ROK Z PEDOFILEM

 Zanim Artur B. zaczął molestować 10-letnią Zuzię uwiódł i zapłodnił jej 15-letnia ciocię. Nastolatka była siostrą narzeczonej mężczyzny.  Jednak widocznie siostry mu nie wystarczały, gdyż wyciągnął ręce po dziecko. Kilka razy dziennie, każdego dnia,  przez ponad rok molestował dziewczynkę. Nikt z domowników ponoć tego nie dostrzegał.

Mężczyzna miał kiedyś inne nazwisko. Jednak 4 listopada 2008 roku kierownik Urzędu Stanu Cywilnego we Wrocławiu zmienił mu z pierwszą literę nazwiska –   z P. na B. Co  znamienne B. posługiwał się również nazwiskami: N. i S. Nie miał rodziny. Był bez wykształcenia, imał się różnych zajęć. Był natomiast karany sądownie. Mówił, że trafił również na leczenie psychiatryczne.

W 2010 roku Artur B.  miał 40 lat. W tym czasie  prowadził z kolegą jakiś biznes we Wrocławiu;

–  Ale ponoć ten kolega go wyrolował, i Artur  pozostał sam, bez niczego – twierdzi jego dawny znajomy.

Narzeczony i „wujek”

 Właśnie wtedy, w jednej z wsi pod Trzebnicą  (woj. dolnośląskie) poznał Monikę R., która była matką między innymi 10-letniej wówczas dziewczynki. Artur poznał też 15-letnią, młodszą siostrę Moniki.  Relacje pomiędzy Arturem a Moniką nie układały się jednak tak, jakby sobie tego kobieta życzyła i ta znajomość nie przerodziła się w miłość. Natomiast odwiedzając regularnie Monikę w domu jej dziadków Artur B. wyraźnie zainteresował się jej  młodszą siostrą Pauliną.

I po czasie, pomiędzy 40-latkiem  a 15-latka wybuchło niczym nie skrępowane uczucie.

Nastolatka nie stroniła od Artura, nie broniła się przed jego zalotami.  W efekcie zaszła z  nim w ciążę. Monika, delikatnie rzecz ujmując, nie była tym faktem zachwycona. Ale cóż miała robić? Kochała swoja młodszą siostrę. A że Artur  nie zaprzeczał ojcostwu, pogodziła się w końcu z tą nową dla siebie sytuacją i zaakceptowała mężczyznę, jako narzeczonego swej siostry. Skoro Paulina zaszła z Arturem  w ciążę, to Monika  starała się znaleźć jakieś rozwiązanie. I ustalono, że w końcu wszyscy zamieszkają razem w domu dziadków Moniki i Pauliny.

Również dziadkowie przystali na takie rozwiązanie, i pogodzili się z tym, iż w trzypokojowym mieszkaniu zamieszka kolejna osoba.

Artur B. starał się na początku pomagać w dom.  Mieszkał z nastolatką w jednym pokoju. Monika ze swoimi  dziećmi w drugim,  a dziadkowie w trzecim pokoju.

Wówczas to 10-letnia córka Moniki  zaczęła nazywać Artura B. „wujkiem”.  On zajmował się swoimi sprawami: wyjeżdżał zbierać złom, próbował  zarabiać jakoś na życie. I oczekiwał rozwiązanie ciąży swojej 15- letniej partnerki. Wiele też czasu spędzał w domu. Pomagał jak potrafił, pracował w ogrodzie.

 Gdy wyruszał w poszukiwaniu złomu , często zabierał ze sobą dziadka, który chętnie wspierał  Artura w zbieractwie. Jednak pomagał mu tylko popołudniami, gdyż sam miał stałą pracę.

Gdy Artur B. przebywał w domu 10-letnia córka Moniki nagle zaczęła stronić od swego przybranego „wujka”. Nikt z domowników nie zwrócił wtedy na to uwagi.

– Nawet nie chciała z nim przebywać w domu – wyjaśniała potem w sądzie Monika. – Kiedy miała z nim zostać sama w domu, co się nieraz zdarzało, bo Artur B. został przecież członkiem naszej rodziny, protestowała przeciwko temu.

