TAJEMNICZE INTERESY GANGSTERA

 Wojciech K. został zatrzymany w marcu tego roku pod zarzutem przemytu dużych ilości narkotyków oraz kierowania grupą przestępczą. Ilości i skala działalności robią wrażenie – od 2004 roku (od kiedy według śledczych miała działać grupa) przemycili około 20 ton haszyszu oraz 1,5 tony kokainy, o wartości około 320 milionów złotych. Pierwszy narkotyk sprowadzali z Maroka, drugi  z Ameryki Południowej.

Wojciech K. zaczynał w Danii. Śledczy prowadzili jego obserwację przez  wiele  lat.

„Śledztwo w przedmiotowej sprawie wszczęte zostało w styczniu 2013 r. W okresie od sierpnia 2016 r. do marca 2017 r. było zawieszone. Od 2017 r. ponownie podjęte. Obecnie w sprawie jest 16 podejrzanych (informacja z 16 sierpnia – przyp. red), z których wobec 6 stosowane jest tymczasowe aresztowanie. W stosunku do kilku podejrzanych wydane zostały listy gończe i ENA i są oni nadal poszukiwani. Listem gończym i ENA poszukiwany był również Wojciech K. Wobec niego areszt i poszukiwania wdrożono w czerwcu 2017 r. W wyniku zarządzonych poszukiwań podejrzany został zatrzymany w Czarnogórze w marcu br. W sierpniu został wydany polskim organom ścigania” – poinformował nas Prokurator Roman Witkowski, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gorzowie Wielkopolskim.

Na celowniku służb

 Były policjant i agent kontrwywiadu Jarosław Pieczonka pseudonim „Majami” poznał Wojciecha K. przed laty. Nie wiedział, kim jest starszy od niego mężczyzna, obywatel Szwecji, który notabene zabiegał o poznanie Pieczonki. Wspomnienia byłego „przykrywkowca” mogą rzucić nieco światła na postać Wojciecha K.

Wojciecha K. poznałem przez niejakiego „Kangura” –  Krzysztofa Ł. Z „Kangurem” poznaliśmy się w klubie motocyklowym „Walkiria” (od nazwy motocykla – przyp. red.), niejakiego Henryka K. pseudonim „Pepsi Cola”. Tam spotykali się wielbiciele Harleyów, tam odbywały się zloty, ciekawe spotkania i dyskusje. Co ważne, nie byłem już policjantem, ale wciąż hobbystycznie zbierałem informacje. On od razu wzbudził moje zainteresowanie, tak samo jak ja jego. Na spotkaniu był z dziewczynami, wysłał je do mnie i zaczęły się  przytyki: „Ty psie, byłeś u mnie na przeszukaniu, wywaliłeś mi gacie z szuflady…”, itp. Tak bezczelna bladź – robiłem rutynową czynność, a ta stawiała się wtedy totalnie. To ja za szufladkę i metodycznie, majteczki, skarpetki, a te gacie nieoryginalne, tu dziurawa skarpetka, tu jakieś niedoprane chyba? Jakieś podróby z przemytu? Łatwy sposób na wkurzenie kogoś.

 „Majami” nie dał się wówczas sprowokować, a to zapoznanie miało charakter demonstracji sił. Twierdzi, że będąc w służbie, wszelkie tego typu interesujące znajomości od razu raportował swoim przełożonym. A i sam je utrzymywał, to swoisty sposób pozyskiwania informacji z „miasta”.

–  Kiedy „Pepsi Cola” otworzył kolejną knajpę – Babalu –  już się nieco z „Kangurem” znaliśmy. Prowadziłem z nim rozmowy niby to o Harleyach, ale też pozyskiwałem ciekawe informacje z „miasta”. Po jakichś dwóch latach znajomości po raz pierwszy usłyszałem o „prezesie”,  jego szefie Wojciechu K.

 „Majami” nie wiedział, kim jest Wojciech K. Jednak  z przyzwyczajenia postanowił go sprawdzić. Karteczkę z wypisanym na niej nazwiskiem przekazał znajomemu funkcjonariuszowi, będącemu poza służbą. Ten przetarł oczy ze zdziwienia: – Jarek mogę ci powiedzieć krótko: interesują się nim wszystkie służby świata.

Informację potwierdza jeszcze w innym źródle, słyszy: –  Stary, ty wiesz kim on jest? – ucina wówczas jego informator.

 – Nikt mi nie chciał wierzyć, że mam możliwość poznania tego człowieka osobiście – mówi „Majami”. – Po części było to dla mnie zrozumiałe, bo nie byłem dla Wojciecha K. wartościową osobą w sensie informacyjnym. Moim zdaniem chciał mnie poznać ze względów zapobiegawczych, a nuż w przyszłości przyniosę mu jakąś ciekawą informację. Ja czekałem, aż jakaś informacja kiedyś także wypłynie od niego.

