Dzień szalonego spacerowicza

Andrzej G. na bazarze przy ulicy Wernera usiłował zamordować Jana W. Fot. Mariusz Gadomski

Rok 1999 dobiegał końca. Dni były coraz krótsze. Wielu z nas zastanawiało się, co przyniesie przyszłość. Kończył się bowiem nie tylko rok, ale także tysiąclecie. Co się zmieni po 1 stycznia, a co zostanie po staremu? Co będzie z Polską? Czy pluskwa milenijna naprawdę zaatakuje i świat stanie na krawędzi, czy to tylko temat zastępczy, żeby odwrócić uwagę społeczeństwa od rzeczywistych problemów naszej cywilizacji?

Andrzej był daleki od stawiania dekadenckich pytań. Zdawał sobie sprawę, że w jego życiu nie zmieni się nic. Ani w mijającym tysiącleciu, ani w tym, które nadchodziło.

17 grudnia 1999 roku w Radomiu od rana prószył śnieg. Zawierucha jednak się nie zapowiadała. Biały puch dodawał miastu uroku. 65-letni Józef R. wracał z apteki do domu. Przechodził przez jezdnię na skrzyżowaniu ulic Kolberga i Zbrowskiego. Mniej więcej w połowie przejścia został napadnięty przez mężczyznę, który od pewnego czasu szedł za nim.

Nieznajomy napastnik zadał panu Józefowi dwa ciosy nożem: jeden w ramię, drugi w plecy pod łopatkę. Atak trwał może 2 sekundy. Następnie nożownik ruszył pospiesznie ulicą Kolberga, nie oglądając się za siebie. Zraniony mężczyzna zdołał się podnieść i o własnych siłach dotarł do domu. Pod koniec XX wieku telefony komórkowe stanowiły rzadkość, Józef R. dopiero z mieszkania zadzwonił ze stacjonarnego po policję i pogotowie. Trafił do szpitala przy ulicy Tochtermana. Jego obrażenia okazały się powierzchowne, jednak musiał zostać na leczeniu kilka dni.

– Nie wiem, kto to był, nigdy nie widziałem tego człowieka. Szedł za mną na przejściu, i nagle, bez słowa dźgnął mnie nożem – powiedział Józef R., gdy policja spytała go o napastnika. Z podanego rysopisu wynikało, że był to mężczyzna w wieku 30-35 lat, szczupły i niepozorny. Ubrany w jakąś burą kurtkę i ciemne spodnie. Na głowie czapka. Nie miał żadnych znaków szczególnych.

Niczego nie ukradł

Z wstępnych ustaleń wynikało, że było to usiłowanie zabójstwa bez wyraźnego motywu czy powodu. 65-letni emeryt nie miał wrogów; w każdym razie nie takich, którzy rozwiązują nieporozumienia za pomocą noża. Może napastnik pomylił poszkodowanego z kimś innym? A może to szaleniec?

Funkcjonariusze sprawdzili wraz z przyległościami ulicę Kolberga, gdzie pobiegł nożownik, ale nie zatrzymali nikogo podejrzanego. Od napadu do przyjazdu policji upłynęło około kwadransa. Sprawca miał dość czasu, aby się gdzieś ukryć. Mógł się znajdować w zupełnie innej części miasta.

W miejscu ataku zabezpieczano ślady przestępstwa i rozmawiano ze świadkami, których nie znalazło się wielu. Do zdarzenia doszło około godziny 10, kiedy ludzie są w pracy, a dzieci i młodzież w szkołach. W pobliżu był tylko jeden sklep i kiosk, ekspedientki niczego nie widziały. Ekipa policji pracowała, gdy oficer dyżurny radomskiej komendy został powiadomiony o następnym ataku tajemniczego nożownika.

– Jakiś facet zranił nożem starszą kobietę na ulicy 25 Czerwca. Już jedzie do niej karetka – poinformował telefonicznie świadek zdarzenia.

