ZABÓJSTWO DLA SPOKOJU

Tego dnia Zenon S. znów był pijany. Kiedy Monika i Bogdan dostali się w końcu do mieszkania, zobaczyli jak zwykle zamroczonego alkoholem ojca. Myśl, żeby się go pozbyć, pojawiła się niemal natychmiast. Jeden cios nożem pod serce i mężczyzna nie żył.

Ona tylko patrzyła, potem wycofała się do drugiego pokoju. Koniec koszmaru – musiała pomyśleć. Łzy popłynęły po policzkach, kiedy się nieco uspokoiła – poszli na piwo. Po kilku dniach rozczłonkowali ciało ojca i na raty wynosili je do kanałku na Pradze-Południe.

Po 23 latach światło dzienne ujrzała makabryczna zbrodnia – Bogdan S. wyznał osłupiałym policjantom, iż w 1994 albo 1995 roku (dokładnie nie pamiętał) dokonał zbrodni prawie doskonałej. Pijanego ojca konkubiny postanowił unicestwić. Po wszystkim ciało denata było zbyt ciężkie, aby wynieść je z domu w jednym kawałku. Wynosili więc w kilku, na ratach, wcześniej je ćwiartując.

Cios za aprobatą

 

Przewód sądowy w sprawie tej makabrycznej zbrodni otworzyła sędzia Barbara Piwnik, 12 czerwca tego roku, wyłączając na czas wyjaśnień oskarżonej Moniki S. jawność, zasłaniając się ważnym interesem społecznym.

Monika S. oskarżona jest o udzielenie pomocy psychicznej swojemu konkubentowi: miała obserwować jak zadaje jej ojcu śmiertelny cios, manifestując  przy tym swoją aprobatę i wsparcie. Biegli ustalili ponadto, że 40-letnia dziś kobieta miała ograniczoną zdolność pokierowania swoim postępowaniem. W młodości miała być wykorzystywana seksualnie przez wuja, natomiast ojciec miał się nad nią znęcać psychicznie i notorycznie wykorzystywać do wszelkich prac domowych.

Publiczność mogła powrócić do obserwowania sprawy na czas odczytywania wyjaśnień oskarżonego o zabójstwo Bogdana G., który na ten moment zrezygnował ze składania wyjaśnień przed sądem.

Odczytane zeznania – namalowały wstrząsający proces wykluwania się pomysłu na zbrodnię. Podjęcie  decyzji o zabiciu człowieka niewiele różniło się od decyzji Kowalskiego, z czym dziś zrobi sobie kanapkę do pracy – z serem żółtym czy salami…

Para poznała się w 1992 roku. Ona pracowała w jadłodajni na Czerniakowie, nie uczyła się. On – pracownik betoniarni, często po 12 godzin w robocie, właśnie skończył wojsko. Zamieszkali razem, w mieszkaniu jej rodziców, na warszawskiej Pradze. Pokój obok zajmowali Halina i Zenon S. – rodzice dwudziestolatki. Matka borykała się z problemami psychicznymi, była częstym pacjentem szpitali psychiatrycznych. Ojciec nie pił tylko wtedy, kiedy przycisnęła go bieda i musiał iść – zazwyczaj na parę dni – do jakiejś pracy, głównie na budowie. Nie były to warunki sprzyjające rodzącej się miłości i wiciu rodzinnego gniazdka.

Kandydat na zięcia twierdzi dziś, że zatargu z przyszłym teściem nie miał, przemocy fizycznej w domu nie widział, choć faktycznie – ojciec znęcał się psychicznie nad córką i żoną.

– Napił się czy tam coś, to już w ścianę walił, by przynieść mu piwko, wrzeszczał, awanturował się – relacjonował policjantom Bogdan. Ojciec nie zważając na fakt, że mieszka z żoną i córką, sprowadzał sobie kochanki, pił z nimi. Matka krzyżyk na nim postawiła, spokój był tylko wtedy, kiedy nie było alkoholu. Ale na procenty zawsze musiały się znaleźć pieniądze.

Na pół roku przed zabójstwem Bogdan wkurzył się na Zenona – doszło do szarpaniny.