Sprzedał go szwagier „Nikosia”

Krzysztof Ł. pseudonim „Kangur” jest obywatelem Szwecji – w latach 70. zrzekł się polskiego obywatelstwa. Prowadził bliżej nieznane biznesy z Ryszardem P. (tzw. „Pięknym Rikardo”), który był jednocześnie szwagrem słynnego „Nikosia”, a w Skandynawii uznano go za lidera grupy złodziei samochodowych. To były lata 70. – 80. Już w latach 80. PRL-owskie służby podejrzewały „Pięknego Rikardo” o narkotyki. Ta informacja nigdy się nie potwierdziła, znajduje się w jego aktach jako notatka służbowa.

„Kangur” został zatrzymany w Szwecji za popełnione przestępstwa. Po latach Krzysztof Ł. miał zdradzić Jarosławowi Pieczonce, że za wpadką, a ostatecznie jego odsiadką miał stać Ryszard P.

Ryszard P. był w PRL zatrzymany pod zarzutem kradzieży samochodów.  Był łączony zresztą z tzw. „gangiem samochodowym” oraz przemytnikami różnego rodzaju towarów – dżinsów, elektroniki.

Ten rodzaj przestępczej działalności –  przemyt dóbr, które na Zachodzie można było kupować na tony, był w Polsce surowo karany. Specyfika PRL-owskich sankcji za kradzieże nieosiągalnych towarów, handel walutami, nielegalny obrót towarem reglamentowanym może dziś wywołać co najmniej uśmiech, ale kary były surowe, a czyny ostro tępione.

Dodajmy, że to wówczas kontakty nawiązywali ci, którzy w latach 90. urośli w siłę i tworzyli trzon najsilniejszych grup zorganizowanych w Polsce. Wojciech K. miał np. na zlecenie Jeremiasza B., „Baraniny”, stać za dużym przemytem spirytusu. Ostatecznie główny podejrzany poniósł śmierć; „Baranina” powiesił się w 2003 roku w wiedeńskim areszcie.

Wracając do „Kangura”, gdy  odsiaduje wyrok, wówczas „Piękny Rikardo” o nim zapomina, nie wysyła mu paczek, nie wpłaca kasy  na „wypiskę”. Pieniądze za to zaczyna wpłacać mu Wojciech K. Wedle zasady – dziś ja pomagam tobie, jutro ty pomożesz mi. Po latach Krzysztof Ł. nie ukrywał swoich związków z Wojciechem K., nazywając go swoim szefem lub „prezesem”. Co jednak miał dla niego robić, Pieczonka odpowiada: – Nie wiem. Zanim „Kangur” zaczął mi opowiadać o K., minęły dwa lata naszej znajomości. „Kangur” zaczął się otwierać dopiero po dużych ilościach alkoholu. 

„Kangur” wskoczył do celi

Narodziny przemytnika

76-letni Wojciech K., to Polak zamieszkały w Skandynawii. Wyjechał do Danii w latach 70. Miał niesamowite kontakty międzynarodowe: rosyjskie, hiszpańskie, duńskie.

 – Polska policja wysłała zapytanie do Duńczyków na temat Wojciecha K. Kto to jest? Duńczycy odpowiedzieli, że w życiu o nim nie słyszeli – przywołuje z pamięci szczątki informacji na temat Wojciecha K. były „przykrywkowiec”. 

W końcu „Majami’ poznał także Wojciecha K.

– Mówiło się, że Wojciech K. ma kilka twarzy i ma dziwne kontakty z paroma wywiadami zachodnich państw. K. jest taką osobą, która dba o swoje bezpieczeństwo, zdobywa informacje z różnych źródeł. Miał być informowany na przykład o planowanych na siebie „polowaniach” czy porwaniach  –  relacjonuje  Jarosław Pieczonka.

Kumpel, który sprawdzał nazwisko dla Pieczonki, nie wierzył, że ten ma go wkrótce poznać. Zaperzył się i wypalił: – Jarek nie wierzę, że go kiedyś poznasz, bo on z takimi pionkami nie gada.

 „Majami” przypomina sobie dzień, w którym dostał telefon od „Kangura”.

 – Przyjedź, bo Wojtek  (Wojciech K. – przyp. red.) chce, byście się poznali.  Wojtek K. mówił, że  słyszał o tobie.

– Uwiarygadniałem się przed „Kangurem” nic nieznaczącymi informacjami. To taka gra, żeby chciał mieć mnie dalej w swojej orbicie, mówiłem mu rzeczy z pozoru istotne, a w gruncie rzeczy mało ważne i nieaktualne. Jak dowiedziałem się o możliwości poznania Wojtka K., oczywiście nie sprzeciwiałem się. 

Wojciech K. był zawsze dobrze poinformowany, ostrzegany – nie wiadomo przez kogo i dla kogo.