57-letnia kobieta wracała z zakupów. Dźwigała w obu rękach wypchane siatki. Naraz świadkowie tragedii usłyszeli krzyk: – Ratunku, złodziej!

Kilku przechodniów zobaczyło młodego mężczyznę w ciemnej kurtce, który skręcił w ulicę Wysoką i zniknął z ich pola widzenia. Kobieta upadła na chodnik. Kilka osób, które chciały jej pomóc wstać, zobaczyło, że spod szalika, który miała na szyi, cieknie krew z poderżniętego gardła.

– On mnie dwa razy dźgnął nożem – wyszeptała i zemdlała.

Karetka reanimacyjna przetransportowała ranną do szpitala. Kobieta trafiła na stół operacyjny. Niestety, mimo wysiłków lekarzy zmarła nie odzyskawszy już przytomności. Przyczyną zgonu były obrażenia powstałe po dwóch pchnięciach zadanych nożem z dużą siłą, w szyję i w prawy bok.

Okazało się, że człowiek, którego ofiara wzięła za złodzieja, niczego jej nie ukradł. Nawet nie zajrzał do torebki, w której miała portfel z gotówką. To był morderca, którego nie interesowała kradzież.

Szalony spacerowicz?

Ulica 25 Czerwca to jedna z większych arterii w Radomiu. W miejscu, gdzie doszło do drugiego aktu krwawego dramatu, po jednej stronie rozciąga się na powierzchni prawie 9 ha park Leśniczówka. Po drugiej stronie ulicy znajduje się szereg domów mieszkalnych, sklepów i instytucji. Strona, gdzie jest park, łączy się z ulicą Kolberga.

Sprawcą zabójstwa mógł być ten sam człowiek, który kwadrans wcześniej zranił Józefa R. To było więcej niż tylko przypuszczenie. Pasowała bliska odległość miejsc, gdzie doszło do ataków. Pasował wygląd napastnika: w jednym i drugim przypadku świadkowie mówili o młodym, szczupłym mężczyźnie w ciemnej kurtce i w zimowej czapce na głowie. Pasowało narzędzie zbrodni. A także brak racjonalnego motywu przestępstwa. Wyglądało to tak, jakby sprawca wyszedł na spacer i po drodze zabijał przypadkowych przechodniów.

Takie historie rozgrywały się najczęściej w USA. W Polsce należały do rzadkości. Postać szalonego mordercy zabijającego wszystkich, którzy znaleźli się w złym miejscu i czasie, to popularny temat amerykańskich filmów sensacyjnych. Na ekranie prawie zawsze dobro zwycięża zło. Czy podobnie zakończy się starcie radomskiej policji z „szalonym spacerowiczem”? I czy rzeczywiście jest to człowiek chory umysłowo? Może jednak miał jakiś ukryty motyw?

Józef R. stwierdził, że nigdy wcześniej nie widział napastnika. Zamordowana kobieta prawdopodobnie również go nie znała. Natomiast sprawca, przynajmniej teoretycznie, mógł znać ich oboje. Może widział w nich jakichś wrogów, których zdecydował się zabić. Jeśli tak, to oba ataki musiały być zaplanowane. Tyle tylko, że przerwa między nimi była zbyt krótka. Zabójstwo lub nawet próba zabójstwa jest dużym obciążeniem fizycznym i psychicznym dla sprawcy. Taki czyn wymaga odreagowania. W tym przypadku od pierwszego ataku do drugiego upłynął kwadrans. Można by pomyśleć, że zrobiła to maszyna do zabijania. A przecież był to człowiek.

Przydałby się profiler

W filmach, w takich sytuacjach do akcji zwykle wkracza genialny profiler. Na podstawie sposobu działania mordercy, spostrzeżeń świadków i wielu innych czynników, które dla laików są niezrozumiałe, potrafi stwierdzić, z jakiej grupy społecznej pochodzi sprawca, czy nie był przypadkiem krzywdzony w dzieciństwie i co jada na śniadanie (fantazja scenarzystów jest nieograniczona). W prawdziwym śledztwie nie ma tak łatwo.

