Nieprzerwany łańcuch poszlak

Marek G. i jego obrońcy, przekonani o niewinności swojego klienta/fot Apolonia Sikorska

W katowickim Sądzie Okręgowym, 7 września 2018 roku został ogłoszony wyrok w procesie poszlakowym byłego podoficera zagłębiowskiej policji Marka G. Skład sędziowski, pod przewodnictwem Józefa Kapuścioka, uznał go za winnego zabójstwa żony Anny Garskiej w dniu 7 lipca 2012 i wymierzył mu karę łączną 15 lat pozbawienia wolności. Wyrok nie jest prawomocny.

Dwa dni wcześniej wysłuchaliśmy końcowego stanowiska w tej sprawie obrony, a także samego oskarżonego. O niewinności Marka G. usiłowały przekonać sąd dwie znane katowickie adwokatki, Jadwiga Klaus i Katarzyna Salwarowska – Górny, a także profesor i autor wielu publikacji z dziedziny prawa, adwokat Piotr Kruszyński.

Podejrzewanego o zabójstwo z premedytacją syna, cały czas wspierali kochający rodzice – emerytowana policjantka i architekt z Sosnowca. Państwo  G. do końca zapewniali wszystkich, że to synowa, poprzez kiepski przykład z domu rodzinnego i niezrównoważony charakter, opuściła męża i córeczkę, co poskutkowało zniszczeniem życia Markowi i całej rodzinie.

– Nikt mu nie odda tych trzech lat.- mówi łamiącym głosem matka, w pełni przekonana, że syn stracił jedynie trzy lata w areszcie śledczym i za dwa dni, uniewinniony wyjdzie na wolność.

Sekta i syndrom DDA

Mecenas Jadwiga Klaus jako pierwsza zaczęła przemawiać 5 września. Odważnie usiłowała zrywać kolejne ogniwa tytułowego łańcucha poszlak, na których oparto akt oskarżenia.

I tak, Anna Garska, według zebranego materiału, posiadała syndrom właściwy Dorosłemu Dziecku Alkoholika, w skrócie DDA. Polegało to na skłonności do teatralnych zachowań i zwracania tym na siebie uwagi otoczenia, a także przesadnej kontroli nad bliskimi osobami i bezwzględnym przestrzeganiu ustalonych zasad. Mogła, w związku z tym, o tak późnej porze, po uprzedniej awanturze o niepodlane kwiatki w mieszkaniu –  bo taki powód sprzeczki małżeńskiej podał sam Marek G. – ostentacyjnie opuścić dom i rodzinę. Następnie mogła też nawiązać przypadkową relację z kimś, kto później uprowadził ją lub zamordował.

– Zaginiona może żyć, zwerbowana do jakiejś sekty – oto jedna z hipotez adwokat Klaus. – Mogła równie dobrze zostać skrzywdzona przez obcego człowieka, napotkanego przypadkowo, który na początku mógł wzbudzić je zaufanie. Zwłaszcza, iż w sąsiedztwie bloku państwa Garskich znajduje się do dzisiaj nocny klub, gdzie przecież wieczorami

przebywają różne osoby w różnym stanie.

Następnie, pani adwokat, powołując się na będące w aktach zaświadczenia lekarskie, usiłowała obalić tezę o rzekomym wywiezieniu zwłok zaginionej w walizce przez jej męża.

– Pan Marek ma chory kręgosłup i nigdy nie podniósłby walizki, w której znajdowałoby się ludzkie ciało. – zapewniła. – W trakcie naszego eksperymentu, u podobnej walizki z takim samym ciężarem urwała się rączka, więc o czym rozmawiamy?- to zabrzmiało niezwykle przekonywająco.

Niewątpliwie mniej wiarygodna, chyba dla nas wszystkich, była próba podważenia argumentu związanego z telefonem zaginionej żony policjanta.

Obrończynie, zarówno Klaus jak i Górny usiłowały logicznie wyjaśnić nam wszystkim, iż ostatnim życzeniem Anny Garskiej względem porzucanego męża było wysłanie przez niego jej telefonu do hostelu w Monachium.

Tym samym, na pomyłkowo zaadresowanej przez pana Marka kopercie znalazł się tylko jego odcisk palca.