Matka 10-latki przypuszczała wtedy, że zachowania dziecka wobec Artura B., to były jedynie fanaberie małej dziewczynki. Nadal więc jakoś funkcjonowali razem w jednym  domu. Byli jak jedna rodzina. Przynajmniej tak się wówczas wydawało innym domownikom. Dziadek wracał popołudniami z pracy i nadal pomagał Arturowi zbierać złom, a kobiety zajmowały się dorywczymi zajęciami oraz pracą w domu i  ogrodzie.

Tajemnica wychodzi na jaw

 Pozorna idylla trwała rok. Aż do 23 lutego 2011 roku, kiedy to 10-letnia córka Moniki zachorowała

I trafiła do szpitala w Trzebnicy. Jednak stan zdrowia dziewczynki  nie poprawiał się w trzebnickim szpitalu i 21 marca została przewieziona do szpitala we Wrocławiu.

W tym czasie 10-latką nie miała żadnego kontaktu z Arturem B.

Gdy  Zuzia leżała we wrocławskim szpitalu, poznała tam, na wspólnej sali, 17-latkę.  Zaprzyjaźniły się, często razem  spacerowały, a 10-latka zwierzała się starszej koleżance. Bardzo ją polubiła, gdyż takiej przyjaciółki  w swojej wsi nie miała.  I w końcu otworzyła się zupełnie przed nią. Po kilkunastu dniach Karolina stała się powiernicą najskrytszych tajemnic Zuzi.

Dziesięciolatka opowiadała o Arturze B. i o tym, co z nią wyczyniał w domu jej matki. Karolina słuchała i nie wierzyła własnym uszom.

– Tylko proszę cię nie mów o tym nikomu –   zastrzegała Zuzanna – Opowiadam ci to w ogromnej tajemnicy.

17-latka była jednak rozsądną, dorastającą osobą. I choć przyrzekła, że nie powie nikomu o tym co usłyszała od koleżanki, to wiedziała, że nie może przejść wobec tego  obojętnie. Była zdecydowana, aby o tym fakcie powiadomić kogoś dorosłego.  A że wychodziła właśnie ze szpitala, pozostawiła lekarzowi list opisujący zdarzenia, o których w  tajemnicy opowiadała jej 10-latka.

– Oczywiście natychmiast powiadomiliśmy prokuraturę – opowiadali potem wrocławscy lekarze.

Gdy do prokuratury w Trzebnicy wezwano Monikę, ta po powrocie do domu zakomunikowała Arturowi, że jest podejrzany o molestowanie jej 10-letniej córki.

– Jeśli to zrobiłeś, to długo nie wyjdziesz z więzienia – zagroziła Arturowi B. wieczorem, 14 kwietnia 2011. Mężczyzna wystraszył się i uciekł. Nie było go przez 7 miesięcy. Jak się potem okazało, nie próżnował i w tym czasie poznał swą nową kobietę.

Ucieczka bandyty

 We wsi pod Trzebnicą pojawił się ponownie dość niespodziewanie. Nocą z 24 na 25 listopada 2011 roku dziadkowie Zuzi usłyszeli pukanie do drzwi. Dziadek poszedł otworzyć i w drzwiach ujrzał Artura. Nocny gość nie odzywał się ani słowem, tylko wyciągnął błyskawicznie nóż z kieszeni i pchnął nim prosto w szyję zaskoczonego i przerażonego starszego człowieka. Dziadek zaczął krzyczeć. Zbiegli się wszyscy domownicy, a Artur B. próbował się wedrzeć do środka domu. Jednak  Monika i Paulina wypchnęły Artura B. na schody, a on ponownie uciekł.

Rannego dziadka pogotowie odwiozło do szpitala, gdzie został zoperowany.

Tym razem policja schwytała Artura B. Ale on wszystkiemu zaprzeczał.  Take temu, że molestował 10-latkę oraz, że ranił dziadka nożem w szyję.

– Cały czas zaprzeczał – potwierdzano nam w trzebnickiej prokuraturze. – Szedł w zaparte, choć fakty mówiły zupełnie o czymś innym.