– Znajomość się rozwija, ja nabieram podejrzeń, że jest dobrze umocowany, poukładany nie tyle nawet z policją, lecz ze służbami. Kiedyś w Niemczech miał być przez tamtejsze służby ostrzeżony o planowanym zatrzymaniu.  Policja weszła o 6:00 rano do hotelu, w którym się zatrzymał. Jego już od 5:00 tam nie było – twierdzi Pieczonka.

Jarosław Pieczonka przyznaje, że traktował tę znajomość czysto hobbystycznie, a i przyzwyczajenie do nawiązywania tego typu kontaktów (już w momencie, kiedy w służbie nie był) jest nie bez znaczenia. I choć nigdy nie słyszał o Wojciechu K. w kontekście narkotyków i dużych przemytów, to dostawał informacje, że to wpływowa i znacząca postać.

– Jak mam taką informację, że to taka ważna osoba, to  utrzymuję kontakt – deklaruje „Majami”. – Nie wierzę w to, że w tamtych latach służby polskie nie wiedziały o istnieniu kogoś takiego, jak Wojciech K. Przypuszczam, że byłem w kręgu zainteresowania służb właśnie przez to, że go poznałem, a wcześniej „Kangura”. Byłem jego sąsiadem, mieszkaliśmy drzwi w drzwi,  miałem z nimi kontakt. „Kangur” był na pewno kluczową postacią, jak chodzi o interesy Wojciecha K. – kwituje „Miami”.

„Kangur” (z lewej) i „Majami”

Wojciech K. miał  opowiadać  Pieczonce o bliskich kontaktach z Baskami, jednak o swoich biznesach mówił niewiele.

 – Mimo że K. jest bardzo inteligentną osobą, zdarzyło mu się podczas rozmów nie kontrolować się i przekazał mi informację, że ma dobre kontakty z Baskami. Dla mnie było to jednoznaczne, że prowadzi z nimi jakieś interesy. „Kangur” opowiadał, że raz się zdarzyło, iż robił interes z przedstawicielami IRA, było to  w latach 80.  Kontynuowałem  znajomość z Wojciechem K. Ale dowodów na jakieś przemycane przez niego narkotyki nie miałem żadnych; w przestrzeni publicznej nie wychodziły takie informacje. W Gdańsku spotykał się z ważniejszymi ludźmi ode mnie. Był zawsze miły, sympatyczny, elegancki, zapraszał na wystawne kolacje, zawsze w luksusowych restauracjach. Zostałem przez niego zaproszony do Hiszpanii. Nic szczególnego ode mnie nie chciał –  twierdzi „Majami”.

Mógł żyć spokojnie

 Jarosław Pieczonka domyślał się, że Wojciech K. zdobywał informacje o nim, że na pewno znał jego przeszłość policjanta, przykrywkowca, ale nie przeszłość wojskową. 

– Wiedział, że kiedyś byłem aktywnym policjantem,  że nie cackałem się z bandziorami. O tym, że byłem w wojsku dowiedział się, gdy dostał ode mnie dwie książki, w których jest opisany ten wątek.

„Kangur” miał kiedyś napomknąć „Majamiemu”, że jeden z byłych szwedzkich policjantów napisał książkę, w której – w kontekście przestępczym   wymieniony został m.in. Wojciech K. Książka powstała w latach 80.

Wojciech K. włada kilkoma językami. Mieszkał w Danii, Hiszpanii, złapano go w Czarnogórze. Dlaczego w końcu został zatrzymany? Jeśli to prawda, że miał dziwne kontakty ze służbami zachodnimi, może nawet ich ochronę, to czy doszło do wymiany pokoleniowej? Wojciech K. musiał zniknąć z tych kręgów? Mówi się, że mógł spokojnie dożyć końca swoich dni bez tego rodzaju działalności, a jednak ją kontynuował.

 „Z ustaleń śledczych wynika, że grupa, o kierowanie której podejrzany jest Wojciech K., działała od 2004 aż do 2016 roku. Jej członkowie mogli w tym czasie przemycić ponad 20 ton haszyszu oraz ok. 1,5 tony kokainy. Jednorazowo grupa przemycała od kilkuset kilogramów do ponad tony. Policjanci CBŚP wspólnie z organami ścigania innych państw nadal prowadzą czynności w tej sprawie”  – stwierdza na swojej stronie Prokuratura Krajowa.

Współpraca funkcjonariuszy z CBŚ z Zarządu w Gorzowie Wielkopolskim z policją w Czarnogórze, jak również Biurem Kryminalnym Komendy Głównej Policji oraz Europolem, przyniosła efekt w postaci złapania i osadzenia w areszcie Wojciecha K. i członków – jak czytamy w komunikacie Prokuratury Krajowej – jego grupy.

Sprawa jest rozwojowa. Czekamy na najbliższe rozstrzygnięcia.

Czy kiedyś dowiemy się, kim naprawdę jest Wojciech K.?

Gabriela Jatkowska

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*