ARCHIWUM X: Egzekucja konwojenta

 Ta historia ma wszystko, co jest potrzebne, aby na jej podstawie napisać kryminał. Jest tajemnicza zbrodnia, kradzież pieniędzy, oraz podejrzani, którym trudno cokolwiek udowodnić. Brakuje tylko dzielnego detektywa, który w spektakularny sposób odkryje prawdę.

Zapewne nie słyszeliście nigdy o zabójstwie Jarosława Ślusarczyka. Wiele lat temu wspominał o nim Michał Fajbusiewicz w programie 997. Potem ta zbrodnia poszła w zapomnienie. Podczas pracy nad artykułem pytałem o nią emerytowanych policjantów.

– Nie kojarzę – odpowiadali. I nic w tym dziwnego, bo w roku 2002 w Warszawie trwały walki gangów. Policjanci rozprawiali się właśnie z grupą „mutantów”, którzy w Parolach zabili jednego z nich. Ta sprawa była zwyczajnie jedną z wielu.

Okradanie bankomatów

Jarosław Ślusarczyk pochodził z małej miejscowości między Lublinem a Chełmem. Urodził się w roku 1976. Miał więc dopiero 25 lat. W 2001 roku wynajmował mieszkanie w Warszawie. Pracował w firmie ochroniarskiej F. (agencja ta istnieje nadal, więc nie podam jej pełnej nazwy). Posiadał pozwolenie na broń palną i zajmował się konwojowaniem gotówki do bankomatów. Stanowił więc elitę zawodu zwanego „ochrona osób i mienia”.

Firma Euronet, operator bankomatów, zlecała firmie F. przewóz gotówki w zamkniętych kasetach. Nie było możliwości ich otwarcia, od momentu zapakowania do czasu montażu w bankomacie. Cała procedura zapisywała się na specjalnej dyskietce. A mimo to ktoś znalazł sposób i zaczęły się kradzieże.

Andrzej W., w tamtym czasie dyrektor w firmie F., zeznał w śledztwie, że w 2001 roku doszło do dwóch takich kradzieży: „Od tego momentu osoby ładujące pieniądze do bankomatów ponoszą odpowiedzialność materialną. Ślusarczyk nie chciał się na to zgodzić i zrezygnował z pracy przy bankomatach – wykonywał jedynie czynności konwojowe.”

W sprawie kradzieży z bankomatów były prowadzone śledztwa prokuratury. Pierwsze z nich umorzono już w marcu 2001 roku z powodu śmierci podejrzanego. Drugie umorzono w listopadzie, ze względu na niewykrycie sprawcy przestępstwa.

Andrzej W. zeznał dodatkowo: „Po tej kradzieży firma Euronet zrezygnowała z usług F., od stycznia lub lutego nawiązała współpracę z firmą A. Do firmy A. przeszli dotychczasowi pracownicy F. przeszkoleni w zakresie obsługi bankomatów. Jedynie J. Ślusarczyk nie odszedł do drugiej firmy, mimo namów ze strony kolegów”.

Jest rzeczą ciekawą, że doszło do kradzieży, których ewidentnie dokonali konwojenci. Aby temu zaradzić, właściciel bankomatów zmienił firmę, jednak do nowej przyszli ci sami ludzie, którzy prawdopodobnie maczali palce w kradzieżach. Nietrudno się domyślić, że proceder będzie trwał nadal.

Jednak należy wskazać, że bohater naszej historii ewidentnie nie chciał w tym uczestniczyć. Zrezygnował z pracy przy bankomatach, nie zmienił firmy. Chciał się od tej sytuacji odciąć. Co ciekawe, w marcu 2002 roku zmienił nawet mieszkanie.

Znamienne jest to, co potem w śledztwie zeznała jego siostra: „Brat był osobą skrytą, dużo czasu poświęcał pracy; narzekał, że musi się denerwować, gdyż jego współpracownicy wszystko sobie lekceważyli”.

