Krótki lont „Masy”

PHOTO: CEZARY PECOLD/SE/ EAST NEWS
Z Jarosławem Sokołowskim, pseudonim „Masa”, o książce „Od pakera do gangstera”, trudnym dzieciństwie, ulicznych bójkach i treningach rozmawia Janusz Szostak
Jest taka teoria, która mówi, że największy wpływ na to kim jesteśmy, ma otoczenie w jakim dorastamy. Czy, gdybyś urodził się w innym miejscu i w innej rodzinie, nie zostałbyś gangsterem?
Nie wiem, co by było ze mną, gdybym w dzieciństwie miał szczęśliwą, dbającą o mnie rodzinę. Czy zostałbym gangsterem, gdybym dorastał w innym środowisku? Zapewne nie, chociaż życie i obserwacje znajomych mi ludzi pokazują, że to naprawdę jest loteria. Przecież bywa i tak, że w dobrej rodzinie wyrasta ktoś agresywny i zły. Bywa też tak, że w patologicznej rodzinie dorasta ktoś, kto kiedyś będzie miał normalne, wartościowe życie. Co prawda ja miałem chujowe dzieciństwo, ale ono mnie zahartowało, i to mocno. Od dziecka musiałem walczyć o wszystko ‒ i to dosłownie, na pięści. O pozycję w przedszkolu, w szkole, w grupie. Właściwie wychowała mnie ulica i to sprawiło, że znalazłem się praktycznie na szczycie największej w historii grupy przestępczej w Polsce. Ale moim marzeniem nie było nigdy, aby zostać gangsterem, chciałem po prostu mieć dużo pieniędzy. A w tamtym czasie, w Pruszkowie, nie było dla mnie innej ścieżki kariery, która dałaby mi godziwy zarobek. Książka „Od pakera do gangstera”, którą wspólnie napisaliśmy, właśnie o tym opowiada, a ukazała się 6 czerwca.

KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

Twoją pasją przez całe życie był sport, o tym i o twojej zmarnowanej karierze zapaśnika opowiadamy w książce „Od pakera do gangstera”. Czujesz się pakerem czy wojownikiem?
Zdecydowanie czuję się wojownikiem. I mam wyczucie swojej siły. Widzę po prostu, jak odstaję od reszty, od ludzi bardzo silnych i nawet o wiele młodszych. Zawsze lubiłem ćwiczyć siłę, bo ona dużo mi pomagała. Tak naprawdę, żeby być kozakiem, potrzebowałeś siły i serca do walki. No i trzeba było wiedzieć, jak to wykorzystać. Cały czas pielęgnowałem swoją siłę i nadal to robię. Zawsze dążyłem do tego, by być lepszym, silniejszym. I to dawało wymierne rezultaty. W tej książce czytelnicy poznają moje metody i plany treningowe. Opowiadam o tym, jak trenować i zdobywać masę mięśniową, oraz jak stać się wojownikiem z sercem do walki.
Czy w twoim dorosłym życiu gangstera była taka sytuacja, że bałeś się jakiejś akcji, bójki, solówy?
Tylko głupi się nie boi. Obawiałem się wielokrotnie, ale nie przegranej, lecz kompromitacji, że gdy przegram, to się skompromituję w oczach kumpli, znajomych czy gapiów.
 Zdarzyła się kiedykolwiek taka sytuacja?
Było takie zdarzenie w Międzyzdrojach. Bawiliśmy się tam na dyskotece z „Kiełbasą”. Byliśmy w takich samych koszulkach i wyglądaliśmy dość podobnie. „Kiełbasa” zaczepił czy też opluł jakiegoś zapaśnika z Olimpii Poznań. To było olbrzymie chłopisko, o głowę wyższy ode mnie. No i jak on wystartował do „Kiełbasy”, to Wojtek spierdolił z sali. Tymczasem ten kolos zobaczył mnie i myślał, że to „Kiełbasa”, i przyczepił się do mnie. „A ty w dupę jebany, to dawaj na zewnątrz!” ‒ powiedziałem krótko do niego. Wyszliśmy i widzę, że mam przed sobą monstrum. No trudno, stanęliśmy i ja do niego idę na zwarcie i ‒ pach, pach! Dostał takie dwa ciosy, że wymiotłoby każdego. A on się tylko otrząsnął, jak pies po wyjściu z wody, i nic. Myślę sobie: „Ale wpierdol zaraz dostanę”, a tam cała bramka patrzy na nas, do tego szczeciniacy, wszyscy nas tam znali. „Obciach będzie, jak beret” ‒ pomyślałem sobie. Stało z 50 osób i to obserwowało. Mało tego, był też patrol policji, czterech policjantów. Ale żaden nawet do nas nie podszedł. To był początek lat 90. i policji tak naprawdę to nie było. Wtedy zresztą miałem inne zmartwienie niż policja, bałem się kompromitacji. Nie było jednak wyjścia, poszedłem na żywioł. Ale nie na cepy, lecz na sierpy. I zmusiłem olbrzyma do obrony. W pewnym momencie on klęknął na jednym kolanie. Jak wiesz, trenowałem karate, no to wypierdoliłem mu z półobrotu w szczękę takie mawashi, że każdego by zabiło. A on nawet nie upadł. Ale widzę, że jest już lekko oszołomiony, to złapałem go za chabety. Obok stał kiosk Ruchu, to go wjebałem w ten kiosk, aż połamałem nim stalowe ramy z siatką zabezpieczającą szyby. W końcu on ponownie przyklęknął na kolanie i mówi: „Dosyć”. Jak mi wtedy kamień z serca spadł, to chyba było słychać na całej promenadzie. Ja już nie miałem siły walczyć dalej, miałem zwiędłe ręce. To była najcięższa solówa w moim życiu.
Bywały też nieco groteskowe pojedynki, i to już w czasach, gdy byłeś świadkiem koronnym.
Jedna z wielu takich zabawnych sytuacji miała miejsce w Łodzi, na skrzyżowaniu ulic Świętej Teresy i Zgierskiej. Tam ze Świętej Teresy trudno się wbić w Zgierską. Zwłaszcza, że ruch jest duży w jedną i w drugą stronę. Znalazłem jednak lukę i śmignąłem. Jeżdżę szybkimi autami, zatem ‒ myk i nie ma mnie. Kierowca, który był za mną, nie miał prawa się zdenerwować, bo mu drogi nie zajechałem, był z 40-50 metrów za mną. Ale zaczął migać mi światłami. Olałem to, nawet mu fucka nie posłałem. Jadę dalej, zatrzymałem się na światłach. Patrzę w lusterko i nie wierzę własnym oczom: leci do mnie jakiś łysy typ w dresie. Ze mną jest tak, że jak się już napnę, to nie ma odwrotu. Po prostu mam krótki lont. Wyszedłem z tego samochodu, a on, gdy mnie zobaczył, stanął przerażony. Jak ja się wkurwię, to mam w oczach coś takiego, że lepiej się błyskawicznie ewakuować. Ten typ chyba też chciał to zrobić, ale było już za późno. Widzę, że się chce wycofać. To go złapałem za te dresy i do góry go, gumę od spodni to mu podciągnąłem pod samą szyję. Taką wiązankę mu wtedy posłałem, że mu ze trzy pokolenia do tyłu wymordowałem słowami.
Zdarzało się, że ktoś cię zaczepił, na przykład na ulicy?
Tak wiecznie było w dzieciństwie, ale jak byłem już „Masą”, to nikt się nie odważył. Chociaż była taka sytuacja, że na początku lat 90. w dyskotece Trend zaczepiał mnie przy barze jakiś podpity typ. Przepychanka była i ten frajer mówi do mnie: „Taki mocny jesteś, to poczekaj, zaraz tu Masa wpadnie”.