Przypomnijmy: oskarżony w nocy, kiedy rzekomo opuściła go małżonka, wysłał jej telefon z czynnej całodobowo poczty głównej w Katowicach do Niemiec. Zarówno nadawca, jak i adresat owej przesyłki byli osobami nieistniejącymi i jedyny logiczny komentarz do tej sytuacji wygłosił pod koniec sierpnia br. Arkadiusz Ludwiczek, pełnomocnik oskarżycielek posiłkowych w tej sprawie.

Marek G. chciał w ten sposób upozorować wyjazd żony do Bawarii w Niemczech i być może udałoby mu się to, gdyby nie pomylenie cyfr w adresie nadawcy, której skutkiem było zatrzymanie przesyłki w Polsce i późniejsze przechwycenie jej przez właściwe organy śledcze badające tę sprawę.

W innym wypadku nie spotykalibyśmy się od dwóch lat w sądzie, tylko szukalibyśmy zaginionej Anny na terenie Niemiec, a może i całej Unii Europejskiej.

Modus operandi i corpus delicti

W tłumaczeniu na język polski to sposób działania przestępcy i dowód rzeczowy. O absolutnym braku wyżej wymienionych w tej sprawie usiłował przekonać zarówno katowicki sąd, oskarżycieli posiłkowych jak i przedstawicieli śląskiej prasy profesor Piotr Kruszyński, warszawski adwokat, publicysta prawny i nauczyciel akademicki. Jako autor książek na temat metody badania wariografem, którego wynik był także jednym z dowodów przeciwko oskarżonemu, krótko streścił swoją ogromną wiedzę w tezie, jakoby owo badanie mogło być tylko i wyłącznie narzędziem pracy śledczych, a nie dowodem w sądzie.

Swoją mowę zakończył starożytnym cytatem „Lepiej uniewinnić stu winnych niż skazać jednego niewinnego”.

Owym niewinnym, za którego poręczył swoim nazwiskiem i osiągnięciami w dziedzinie prawa jest bez wątpienia inny prawnik, na dodatek absolwent szkółki policyjnej, Marek G.

Ostatnie słowo przed decyzją sędziego o zakończeniu posiedzenia i terminie ogłoszenia wyroku miał właśnie on, oskarżony w tej sprawie.

– Ten akt oskarżenia to same hipotezy, w których bezustannie padają słowa: być może, przypuszczalnie, prawdopodobnie. Przecież tu nie ma żadnych jasnych dowodów przemawiających za tym, że skrzywdziłem moją żonę.- powiedział. – Nikomu nigdy w życiu nie zrobiłem krzywdy, to, że panuję nad uczuciami, nie znaczy że ich nie mam. Bardzo kocham moją córkę, Dominikę i nigdy nie pozbawiłbym jej obojga rodziców. Nie zabiłem żony i proszę sąd o uniewinnienie.
Józef  Kapuściok wyznaczył termin ogłoszenia wyroku na godzinę 10.00, dwa dni później, czyli 7 września.

Tu nie ma zwycięzców

15 lat więzienia dla ojca 8-letniej dziewczynki, i głośny szloch Michaliny Kaczyńskiej w momencie odczytywania wyroku, smutne twarze adwokatów obu stron, zapłakana siostra zaginionej, aktualny opiekun prawny małej Dominiki.

Oskarżony nie pojawił się na sali tego dnia, Katarzyna Salwarowska – Górny zapowiedziała apelację. Swojego stanowiska w tej sprawie nie przedstawiła druga strona, gdyż matka Anny Garskiej nie była w stanie rozmawiać.

Ona nadal nie wie, gdzie jest grób jej córki, a ustalenie tego było dla niej ważniejsze niż wysokość wyroku dla zięcia. Nie jest on wyższy z uwagi na poszlakowy właśnie charakter procesu, wcześniejszą niekaralność, dobrą opinię w pracy i środowisku prywatnym mordercy.

Tak, Marek G. został uznany przez skład sędziowski winnym zabójstwa żony i tym samym określony jako morderca.

Sąd nie dał wiary w to, że feralnej nocy szukał żony, kiedy później kompletnie nie angażował się w jej szeroko zakrojone poszukiwania, wręcz je utrudniał i bardzo szybko znalazł nową kochankę, bo poprzednia, będąca przedmiotem podejrzeń Anny Garskiej, po jej tajemniczym zniknięciu zakończyła romans.