Chciał odebrać sobie życie

Na początku 2002 roku w prokuraturze nadal toczyło się jeszcze jedno śledztwo dotyczące kradzieży pieniędzy z bankomatów. Pracując nad niniejszym tekstem, odniosłem wrażenie, że mogło ono mieć kluczowe znaczenie dla dalszej historii i nadchodzącej zbrodni. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Coś złego stało się w życiu Jarosława Ślusarczyka w kwietniu 2002 roku. Jeszcze w marcu mężczyzna był prawdopodobnie w Zakopanem. Tymczasem 30 kwietnia poszedł na zwolnienie lekarskie, a następnie na urlop. Od tego momentu, aż do śmierci mężczyzna nie pojawiał się już w pracy.

Śledczy włożyli spory wysiłek w ustalenie, co robił w tym okresie czasu Jarosław Ślusarczyk. Podstawowym problemem, z jakim się spotkali, był fakt, że był to człowiek niezwykle skryty. Nawet rodzina nie wiedziała zbyt wiele o jego życiu. W domu nikt go nie odwiedzał. Można było odnieść wrażenie, że żył pracą.

Piotr, współlokator Ślusarczyka, zeznał, że w tym okresie mężczyzna zachowywał się dziwnie. Jak ustalono w śledztwie, próbował 18 maja odebrać sobie życie Jednak, jak sam przyznał, nie starczyło mu na to odwagi. Resztę miesiąca spędził w szpitalu. Opuścił go na własną prośbę 31 maja.

1 czerwca 2002 roku Jarosław Ślusarczyk przyjechał do domu rodziców. Jego matka zeznała: „Miał wtedy depresję i przyjmował leki, które mu wykupiłam. (…) W czasie pobytu w domu zachowywał się tak, jakby się czegoś obawiał. W środę 5 czerwca wyjechał do Warszawy, mówiąc, że w następnym dniu ma się stawić do pracy”.

Informacja ta jest niezwykle ciekawa, ponieważ Jarosław Ślusarczyk miał urlop do 17 czerwca. Po co więc pojechał do Warszawy? Tego nie wiemy. Dalsze zeznania matki są jeszcze ciekawsze: „W dniu 10 czerwca 2002 roku otrzymałam list od syna. W kopercie była kartka z pudełka od leków z napisem „PIN do karty [tu numer PIN], na koncie 4 tysiące. Są w bankomatach ze znaczkiem Visa Elektron oraz karta do bankomatu. Datą nadania listu był dzień 7 czerwca 2002 roku”.

W tej sytuacji matka zadzwoniła do mieszkania syna i od współlokatora Piotra dowiedziała się, że Jarka nie było w domu od 8 czerwca 2002 roku.

Jarosław Ślusarczyk wysłał matce jedyną kartę do swego konta bankowego. Czemu to zrobił? Czyżby zakładał, że nie będą już mu potrzebne? W chwili śmierci miał przy sobie jedynie 6 zł.

To była egzekucja

W czerwcu 2002 roku świat pasjonował się Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej odbywającymi się w Korei i Japonii. W niedzielę, 9 czerwca na warszawskiej Białołęce, mężczyzna spacerujący z psem natrafił na wiszące na drzewie zwłoki mężczyzny. Lekarz pogotowia stwierdził, że zgon nastąpił poprzedniego dnia.

Policjanci przybyli na miejsce nie znaleźli żadnych śladów walki. Mężczyzna wisiał na lince samochodowej. A jednak wiele wskazywało, że nie jest to zwykłe samobójstwo.


