsce w 1999 roku. W tym samym czasie zniknęła sochaczewianka Marzena Cichocka.
Opowieść o zabójstwie 15-latki z Kielc nie jedyna taką historią. Rzecz w tym, że niektóre z tych zdarzeń rzeczywiście mogły mieć miejsce. Do dziś jednak nie odnaleziono ciał zaginionych osób ani też nie wskazano sprawców zbrodni. Czy może stać za nimi Tomasz M.? Na razie brak na to twardych dowodów.
Pokazałem  zdjęcie tego mężczyzny Markowi Szwedowskiemu. Jasnowidz nie miał wątpliwości, kogo przedstawia fotografia.
– To psychopata, wariat, chce być zauważony, potrzebny, przez to prowadzi perfidną grę. Chce być nieuchwytny, a zarazem medialny. Myślę, że zabił, ma to wypisane w oczach. Moim zdaniem jest to przykład psychopatycznego mordercy. Zabił nie dlatego, że musiał, lecz chciał – jego to cieszy. Myślę, że przyjdzie taki moment, że się wyłoży, pęknie. On tę dziewczynę zamordował, wywiózł ją do lasu, być może tam, gdzie poszukujecie. Widzę brzozy, jakieś doły, wzniesienia terenu. Zakopał ją tam, ale niezbyt głęboko. On chce, by ją znaleźć, ale żeby nie było do końca na niego. Tam wokół jest jeszcze kilka ciał – dodaje Szwedowski, jakby na potwierdzenie moich wcześniejszych przypuszczeń.
Pewnego dnia zatelefonowała do mnie kobieta, która przedstawiała się jako adwokatka. Chciała porozmawiać o Tomaszu M. Pomyślałem wówczas, że ów osobnik wynajął prawnika do walki ze mną. Okazało się jednak, że pani mecenas to kolejna ofiara psychopaty z Sochaczewa:
– On niemal całkowicie rozbił moje życie – mówiła kobieta. – Nie wiem, jak to robi, ale zdobywa zza krat o mnie i moich bliskich różne informacje i szantażuje nas nimi. Wysyła do sądów skargi na mnie, chociaż nigdy go nie spotkałam.
Jak się okazało, Tomasz M. znał bardzo intymne sprawy z życia prawniczki, na przykład to, że w tym czasie związała się z żonatym mężczyzną. Jej prześladowca potrafił wykorzystać wiedzę na ten temat. Kobieta, mimo że ma wykształcenie prawnicze i doświadczenie w kontaktach z przestępcami, długo nie mogła poradzić sobie z prześladowcą.
– W końcu wpadłam na pewien pomysł – wyznała mi kobieta. – Jako adwokat miałam różnych klientów, także takich, którzy siedzieli z nim w jednym więzieniu. I to oni mi pomogli. Ktoś poszedł do niego i powiedział, że jeśli się nie uspokoi, jego matka może mieć kłopoty. Bardzo się tego wystraszył i zaprzestał nękania mnie.
Matka jest jedyną kobietą, którą Tomasz szanuje i o którą się martwi. Zdaniem sąsiadów łączy ich dziwna relacja.
– To chyba coś więcej niż miłość matczyna… – zastanawia się jeden z moich rozmówców.
Pod koniec kwietnia 2019 roku zatelefonowało do mnie matka Tomasza M.
– Czy może pan przestać pisać o moim  synu niszczyć życie naszej rodziny? – zapytała wprost.
– Nie sądzi pani, że to on niszczy życie, nie tylko wasze?
– Wyciąga pan sprawy, za które on już odpowiadał karnie, odcierpiał swoje.
– Nie za wszystkie. Pora by powiedział co naprawdę stało się z Marzena.
– Niech pan da mu wreszcie spokój – usłyszałem podniesiony głos kobiety, która wierzy, że jej syn jest ofiarą ludzkich pomówień i oszczerstw.
Czy Tomasz M. może mieć na sumieniu wiele ofiar? Ta historia nieco przypomina seryjne morderstwa kobiet w meksykańskim mieście Ciudad Juárez. Czy miejsce, w którym szukam Marzeny Cichockiej, może się okazać polskim Ciudad Juárez?