Mimo, że pan Marek nie poszedł w ślady ojca i nie został architektem ani budowlańcem, sąd nie miał wątpliwości co do tego, że własnoręcznie wymurował on grób swojej niekochanej i zdradzanej małżonki, za pomocą wcześniej kupionych materiałów budowlanych.

Gdzie, tego nie udało się ustalić od ponad sześciu lat i to jest największy ból rodziny Kaczyńskich. Późniejszy zabójca postanowił, jak jego kochająca mama pracować w policji, w tym celu ukończył wymaganą szkółkę, a nawet studia prawnicze na Uniwersytecie Śląskim. Był cenionym, wzorowym pracownikiem z ogromną wiedzą i doświadczeniem. Co skłoniło go do tak gwałtownego zboczenia ze swojej ścieżki, którą w innym wypadku niewątpliwie zaszedłby bardzo daleko.

Przed aresztowaniem był szykowany do awansu w pracy.

Życiem prywatnym mógł również kierować przede wszystkim uczciwie i jasno.

Miał kochających i oddanych rodziców, którzy sami stanowią szczęśliwe,trwałe małżeństwo, będąc tym samym bezwarunkowym wsparciem dla swoich dzieci w każdej sytuacji, nawet tak tragicznej jak ta.

Po ślubie z Anną, kilka lat pozostawali bezdzietni, więc czy wtedy nie poznał jej na tyle, aby zdecydować o pokojowym rozstaniu?

 Dopiero niespodziewane problemy związane ze zmianą funkcjonowania małżonków po narodzinach dziecka, na tyle skomplikowały jego dotychczasowy bezstresowy obraz rzeczywistości, z której tylko czerpał przyjemności i zaszczyty, że posunął się nawet do tak strasznego czynu jak dokładnie zaplanowane w oparciu o wiedzę zawodową morderstwo własnej żony. Należy w obliczu tego domniemywać, że w podobny sposób pozbyłby się ze swojego życia innych kłopotów, czyli na przykład swoich kochanek, które po pewnym czasie przestałyby go zadawalać a może nawet zaszłyby z nim w ciążę. Szczęściary.
To miała być zbrodnia doskonała. Anna Garska nie poddałaby się bez walki o ukochane dziecko i rodzinę, której tak pragnęła. Dlatego zginęła, nie ma jej wśród nas. Dominika nie ma matki, Michalina i Janusz nie mają córki, Agnieszka nie ma siostry, a z popularnego portalu społecznościowego dowiadujemy się, ze w niewyjaśniony sposób zaginęła sympatyczna koleżanka, miła pani z ZUS, jednym słowem wartościowa osoba, z pewnością w odczuciu społeczeństwa bardziej dobra niż zła. Przy tak silnym wsparciu tylu kochających życzliwych osób, na pewno poradziłaby sobie z odejściem niewiernego i jak się okazało. Niedojrzałego emocjonalnie męża.

Będę szczera i napiszę, że nie do końca wierzyłam w udowodnienie  Markowi G. tego okrutnego morderstwa, z uwagi na sposób, w jaki go dokonał i profesjonalizm jego obrońców.


Arkadiusz Ludwiczek zwykł w sądzie bronić oskarżonych. W tej sprawie swoim profesjonalizmem i poczuciem sprawiedliwości wsparł jednak oskarżycielki posiłkowe. Na zdjęciu z Michaliną Kaczyńską i Agnieszką Morel.

Stało się jednak inaczej. Śląscy doświadczeni sędziowie i prokuratorzy oraz wybitny mecenas Arkadiusz Ludwiczek, który pierwszy raz występował po drugiej stronie sali sądowej, właściwej dla strony oskarżającej, rzeczowo i wyczerpująco udowodnili ten haniebny czyn skazanemu.

Marek G. w pewnym momencie zatracił w swoim życiu najcenniejsze wartości i zaczął ewidentnie źle kierować swym postępowaniem. Pogubił się do tego stopnia, że swoją wiedzę, doświadczenie zawodowe prawnika i policjanta, a nawet ojcowskie uczucia wykorzystał by zabić.

Na Śląsku znaleźli się jednak bardziej wybitni fachowcy, zarówno w policji, prokuraturze jak i w sądzie, aby bez ciała zamordowanej żony ani też żadnych świadków zabójstwa i narzędzi zbrodni, stworzyć wokół niego łańcuch poszlak, a następnie skuć go nim na długie lata.

Apolonia Sikorska

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*