Gangsterzy do piór!

W PRL-u pojawiał się idea, aby z robotników uczynić poetów i pisarzy. Żeby, obok kielni i młotów, dzierżyli pióra. Koncepcja literatury proletariackiej  niezbyt się przyjęła, gdyż zakładała, że robotniczy twórcy powinni zrzeszać się i tworzyć swego rodzaju getta, oddzielające ich od innych, nierobotniczych literatów. Pomysłodawcom chodziło bowiem bardziej o ilość niż jakość. Jednak i  ten zamysł się nie powiódł, gdyż ów ruch literacki stanowił margines życia kulturalnego ówczesnej Polski. A i robotnicy woleli pracować niż rymować.

Oczywiście w każdym zawodzie trafiają się uzdolnieni ludzie. Obojętnie, czy to lekarze czy murarze. Nie brakuje również utalentowanych literatów wśród osób mających w życiorysie   przeszłość kryminalną. Historia literatury (zapewne i czytelnicy Reportera) zna wiele takich przypadków. Wymieńmy tylko kilku, jak Miguel de Cervantes, François Villon, Emil Zola,  Ezar Pound, Jack Kerouac,  Jean Genet, Nelson Algren,  czy szukając bliżej: Sergiusz Piasecki, Marek Nowakowski i Andrzej Stasiuk. Wyliczać można by jeszcze długo, ale nie o tuzów literatury chodzi w tym felietonie.

Od pewnego czasu z niemałym zdumieniem obserwuję pojawiające się w księgarniach  twory  udające literaturę faktu,  których autorami są byli gangsterzy lub osoby na gangusów pozujące. Niekwestionowanym liderem tego gatunku jest niewątpliwie Jarosław Sokołowski ps. „Masa”, który jak sam twierdzi sprzedał dwa miliony książek.  On jednak sam ich nie pisz. Lecz korzysta z pomocy doświadczonych dziennikarzy, między innymi niżej podpisanego. Gorzej, gdy za pisanie biorą się osoby, dla który problem stanowi poprawne ułożenie sms-a.     Mimo to ich nieporadna  twórczość trafia na półki księgarskie. Chociaż nie przebrnęłaby selekcji w konkursie literackim „W więzieniu pisane. Wołów 2018”.

Pierwszy z brzegu literat  Jarosław M. zwany „Jąkatym” i „Chińczykiem”, który  ponoć nie śmierdzi groszem, wymyślili sobie, że uda mu się zarobić na atakowaniu w książkach „Masy”. Zatem tworzy zlepki słów, których nawet korekta nie chce czytać. Na okładce jednej z nich chełpi się, że to on  zatrzymał „Masę”. Ma w to taki sam wkład, jak w stworzenie kartelu z Medellin.

Także  Mariusz Sz. pseudonim „Szlachet” nie  chce uchodzić za gorszego i też usiłuje zarabiać na pisaniu książek, których czarnym bohaterem jest oczywiści „Masa”. Ten były wolontariusz „Pruszkowa”, twierdzi też, że był ochroniarzem Sokołowskiego, co były boss ucina krótko: – Był  ochroniarzem, ale mojego psa.

Niechęć do „Masy” oraz nieposkromione pragnie  zarobienia na jego atakowaniu połączyła także innych statystów i satelitów „Pruszkowa”.

Choćby Mirosław D. ksywa „Misiek z Nadarzyna” – recydywista, który sam mówi o sobie stanowił jednoosobowa mafię z Nadarzyną. Podobnie, jak kilku innych  przestępców Take i on zapragnął zostać  pisarzem. Oczywiście w tytule jego książki musiała znaleźć się ksywa jego śmiertelnego wroga – „Masy”, bo kto zna „Miśka z Nadarzyna”?

Zapytałem „Masę” skąd się bierze ten pęd byłych gangusów do pisania. – Przeliczają sobie dwa miliony książek razy 35 złotych i wychodzi im monstrualna góra pieniędzy. – odpowiedział Sokołowski. –   Oni  myślą, że zagarniam całość. Stąd biorą się ich frustracje i nieprzespane noce. Sukces rodzi nienawiść. Zazdroszczą mi, ale nie w pozytywnym sensie – i to ich wkurwia. Zatem próbują osłabić moją pozycję. Chcieliby swoje szczerbate szczęki wbić w mój tort. Ale dla nich pociąg z napisem „fortuna” już dawno odjechał.

Jak tak dalej pójdzie, to byli gangsterzy czerpiąc natchnienie z życia „Masy” założą związek pisarzy odrzuconych przez czytelników. Bo najwyraźniej idą śladem tzw. „piszących robotników”,  którym alians z literaturą też sukcesu nie przyniósł.

Niech zatem każdy robi co potrafi. Ale co potrafi były gangster?

Leo

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*