Zauroczenie bliskie śmierci

Nie zwraca uwagi na to, że dziewczyna nie chce się z nim spotykać. Nie widział dla siebie życia bez niej, dla niej zresztą też. – Jeśli nie będę jej miał, to nikt nie będzie z Sylwią – powiedział koledze. I prawie osiągnął ten cel.

Był 2014 rok, 32-letni Krzysztof W., mieszkaniec Jastrzębia-Zdroju, już od ośmiu lat pracował w firmie produkcyjnej w Żorach, przy ul. Pszczyńskiej. Przełożeni byli zadowoleni z tego pracownika. Cenili go i chwalili. Krzysztof miał orzeczenie o stopniu niesprawności, ukończył też szkołę specjalną. Mieszkał z ojcem. Mężczyzna miał tylko jedną słabość, gdy pojawiała się w pracy jakaś nowa, młoda kobieta, to od razu adorował ją przez czas jakiś.

– Potem mu przechodziło, aż do kolejnej – zeznawali w prokuraturze świadkowie.

W zakładzie pracy Krzysztofowi W. nie czyniono z tego powodu zarzutów. Jedynie uśmiechano się pod nosem na takie jego zachowanie.

– Już taki jest, niegroźny dla otoczenia – powtarzano.

Z Sylwią P. jednak było inaczej. 22-latka nie miała chłopaka. Mieszkała w Żorach i rozpoczęła właśnie studia zaoczne. Aby nie obciążać rodziców, i zarobić na siebie, w lecie 2014 roku rozpoczęła pracę w tej samej firmie produkcyjnej, w której był już zatrudniony Krzysztof W. Nie znali się wcześniej. Sylwia P. wybrała pracę w zakładzie, w którym niegdyś była zatrudniona jej siostra. Opowiadała Sylwii, że była bardzo zadowolona z pracy w tym zakładzie.

Gdy Krzysztof W. pierwszy raz zobaczył Sylwię P., podszedł do niej, i jak to miał w zwyczaju, przedstawił się. Z grzeczności zrewanżowała mu się tym samym. Nic poza tym. Sylwia nadal zajmowała się swoimi zawodowymi sprawami, a Krzysztof, wykonując swoją robotę, przyglądał się jej uważnie. Inni pracownicy widzieli, co się dzieje, i znowu uśmiechali się wymownie.

Obserwacje Sylwii P. prowadzone przez Krzysztofa W. trwały jednak dłużej, niż to bywało w jego zwyczaju. W cztery miesiące od podjęcia pracy przez 22-latkę, nadal ją adorował. Aż w końcu zdecydował się przystąpić do dziania.

– Czy może nie zaprzyjaźniłabyś się ze mną na gruncie prywatnym? – zapytał dziewczynę, a ta zdziwiona odpowiedziała grzecznym tonem:

– Dziękuję, ale nie jestem zainteresowana.

Kontakty pomiędzy nimi pozostały zatem sporadyczne, i to jedynie na gruncie zawodowym.

– Z tego, co zeznawano, przez kilka kolejnych miesięcy Krzysztof W. dał sobie spokój z Sylwią P. – przypomina prokurator Edyta Hraciuk – Tomecka z Prokuratury Rejonowej w Żorach – Ale obserwował ją nadal.

Dni mijały i Sylwia zdołała już zapomnieć o zachowaniu Krzysztofa. Gdy tylko spotykali się w zakładzie pracy, rozmawiali z sobą niezobowiązująco. Lecz Krzysztof W. pojmował te rozmowy opacznie. Co więcej, zaczął z nią korespondować przez portale społecznościowe. Nie widząc w tym nic złego, Sylwia odpowiadała mu. Za każdym razem przypominając jednak, aby nie był nachalny i granic tych rozmów nie przekraczał. Lecz on jej nie słuchał. Postanowiła więc zerwać z nim kontakty na portalu społecznościowym. On jednak nie zrezygnował. Założył inne konto użytkownika. I podszywając się pod inną osobę, nadal z nią korespondował. Dziewczyna nie wiedziała o jego podstępie. Do czasu jednak, gdy po treści kolejnej korespondencji zorientowała się, że to znowu jest Krzysztof.

Tymczasem Sylwia awansowała w firmie i stała się przełożoną Krzysztofa, który musiał wykonywać jej polecenia. Denerwowało go to bardzo, a ona przez cały czas starała się jednak zachowywać w stosunku do niego grzecznie, ale z dystansem.