– Monika mówiła mi, że się szarpali, ale siniaków po tym nie miała. A ma taką tendencję do siniaków – przywoływał z pamięci. Myśl o pozbyciu się uciążliwego ojca zaczyna kiełkować w głowach młodych kochanków. Monika nieśmiało podpowiada, że może by się go tak pozbyć?

 – Były takie rozmowy, mało konkretne. Monika nigdy konkretnie nie mówiła, żeby zabić. – odczytywała wyjaśnienia oskarżonego sędzia Piwnik.

Wyszło jak wyszło

– Tego dnia wróciłem wcześniej z pracy. Nie mogłem się dostać do mieszkania, Drzwi były zamknięte od środka. Monika wróciła z pracy,  otworzyła drzwi. Na stole stała butelka po winie. Ojciec, jak zwykle był nawalony, zdenerwowała się. Wtedy wyszła taka sprawa, że ona… może by się go pozbyć. Wziąłem nóż z kuchni. Mieliśmy dylemat miesiąc przed zdarzeniem, na początku myśleliśmy, żeby go po prostu zabić.  Byłem głodny, pić się chciało, to był maj, lipiec? Było ciepło… i widno. Wziąłem nóż, Monika dała mi przyzwolenie… poszedłem do pokoju, on wstał, zrobił kilka kroków  w moją stronę. W domu tego dnia nie było awantury, ale jak zwykle był pijany. Monika stała w przedpokoju, stamtąd widać wersalkę. On się poderwał, zrobił kilka kroków w moją stronę,  ja go raz w serce. Nie ciąłem drugi raz, zauważyłem, że leży. Monika wybiegła do drugiego pokoju. Miała łzy w oczach. – zeznawał morderca.

Jak powiedział policjantom, gdy wróciła do pokoju Zenon S. już się nie ruszał.

– Wtedy obmyłem nóż pod prysznicem, potem wzięliśmy wiaderko, szmaty, z grubsza umyliśmy. Dywany były zwinięte, on leżał na linoleum. To linoleum jest w tym mieszkaniu do dziś. Zamknęliśmy mieszkanie, poszliśmy do baru, zamówiliśmy po jednym piwie. Wieczorem mieliśmy wynieść go z domu, ale to kawał chłopa. Nie mieliśmy pomysłu co z nim zrobić. Matka była wtedy w szpitalu psychiatrycznym. Poszliśmy spać, zwłoki leżały na podłodze.  Wyszło jak wyszło – przytaczała suchą relację z protokołów przesłuchań oskarżonego przewodnicząca składu sędziowskiego

Po dwóch dniach zwłoki zaczęły śmierdzieć. Coś musieli postanowić. Do głowy przyszło jedyne, wydawałoby się  najprostsze rozwiązanie – pozbycie się ciała w kawałkach. Pierwszy dzień po zabójstwie spędzili na dworze; poszli nad kanałek przy Jubilerskiej

– Może tu wyrzucić zwłoki? – główkowali.

„Znaleźliśmy dwie torby skórzane. Obcinaliśmy mu kończyny razem” – zapisano w jednym z protokołów. Gdzie indziej: „Monika chyba tylko jedną rękę odcięła”. Przed sądem Bogdan G. wycofał się z tych słów – i tym samym –  odciążył byłą konkubinę. „Monika nie rozczłonkowywała ciała” – prostował.

 – Robiłem to nożem, pomagałem młotkiem, to niełatwe jest. Głowę, włożyłem  do reklamówki i do tej torby skórzanej. Potem nogi ręce, już tylko do toreb skórzanych. Wynosiliśmy chyba ze dwa razy, ja niosłem głowę. Monika chyba ręce, albo nogi. Potem tułów, bo był ciężki.

 Umyli podłogę, ku swojemu zdziwieniu, Bogdan odnotował, że krwi było mało. Tę jednak po latach znaleźli śledczy.