Również miejsce zabójstwa wybrano idealnie. Jest to okolica przemysłowa, w sąsiedztwie Kanału Żerańskiego
Fot. Bartłomiej Mostek

W aktach śledztwa zapisano: „Przeprowadzone oględziny zwłok wykazały, iż denat posiadał obrażenia w postaci rany lewego nadgarstka o nieregularnym kształcie, długości około 6 cm i szerokości 4 cm, oraz w okolicy skroniowej prawej otwór około 0,2 cm. Pokrzywdzony nie posiadał żadnych tatuaży, blizn, ani znaków szczególnych. Kończyny dolne i górne nie były skrępowane, zwisały wzdłuż tułowia. Stopy mężczyzny znajdowały się około 30 cm od podłoża. Pomiędzy stopami znajdował się pieniek oparty o drzewo pod kątem 45 stopni”.

Mężczyzna nie miał przy sobie żadnych dokumentów. Komisariat Policji Warszawa Białołęka podjął więc działania w kierunku zbadania, czy nie doszło tu do zabójstwa.

W tym samym czasie siostra Jarosława Ślusarczyka w innej dzielnicy Warszawy powiadomiła policję o zaginięciu brata.

Fakt znalezienia zwłok na Białołęce, powiązano z zaginięciem Jarosława Ślusarczyka dopiero po kilku dniach. Śledczy stracili więc cenny czas. W momencie gdy mężczyzna umierał, jego matka myślała, że jest w pracy, zaś szef, że na urlopie. Wszystko działało na korzyść mordercy. Rodzi się pytanie, czy moment zbrodni został wybrany celowo, czy był to przypadek?

W trakcie odbyła się sekcja zwłok. Jej wyniki pozwalają nam odtworzyć prawdopodobny przebieg zabójstwa.

W wyniku [sekcji] stwierdzono, iż przyczyną zgonu był ucisk na narządy szyi. Otwór znajdujący się w czaszce jest po ranie postrzałowej i nie ma cech przyżyciowych powstania (zabezpieczono pocisk). Obrażenia lewego nadgarstka mają cechy rany postrzałowej o cechach przyżyciowych powstania”.

Z niniejszej informacji wynika, że Jarosława Ślusarczyka postrzelono. Kula uszkodziła lewą rękę mężczyzny, ale dość powierzchownie. Mężczyzna był ranny, ale zapewne świadomy. Na miejscu zabójstwa nie znaleziono ani kuli, ani śladów krwi, zatem prawdopodobnie miało to miejsce gdzie indziej. Potem rannego przewieziono do lasku na Białołęce samochodem. Zakładać należy, że sprawców musiało być kilku. Mieli przecież do czynienia z silnym, młodym, 26-letnim mężczyzną.

Zarzucenie na gałąź linki samochodowej, pieniek, i powieszenie, a potem strzał w głowę – oddany dla pewności, już po śmierci ofiary.

Powstaje pytanie, czy było to nieudolne maskowanie zabójstwa i nadawanie mu cech samobójstwa? Czy była to egzekucja z szubienicą?

„W wyniku badań pocisku zabezpieczonego podczas sekcji zwłok Jarosława Ślusarczyka w obrębie bocznej powierzchni prawego płatu skroniowego głowy, stwierdzono, iż pochodzi on od naboju pośredniego kaliber 7,62 mm WZ43. Dowodowy pocisk został wystrzelony z niegwintowanego przewodu lufy broni produkcji samodziałowej”.

Oznacza to, że zabójca Jarosława Ślusarczyka posługiwał się własnej konstrukcji bronią, strzelającą amunicją od karabinka kałasznikow. Strzelał raczej jak myśliwy, niż jak typowy przestępca „z miasta”.

Również miejsce zabójstwa wybrano idealnie. Jest to okolica przemysłowa, w sąsiedztwie Kanału Żerańskiego. W weekend pełno tam samochodów należących do wędkarzy. Pojawienie się pojazdu i mężczyzn, nawet posiadających długą broń (z daleka przypominającą wędkę) nie wzbudziło niczyich podejrzeń.