Z akt sprawy wynika, że gdy Artur B. mieszkał jeszcze we wsi pod Trzebnicą, to zajmował się porządkami wokół  posesji.  Nieraz prosił o pomoc 10-latkę. Zwabiał ją w ten sposób do szopy albo do garażu. Po czym przytrzymywał ją mocno rękoma za plecy i ramiona, i się przed nią obnażał. Również w aktach sądowych jest opis stale powtarzających się jego czynów. Opis sytuacji w szopie, garażu, w lesie, a nawet w domu, w pokoju, gdy domownicy znajdowali się w innych pomieszczeniach, i nie zwracali uwagi na jego zachowania wobec małej dziewczynki. A on nadal uprawiał swój bezecny proceder. Molestował 10-latkę również wtedy, gdy zostawał z nią i jej młodszym rodzeństwem sam w domu, jako ich opiekun. Opis tego, co wyczyniał z nią Artur B. jest szokujący i nie nadaje się do publikacji. Artur B. nie odbył z 10-latką żadnego stosunku, ale molestował małoletnią na inne ohydne sposoby. Ona próbowała wyrywać się z łap oprawcy, ale był mocniejszy.

Zuzia była zażenowana i przerażona tą powtarzająca się stale sytuacją i wolała milczeć, bała sie o tym nie mówić. Aż do czasu, gdy znalazła się we wrocławskim szpitalu. 

Czas nie zabliźnił ran

Na początku 2018 roku w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu, już jako 17-latka, Zuzanna  nadal z dużym zażenowaniem opowiadała o wydarzeniach sprzed 7 laty, w których musiała uczestniczyć, i kiedy to Artura B. wyrządził jej tak wiele krzywdy. Zaprzeczyła jednak, aby groźbą zmuszał ją do określonych czynów. Co tylko uwiarygadniało przed sądem jej relacje, iż nie próbowała opowiadać więcej, niż miało to miejsce.

Artur B. w czasie procesu nie przyznawał się do winy. Zeznawał, że zawsze  gdzieś wyjeżdżał i bywał rzadko w domu. Podawał nazwy miejscowości, w których miał się w tym czasie znajdować, lecz  mówił o tym bardzo niespójnie. Nie był wiarygodny i sąd nie uwierzył w te jego opowieści. 

– Córka nie chciała zostawać z Arturem B. w domu, a potem dziwnie się zachowywała, jakby się czegoś bała – powtarzała w sądzie jej matka Zuzanny. – Jak Artur B. kupił jej raz kurtkę, to zaraz potem ją zniszczyła.

Biegli orzekli, że w krytycznym okresie Artur B. nie był osobą psychicznie chorą i nie był upośledzony umysłowo oraz zdawał sobie sprawę z tego, jaką krzywdę wyrządza dziecku. Poziom intelektualny pozwalał mu kontrolować swój popęd  seksualny. Biegli sądowi jeszcze raz podkreślali, że Artur B. nie dokonywał na dziecku pełnego stosunku, były za to inne czynności seksualne. I to nawet kilka razy dziennie. W krótkich odstępach czasu. Przez ponad rok!

W lutym 2018 roku Sąd Okręgowy we Wrocławiu za obcowanie płciowe z dziewczynką i za napad na jej dziadka skazał w pierwszej instancji Artura B. na łączna karę 13 lat pozbawienia wolności. Zakazał również  mężczyźnie kontaktowania się z poszkodowaną, osobiście lub nawet przez środki porozumiewania się na odległość. Zakaz ten został wydany na okres 10 lat.

Jednak  Artur B. odwołał się od wyroku i w lipcu tego roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu zmienił wyrok Sądu Okręgowego we Wrocławiu, zmniejszając karę do 7 lat. Uzasadniał między innymi swą decyzję, iż „sposób popełnienia przestępstwa nie był tak drastyczny”. Natychmiast zareagował minister sprawiedliwości, który na konferencji prasowej ustosunkował się do tej apelacji. Powiedział między innymi, że jego zdaniem sąd „całkowicie zawiódł i skompromitował się” wydając „bulwersujący” wyrok. I dodał, że ma zamiar apelować w tej sprawie do Sądu Najwyższego z wnioskiem o kasację.

Pomimo upływu czasu, Zuzanna – dziś już niemal dorosła, 17-letnia kobieta – nadal boryka się z ogromnymi problemami emocjonalnymi. Ma stany depresyjne i ciągle miewa trudności z nawiązaniem kontaktów z innymi ludźmi.

Roman Roessler

1 komentarz do ROK Z PEDOFILEM

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*