W Radomiu policja nie miała czasu na szczegółowe analizy. Skoro zabójca zaatakował dwa razy w przeciągu kilkunastu minut, to można było przypuszczać, że zrobi to wkrótce znowu.

Po ulicach krążyły radiowozy i nieoznakowane samochody policyjne. Uzbrojone piesze patrole zaglądały do bram, sprawdzały podwórka, skwery, place. Chociaż wkładano w to moc wysiłków i energii, było to szukanie po omacku. Sprawca nie rzucał się w oczy. Mężczyzn wyglądających tak jak on spotykano co krok. Nie sposób zatrzymywać i legitymować każdego trzydziestolatka w ciemnej kurtce i czapce narciarce. Morderca mógł zresztą już w tym dniu nie zaatakować. Intuicja podpowiadała jednak policjantom, że wkrótce da o sobie znać.

Trzeci akt krwawego spektaklu

Po zabójstwie kobiety na ulicy 25 Czerwca, podejrzany mężczyzna oddalił się z miejsca zbrodni, skręcając w ulicę Wysoką. W tę część miasta skierowano największą liczbę policjantów. Panował tu spory ruch w ciągu dnia. Było dużo lokali gastronomicznych, sklepów, punktów usługowych i innych potencjalnych kryjówek. Jednak żadna z osób rozpytywanych przez policję nie widziała wysokiego mężczyzny w ciemnym ubraniu. A jeśli nawet ktoś go widział, to go nie zapamiętał lub nie chciał powiedzieć policji prawdy.

Minęło 20 minut od zabójstwa na 25 Czerwca. 72-letni Marian S. szedł przez plac przed gmachem Teatru Powszechnego. Gdy mijał portiernię, ktoś do niego podbiegł od tyłu. Mężczyzna obejrzał się zdziwiony i zobaczył człowieka z nożem w ręku. Zanim zdążył w jakiś sposób zareagować, tamten zadał mu dwa, jedno po drugim, pchnięcia. Ugodził Mariana S. w szyję i w bok. Ranny przewrócił się, ale nie stracił przytomności. Zachował dość sił, żeby wstać i uciekać. Bał się, że nożownik nie poprzestanie na dwóch ciosach. Ale sprawca nie gonił go. Uciekał w drugą stronę. Ktoś, kto widział zajście, próbował go zatrzymać, ale nie dał rady. Morderca przebiegł plac, po czym skręcił w ulicę Wernera.

Marian S. dopiero po dłuższej chwili poczuł, że słabnie. Kręciło mu się w głowie, z trudem trzymał się na nogach. Zdołał dotrzeć do Domu Towarowego „Senior”. Właściciel punktu dorabiania kluczy udzielił mu pierwszej pomocy, po czym zadzwonił po karetkę pogotowia. Obrażenia Mariana S. okazały się niegroźne.

Powiadomiona o trzecim ataku nożownika policja ruszyła jego śladem. Tym razem byli na miejscu dosłownie chwilę po zdarzeniu. Dokładnie wiedzieli, gdzie morderca uciekł. To zwiększało szansę na schwytanie go, nim znowu zrobi komuś krzywdę.

Krzywe spojrzenie

Pod koniec lat 90. ubiegłego wieku przy ulicy Wernera znajdowało się największe w Radomiu targowisku. Przed świętami Bożego Narodzenia największe wzięcie miały choinki i bombki. Ludzie, przechadzając się między straganami, deptali sobie po piętach i potrącali się. W takim miejscu „spacerowicz” mógł się na kogoś rzucić z nożem. W tłumie trudno byłoby go jednak zatrzymać, a jeszcze trudniej wypatrzyć.

Jan W. właśnie opuszczał targowisko i szedł do samochodu zaparkowanego na niewielkim placyku. Nagle poczuł, że ktoś go popchnął. Obejrzał się i zobaczył młodego mężczyznę o kręconych włosach. Postawa Jana W. mówiła jasno: czego się człowieku rozbijasz? Mężczyzna nie odezwał się jednak ani słowem, nie chciał wdawać się w żadne sprzeczki. Może gość jest pijany, albo to jakiś pieniacz, co mu wszystko przeszkadza?