W tej samej okolicy, w sąsiedztwie, został zamordowany i zakopany w czerwcu 1997 roku maturzysta Tomek Jaworski. Od 1990 w tej okolicy zginęło tragicznie – w tym w wyniku zabójstw – kilkanaście osób.

Jednocześnie, poza środowiskiem wędkarzy jest to okolica dość słabo znana. A jednak zabójcy czuli się tu bezpiecznie. Nie podrzucili zwłok chyłkiem. Byli tu przez pewien czas.

Spodziewał się śmierci

 „Cechy obrażeń odniesionych przez Jarosława Ślusarczyka tj. krwiaka podudzia lewego, przeżyciowych cech obrażeń lewego nadgarstka, pośmiertna rana postrzałowa głowy i okoliczności powieszenia Jarosława Ślusarczyka, przeżyciowe cechy bruzdy wisielczej stwierdzonej w wyniku sekcji zwłok w/w wskazują na przyczynienie się osób trzecich do zgonu J. Ślusarczyka” – czytamy w aktach.

Prokurator Barbara Wierzbieniec umorzyła śledztwo w sprawie zabójstwa po 6 miesiącach. Fakt morderstwa jest w tym przypadku bezsporny. Kto go jednak dokonał? Tego nie udało się stwierdzić.

Fakt przesłania rodzicom w dniu 7 czerwca 2002 roku karty bankomatowej oraz informacji o stanie konta, mogłyby wskazywać na podjęte przez Jarosława Ślusarczyka kroki zabezpieczenia swoich środków finansowych, chociaż o takiej uzasadnionej potrzebie nikogo z rodziny nie informował, przebywając u rodziców do dnia 5 czerwca 2002 roku” – zauważają śledczy.

Możemy się tylko domyślać, że Jarosław Ślusarczyk spodziewał się śmierci. Bał się. Próbował komuś zejść z drogi. Najpierw zmieniając charakter pracy, a następnie idąc na urlop. A jednak groźba wisiała nad nim nadal. Pod koniec życia brał leki stosowane w stanach lękowych.

„Z uwagi na powyższe można przypuszczać, iż Jarosław Ślusarczyk mógł w związku z wykonywaną pracą pozostawać w sytuacji zagrożeniowej. Której jednakże nie potwierdzono w zebranym materiale dowodowym” – konstatuje prokurator.

Ważną, jak się zdaje, informacją jest fakt, że ostatnie śledztwo w sprawie kradzieży gotówki z bankomatów umorzono już po śmierci mężczyzny. Jakby prokuratura straciła nadzieję, że pojawi się świadek, który wskaże sprawców.

Wkracza Archiwum X

Jak poinformował mnie aspirant sztabowy Tomasz Oleszczuk z Wydziału Komunikacji Społecznej Komendy Stołecznej Policji: – W Komendzie Stołecznej Policji od jesieni ubiegłego roku w strukturze Wydziału Terroru Kryminalnego i Zabójstw KSP działa Zespół tak zwanego Archiwum X, zajmujący się starymi niewykrytymi sprawami. Podstawowym kryterium podejmowania spraw, którymi zajmują się nasi funkcjonariusze, jest termin przedawnienia ścigania, kolejnym materiał dowodowy zgromadzony w sprawie, oraz możliwość ponownego przebadania go za pomocą najnowszych technik badawczych i urządzeń

Sprawa zabójstwa Jarosława Ślusarczyka również jest w zainteresowaniu stołecznego Archiwum X: – Obecnie materiały tego postępowania są analizowane pod kątem możliwości podjęcia działań wykrywczych – dodał Oleszczuk.

Czy Jarosław Ślusarczyk zginął z powodu wiedzy na temat kradzieży pieniędzy? Czy był niewygodnym świadkiem? Czy był to wystarczający powód, by zabić? Czy zamordowali go koledzy z pracy, bo wiedział zbyt dużo? Na łamach Reportera na pewno wrócę do tej sprawy.

Bartłomiej Mostek

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*