Ale on tego jej zachowania nie doceniał. – Ignorował ją, i lekceważył jako przełożoną – przypomina prokurator – Natomiast kilka razy, w kilku językach wysyłał jej nawet karteczki, na których było napisane: „Kocham Cię!”. Kobieta wyjaśniała mu grzecznie, że to wszystko nie ma sensu, że tak nie można.

Tłumaczyła, jak koledze, lecz to nie skutkowało. Nadal miał do niej pretensje, że nie odpisuje na jego maile. Raz Sylwia w szafce znalazła nawet kartkę z napisem, że to wąglik. Myślała najpierw, że to jej szef się wygłupia. Ale potem okazało się, że to znowu dzieło Krzysztofa W.

– Nie czułam jednak wtedy fizycznego zagrożenia z jego strony. Nie obawiałam się, że mi coś złego uczyni – wspominała potem w prokuraturze.

Sądziła, że Krzysztof może jej jedynie coś zniszczyć. Z zemsty, że mu się ciągle opiera, że ona nie aprobuje jego zachowania. Zgłosiła nawet w dyrekcji, że ma już tego dość, że to wszystko odbija się na pracy.

– Stale mnie lekceważy – powtarzała.

Ale dyrekcja oświadczyła, aby się w końcu jakoś dogadali. Nikt chyba wtedy nie przypuszczał, do jakiego nieszczęścia dojść może.

Sylwia P. nie mogła jednak znaleźć wspólnej płaszczyzny porozumienia z Krzysztofem W.

– Ktoś raz porysował jej samochód – przypomina prokurator Hraciuk – Tomecka – Rysa przypominała literę „W”, jakby od nazwiska Krzysztofa W. Ale Sylwia P. uszkodzenia auta nie zgłaszała. W trakcie prowadzonego potem śledztwa Krzysztof W. nie przyznał się do tego czynu.

Jedynie przez pół roku Sylwia P. miała spokój ze swoim niechcianym adoratorem.

– Za namową kolegów z zakładu pracy Krzysztof W. zgłosił się na leczenie do szpitala psychiatrycznego w Rybniku – przypominają w prokuraturze – Mówił nawet wtedy o samobójstwie. Koledzy mu pomogli i odwieźli go do szpitala.

Po pół roku Krzysztof W. wrócił do pracy i wszystko rozpoczęło się na nowo. Nadal bowiem nie mógł pogodzić się z faktem, iż jego zaloty są przez Sylwię P. odrzucane.

Swojemu koledze oznajmił: – Jeśli nie będę jej miał, to nikt nie będzie z Sylwią.

Albo ona, albo ja

 – W końcu oświadczył, że albo on odejdzie z zakładu, albo ona – mówi prokurator.

W dyrekcji usłyszał, że jeśli już ktoś musi odejść, to on. Złożył więc rezygnację. Potem chciał się z niej wycofać, ale usłyszał, że praca to nie przedszkole, i że rezygnacji wycofać już nie może.

Z końcem lipca 2016 roku Krzysztof W. został więc bez pracy. W domu nie przyznawał się ojcu do tego faktu i codziennie rano, jak zwykle, wychodził do roboty.

4 sierpnia 2016 roku, około 14.00, pojawił się przed swą byłą firmą na ulicy Pszczyńskiej. Zauważyła go niedaleko bramy zakładu jedna z jego byłych koleżanek.

– Co tu robisz? – zapytała, i dodała – Kiedy wreszcie opróżnisz szafkę?

– Kiedy będzie na to czas – odparł, ale gdy się pożegnali, podszedł pod bramę i oświadczył strażnikowi, że właśnie przyszedł po swoje rzeczy. Rozpytywał przy okazji, kto jest na urlopie. I mimochodem zagadnął o Sylwię, bo nie wiedział, gdzie ona mieszka.

– Jutro będzie w pracy – usłyszał.

Potem zeznawał w prokuraturze, że wtedy chciał jeszcze raz podejść do dyrekcji, i kolejny raz zapytać, czy by go jednak na nowo nie przyjęli.

To cud, że przeżyła

 Na drugi dzień rano zabrał z domu nóż kuchenny i autobusem z Jastrzębia-Zdroju przyjechał do Żor. Udał się pod swój były zakład pracy i zaczaił na Sylwię. Przyszła do pracy tuż przed 6. rano.

Wtedy wyskoczył zza węgła i od tyłu złapał dziewczynę za głowę.

Mocno pociągnął nożem po jej szyi.

– Cięcie było głębokie – oświadczył prokurator – Uszkodzona została tętnica szyjna, przecięte zostały mięśnie szerokie szyi. Aż cud, że przeżyła. Nożem przejechał również po palcach jej rąk, gdyż się broniła. Nie było wątpliwości, chciał ją zabić.