Tak poćwiartowane ciało rozrzucili w krzakach w okolicach wspomnianego już kanałku przy Jubilerskiej. Dojechali  tam autobusem, „nic nie śmierdziało” – dodawał oskarżony. Torby, w których przewozili kawałki ciała wraz z nożem wyrzucili „chyba do zsypu, pod blokiem”. Kiedy parę miesięcy później wróciła matka dziewczyny, powiedzieli jej, że poszedł do kochanki. Halina chwilę po tym zgłosiła zaginięcie i obie – córka i matka – były na tę okoliczność przesłuchiwane. Ale chyba nikt specjalnie nie przejął się zagięciem awanturującego się alkoholika.

Po tych zdarzeniach parze urodził się syn, dziś dwudziestoletni.

 – Dobrze się uczy – z dumą podkreślali rodzice.

Oblicza miłości

 

Gdy kochankowie się rozstali, ona miała kolejnych mężczyzn. Bogdan stale jej przypominał: – Nic nie mów o zabójstwie, bo będzie problem.

Ale ona opowiadała o tym jednemu z kochanków, Klaudiuszowi powiedziała. Matka też coś usłyszała, jak kiedyś rozmawiali na ten temat, ale chyba wierzyć nie chciała, zresztą po lekach zawsze była, może nie do końca dotarło to do niej. Po latach postanowili do siebie wrócić, ale Monika, gdy wypiła, to wychodziła i nie wracała na noc.  W latach 2006-2008 miała trzech kochanków. Wrócili do siebie, ona czasem tych kochanków do domu przyprowadzała, za ścianą spał Bogdan.

 – Nie wchodziłem w to emocjonalnie, ona miała tych chłopów, by starczało na rachunki – podsumował Bogdan G.

W dniu, w którym prawda wyszła na jaw, pili. Ona wróciła do domu, klucze kazała Bogdanowi zwrócić, że jednak z Arturem (kolejnym kochankiem) chce od teraz być. Wróciła z policją, chciała Bogdana wyrzucić. On pił trzy dni, alkohol w organizmie zrobił swoje. I zastrzegł, że powie policji, co zrobili z ojcem dwadzieścia parę lat temu. Jak obiecał tak zrobił.

Z odczytywanych protokołów wyjaśnień złożonych w 2017 roku przez Bogdana G. przebija miłość. Bogdan mówi o uczuciu łączącym tych dwoje, o tym, że chciał pomóc Monice, nie mógł patrzeć jak ojciec ją traktuje. Z jednej strony ojciec tyran, awanturnik, z drugiej – matka lecząca się psychiatrycznie. I decyzja, która z miłości do kobiety okazała się nader prosta i szybka, wykonanie jednak – już nie tak łatwe.

Ostatnie akordy rozprawy, do której skład sędziowski wróci dopiero po wakacjach, wybrzmiały w tonacji szczególnie dramatycznej. W trakcie ustalania listy świadków na kolejne terminy, Monika S. dowiedziała się, że  jej przesłuchiwana w zeszłym roku matka, nagle zmarła. Łzy popłynęły natychmiast, kobieta przeżyła szok. Z matką nie miała kontaktu odkąd trafiła do aresztu, który teraz sąd uchylił.

Sprawa ma jeszcze drugie – nazwijmy to – dno; zdarzenie dotyczy bowiem połowy lat 90., gdy obowiązywał kodeks karny z 1969 roku. Według jakiego przyjdzie ocenić postawę oskarżonego mężczyzny, bez którego przyznania się do tej strasznej zbrodni policja do dziś nie wiedziałaby o tragicznych wydarzeniach, które stały się udziałem tej dwójki w 1995 roku.

 – Warunki nadzwyczajnego złagodzenia kary, w związku z ujawnieniem istotnych okoliczności, są korzystniejsze dla Bogdana G. według ustawodawstwa z 1969 roku – mówi nam jego obrońca, mecenas Zbigniew Plichtowicz. Tę szczególną zagwozdkę prawną będą musieli rozwikłać sędziowie. Co się zaś stanie z Moniką, która postawiona ma zarzut z artykułu 18 §2 dawnego kodeksu karnego (pomocnictwo –„kto chcąc, aby inna osoba dokonała czynu zabronionego (…) dostarcza jej środków, udziela rady i informacji”), czas pokaże.

Bogdan S. pozostaje za kratkami i stamtąd dowożony będzie na kolejne rozprawy.

Gabriela Jatkowska

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*