Ale tamtemu wystarczyło samo spojrzenie. Sekundę później rzucił się na Jana W. Doszło między nimi do szarpaniny.

– Starszy z nich nagle zaczął jęczeć z bólu. Ten drugi, młodszy, zadawał mu nożem cios za ciosem – powiedziała później właścicielka kramiku na bazarze. Jeden z ciosów trafił Jana W. w szyję. Ostrze noża przeszło przez ciało na wylot. Trysnęła krew. Nożownik rozejrzał się wokoło, po czym zaczął uciekać, roztrącając ludzi, którzy stali na drodze.

Kilku mężczyzn rzuciło się za nim w pościg, Jeden z mężczyzn dopadł mordercę, chwycił go za ramię i uderzył pięścią w twarz. Inny pobiegł po ochroniarzy.

– Nie wiedzieliśmy dobrze, co się stało, bo byliśmy w innym miejscu. Zaraz jednak ruszyliśmy na pomoc. Kolega pomógł obezwładnić nożownika. To był młody człowiek, około 180 centymetrów wzrostu, miał ciemne, lekko falowane włosy. Przewróciliśmy go tak, żeby leżał twarzą do ziemi. W trakcie szamotaniny wysunął mu się spod kurtki nóż myśliwski o długim, zaostrzonym ostrzu. Była na nim krew – relacjonował Paweł M., jeden z ochroniarzy bazaru.

Zaprowadzili go do swojego biura i czekali na przyjazd policji, którą wezwali. Nożownik siedział w milczeniu, ze spuszczoną głową. Wydawał się przygaszony i wystraszony tym, co wkrótce miało się z nim stać. Odezwał się tylko raz. Gdy ochroniarze spytali go, dlaczego chciał zabić mężczyznę wychodzącego z bazaru (Jan W. w ciężkim stanie trafił do szpitala, potem się z tego wylizał), odparł krótko: – Krzywo na mnie spojrzał.

Odwet za nieudane życie

Człowiekiem, który w biały dzień zaatakował w centrum Radomia cztery osoby, okazał się 31-letni bezrobotny Andrzej G. Był kawalerem, mieszkał w śródmieściu. Utrzymywał się z zasiłku. Nigdy wcześniej nie miał problemów z prawem. W chwili zatrzymania był zupełnie trzeźwy.

Podczas policyjnego przesłuchania Andrzej G. przyznał się do czterech ataków nożowniczych w dniu 17 grudnia 1999 roku. Ofiary były przypadkowe. Nie znał tych ludzi. Osobiście w niczym mu nie zawinili. Dlaczego więc chciał ich zabić? Stwierdził, że motywem jego postępowania była chęć wzięcia odwetu „za nieudane życie”. Po śmierci matki został zupełnie sam. Z dalszą rodziną nie utrzymywał kontaktów. Nie miał przyjaciół. Martwił się także o swoją przyszłość. Za dwa miesiące kończył się okres, w którym przysługiwał mu zasiłek dla bezrobotnych. Na znalezienie pracy nie liczył.

– Pomyślałem, że święta będę musiał spędzić sam. Co to zresztą za święta, jak nie ma się za co ich urządzić? A innych stać na wszystko… Chciałem się po prostu zemścić. Wyszedłem, żeby zabijać. Wybierałem na ofiary starszych ludzi, bo nie są tak czujni i sprawni fizycznie, jak młodzi – wyjaśniał.

Andrzej G. został aresztowany. Następnie wysłano go na badania psychiatryczne do szpitala. Biegli uznali, że zabójca w czasie popełnionych przestępstw był niepoczytalny. Mężczyzna trafił bezterminowo do zamkniętego, silnie strzeżonego zakładu psychiatrycznego.

Mariusz Gadomski

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*