Tego nie wiem. Wiem natomiast, że Tomasz M. jest wyjątkowo niebezpiecznym i przebiegłym osobnikiem, zwłaszcza dla słabszych od siebie, dla kobiet.
Tomasz M. za kratami przesiedział prawie połowę swego życia. W grudniu 2018 roku opuścił więzienne mury. Na mieszkanki Sochaczewa padł strach. Wówczas na portalach społecznościowych pojawiały się wpisy przestraszonych kobiet, że mężczyzna krąży po Sochaczewie, jakby wyszukiwał ofiary. Miał również obnażyć się w jednym ze sklepów. Wystawał w samochodzie pod sochaczewskimi szkołami, wyraźnie polując na ofiary.
Jednak nie nacieszył się wolnością zbyt długo. Za kraty wrócił już 10 kwietnia 2019 roku. Tym razem zatrzymano go w Lubaniu na Dolnym Śląsku.
– Lubańscy policjanci udaremnili próbę oszustwa i 10 kwietnia zatrzymali na stacji paliw 44-letniego Tomasza M. – mówi mi starszy aspirant Justyna Bujakiewicz-Rodzeń z Komendy Powiatowej Policji w Lubaniu. – Mieszkaniec Sochaczewa trafił na trzy miesiące do aresztu. Na podstawie zebranego przez funkcjonariuszy materiału dowodowego mężczyzna usłyszał zarzut usiłowania oszustwa oraz zmuszania pokrzywdzonego do określonego zachowania. 44-latek dopuścił się tego w warunkach recydywy. Może mu teraz grozić kara nawet do 10 lat pozbawienia wolności.
Na czym polegało to oszustwo? Tomasz M. skontaktował się z rodziną przedsiębiorcy z Lubania i twierdził, że zna osoby, które chcą porwać jego 29-letnią córkę. Rodzina N. z Lubania posiada sieć sklepów i hurtownię spożywczą. W 2018 roku kilkakrotnie próbowano zastraszyć rodzinę przedsiębiorcy, a jego majątek spalić. Dom i firmę obrzucono koktajlami Mołotowa. Zapewne Tomasz M. słyszał w więzieniu o zastraszaniu rodziny N. i po wyjściu na wolność próbował wykorzystać te informacje. Z telefonu swojej matki zadzwonił do Ryszarda N. z Lubania.
– Nie podobają mi się pewne rzeczy. Postanowiłem do pana zadzwonić i ostrzec. Nie ma ludzi, których nie da się porwać. To kwestia czasu. Dla jednego trzeba poświęcić miesiąc, dla drugiego pół roku. Kojarzy pan sprawę Olewnika? To wszystko w temacie – mówił Tomasz M. i zapewniał, że jest w stanie nakłonić porywaczy, by zrezygnowali ze swoich planów: – Jest pewien sposób, by tę sprawę załatwić. Można zrobić tak, żeby goście się obsrali i zrezygnują z zamiaru zrobienia tego, co zamierzają.
Sposobem na kidnaperów były – oczywiście – pieniądze, które Tomasz M. miał otrzymać za pomoc w powstrzymaniu porywaczy. 44-latek twierdził, że potrzebuje ich dla chorego dziecka.
Kilka godzin przed spotkaniem z bandytą Ryszard N. zawiadomił prokuraturę i policję. Przygotowano zasadzkę, w którą wpadł sochaczewianin. Podstawą do tymczasowego aresztowania stały się nagrania rozmów telefonicznych.
– Ten typ zawsze stwarzał i będzie stwarzać zagrożenie. On ma całkowicie zryty mózg, to psychopata – oceniał w styczniu 2019 roku w rozmowie ze mną jeden z sochaczewskich policjantów. – To tylko kwestia czasu, gdy znowu kogoś zaatakuje.
Na szczęście przez kilka najbliższych lat zapewne nie będzie miał ku temu okazji.
Janusz Szostak
 
Niektóre pseudonimy zostały zmienione.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*