Sylwia P. krzyknęła z bólu i upadła na chodnik. Dramatyczną scenę zobaczył mężczyzna, który każdego roboczego dnia o tej porze widywał Sylwię P., gdy szła do pracy. Od razu ruszył kobiecie na pomoc. Oparł jej głowę o znajdujący się w pobliżu mur ogrodzenia szkoły języków obcych i wezwał pogotowie. Okrywając bluzką krwawiąca szyję coraz cichszym głosem Sylwia P. prosiła, aby mężczyzna podał jej telefon komórkowy, który upuściła na ziemię, gdy zaatakował ją Krzysztof W.

Gdy to uczynił, zadzwoniła do zakładu pracy, i wymamrotała:

– Nie przyjdę dziś do pracy, bo przed zakładem Krzysiek podciął mi gardło…

Po chwili wybiegli z firmy pracownicy. Mężczyzna, który pomagał leżącej Sylwii P., również spostrzegł uciekającego Krzysztofa W. Zauważył, że trzyma w rękach nóż. Z okien swych mieszkań przy ulicy Pszczyńskiej widziały go uciekającego dwie starsze kobiety. Również i one wskazały potem policji drogę jego ucieczki.

Nim odwieziono Sylwię P. do szpitala, policja wiedziała już, gdzie i kogo ma szukać. Przypuszczano, że w tym momencie Krzysztof W. może się najprawdopodobniej znajdować w którymś z autobusów, w drodze do domu w Jastrzębiu-Zdroju.

Pająk na karku 

Policja powiadomiła zajezdnię autobusową, a ta przez interkom poinformowała kierowców autobusów kierujących się z Żor ku Jastrzębiu-Zdrój, aby uważali, gdyż w którymś z pojazdów może się znajdować poszukiwany mężczyzna. Krzysztof W. miał wytatuowanego na karku dużego, charakterystycznego pająka. I po tym tatuażu był rozpoznawalny. O tym tatuażu również wspomniano kierowcom.

fot. Policja

Gdy Krzysztof W. po próbie zabójstwa Sylwii P. uciekł i na przystanku wsiadał do autobusu numer 101 w kierunku Jastrzębia-Zdroju, pająka wytatuowanego na jego karku zauważyła idąca tuż za nim kobieta. Starsza pani usiadła za kierowcą i słyszała, jak podawano komunikat przez interkom o poszukiwanym przestępcy, i że ma on wytatuowanego na karku dużego pająka. Od razu skojarzyła i podeszła do kierowcy.

– Widziałam, jak ten z pająkiem na karku wsiadł do naszego autobusu – potwierdziła.

Kierowca dyskretnie powiadomił dyspozytora, a ten policję.

– Kiedy na kolejnym przystanku policjanci zatrzymywali autobus, Krzysztof W. nawet nie uciekał – dodaje prokurator Hraciuk – Tomecka – Został wyprowadzony z pojazdu w kajdankach i od razu przyznał się do napadu na Sylwię P.

Pod domem ojca Krzysztofa W. stali już policjanci. Na krótkich spodenkach 32-latka widniała krew Sylwii. Krzysztof W. wskazał również miejsce, w którym wyrzucił po drodze zakrwawiony nóż kuchenny i bluzę. W trakcie prowadzonego śledztwa ojciec Krzysztofa W. nie potwierdził, aby nóż, którego użył jego syn do ataku na 22-latkę, pochodził z jego kuchni.

– Nie chciałem jej zabić, chciałem ją jedynie oszpecić – bronił się przed zarzutem o usiłowanie zabójstwa 22-latki Krzysztof W.

Sąd poddał go obserwacji psychiatrycznej.

– Biegli orzekli, że w momencie popełniania przestępstwa nie miał ograniczonej poczytalności, i zdawał sobie sprawę z tego, co czyni – podkreślał prokurator.

22 września 2017 roku za próbę zabójstwa Sylwii P. rybnicki wydział zamiejscowy Sądu Okręgowego w Gliwicach skazał w pierwszej instancji Krzysztofa W. na 13 lat pozbawienia wolności. W trakcie apelacji obrońca oskarżonego sugerował jakoby jego klient nie chciał zabić Sylwii, a jedynie ją okaleczyć. Wobec czego wyrok winien być mniejszy. 11 stycznia 2018 roku Sąd Apelacyjny w Katowicach nie podzielił jednak zdania obrony i podtrzymał wyrok sądu z Gliwic.

Roman Roessler

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*