Niska szkodliwość czynu

Sprawę tę opisywał na łamach „Reportera” w 2013 roku Mikołaj Podolski („Śmierć spotkała go pod parapetem”). Gdańszczanin Paweł Tomasik zmarł w szpitalu po policyjnej interwencji. Został skatowany przez stróżów prawa. Tomasik był w tym czasie pod wpływem kokainy i alkoholu, czym obecnie sąd tłumaczy jego zgon.

Być może pobicie nie było przyczyną śmierci, ale dziwnym zbiegiem okoliczności w czasie policyjnej interwencji nastąpiła awaria kamer. To nie pierwszy taki przypadek, gdy kamery zacinają się w czasie akcji policjantów. Na łamach naszego magazynu opisywałem tajemniczą śmierć dziennikarza Marcina Prażmowskiego. Zginął w centrum Warszawy, naszpikowanym kamerami. Oczywiście nic nie nagrały, a kluczowa kamera w momencie interwencji policyjnej zacięła się. To już norma, podobnie jak wyroki sądów w sprawach, w których policjanci są oskarżeni o pobicie ze skutkiem śmiertelnym.

W sierpniu 2013 roku funkcjonariusze brali udział w zatrzymaniu 30-letniego Pawła, który – nie wiadomo z jakiego powodu – usiłował wedrzeć się przez okno do mieszkania na parterze w Gdańsku-Wrzeszczu. Funkcjonariusze, którzy przyjechali na miejsce, obezwładnili mężczyznę za pomocą pałek oraz miotacza gazu, a potem założyli mu kajdanki i zaprowadzili do radiowozu. Według mundurowych mężczyzna nadal jednak stawiał opór i nie reagował na ich polecenia. Rzekomo nie uspokoił się także podczas wyprowadzania z radiowozu przed komisariatem. Wtedy oficer dyżurny wezwał pogotowie ratunkowe. W ustaleniu dokładnego przebiegu zdarzenia mógłby pomóc monitoring, ale ponoć policyjne kamery nie zadziałały. Gdy oczekiwano na przyjazd karetki, Paweł Tomasik stracił przytomność i został zawieziony do szpitala. Z dokumentów medycznych wynika, że miał ślady pobicia m.in. od pałki, oraz złamany nos. Jak mówi jego ojciec: „Był cały zmasakrowany”.

Mężczyzna zmarł następnego dnia w szpitalu. Biegli stwierdzili, że bezpośrednią przyczyną zgonu był zawał serca, do czego miało przyczynić się wcześniejsze spożycie alkoholu i narkotyków. Paweł Tomasik nie był kryminalistą. Po prostu tego dnia narozrabiał „będąc pod wpływem”.

Pięć lat temu Mikołaj Podolski napisał: „Nikt specjalnie nie broni zmarłego. Nie neguję, że zrobił rzecz straszną, bardzo zresztą dla siebie nietypową, ale powinien za nią odpowiedzieć przed sądem. A nie umierać”.

Przyznam, że nie pojmuję, jak stróże prawa mogą bić skutego, leżącego na ziemi człowieka. Tym bardziej nie rozumiem, że zdaniem sądu takie postępowanie nosi znamiona niskiej szkodliwości społecznej. Pod koniec kwietnia tego roku Sąd Rejonowy Gdańsk-Północ ogłosił wyrok w sprawie śmierci Pawła Tomasika. Sędzia orzekła, że funkcjonariusze przekroczyli swoje uprawnienia, bijąc pałką leżącego na ziemi mężczyznę, ale sprawa została warunkowo umorzona. Dlaczego? Z racji tego, że wina oskarżonych i tzw. znikoma szkodliwość społeczna czynu, nie były znaczne – jak podkreśliła sędzia – postępowanie warunkowo umorzono na okres 3 lat. Oskarżeni muszą zapłacić po 2 tysiące złotych rodzicom zmarłego. Policjanci mogą dalej pracować, nie dostali zakazu wykonywania zawodu. Oskarżonych bronił trójmiejski adwokat Łukasz Isenko, z którym także ja i Mikołaj Podolski spotkaliśmy się w sądzie. Ale do tej sprawy wrócę przy innej okazji.

Dlaczego pobicie skutego człowieka nazywamy przekroczeniem uprawnień? Bo przy tej kwalifikacji zagrożenie karą jest praktycznie żadne. A już stwierdzenie o niskiej szkodliwości powinno przejść do kanonów orzekania. I po takich wyrokach „stróże prawa” dziwią się, że ludzie nie mają nadmiernego szacunku dla mundurowych.

Co myślą o brutalności policji, pokazali manifestanci, którzy demonstrowali po śmierci Pawła we Wrzeszczu. Nie spodobało się wówczas policyjnym związkowcom, że ich formację porównuje się do gestapo i nazywa mordercami. Sprawa przeciwko demonstrantom trafiła do prokuratury w Malborku.

Bardzo prawdopodobne, że demonstranci będą jedynymi ukaranymi w związku ze sprawą śmierci Pawła Tomasika. Sąd, zapewne nie doszuka się niskiej szkodliwości ich czynów.

Janusz Szostak

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*