Czego z twojego życia mógłby się nauczyć młody człowiek, czytelnik takich książek jak „Od pakera do gangstera”?
Pamiętaj, że nie urodziłem się zdeklarowanym bandytą. Trochę mnie do tego zmusiła sytuacja życiowa, jak już wspomniałem. Ludzie mi zarzucają, że z lubością o tym opowiadam. Ale takie było wtedy moje życie. Gdybym mówił, że było inaczej, wykazałbym się hipokryzją. Te książki mogą być dla młodych czytelników przestrogą, jak nie układać sobie życia.
Młodzi ludzie czytają książki o tobie i widzą to kolorowe życie, które wielu z nich imponuje. Zdajesz sobie z tego sprawę?
Nie będę nad tym ubolewał. Kto nie oglądał „Ojca chrzestnego”? Kto potępiał, a kto kibicował rodzinie Corleone? Jeśli ktoś ogląda „Ojca chrzestnego” lub czyta książki o mnie, nie oznacza to od razu, że zostanie gangsterem.
Ponoć zmieniłeś się także dzięki swoim dzieciom?
Dobroci nauczyła mnie córka. Ola to grzeczna dziewczyna, o dobrym sercu, ona mnie nauczyła dobra dla innych. Kiedyś, gdy już zostałem świadkiem koronnym, kupiłem wiatrówkę i zastrzeliłem wróbelka. Jaki ja dumny byłem, że go trafiłem. Wówczas Ola podeszła do tego wróbelka, wzięła go na rączki i przyniosła do mnie. Gdy zobaczyłem łzy w jej oczach, to nie zdajesz sobie sprawy, jak ja się podle wtedy poczułem. Najchętniej to załadowałbym jeszcze śrut i strzelił sobie w dupsko, że takim durniem jestem. Ona mi w jednej chwili uświadomiła, co to jest miłość do zwierząt i że jestem debilem. To było bardzo ważne dla mnie.
 Siłowni nie odpuszczasz?
Nie umiałbym bez niej żyć. Zawsze lubiłem ćwiczyć siłę, bo ta siła tak naprawdę dużo mi pomagała. Bo ile można się uczyć techniki? Tak naprawdę, żeby być kozakiem, potrzebowałeś serca do walki i siły, żeby to wykorzystać. Cały czas pielęgnowałem tę swoją siłę, dążyłem do tego, żeby być lepszym, silniejszym. I to dawało wymierne rezultaty, jak choćby rozbicie wszystkich bramek w Warszawie.
 Brałeś w swoim życiu sterydy?
Mam ogromną wiedzę o hormonach i sterydach, bo przeczytałem na ten temat niemal wszystko. Zacząłem brać sterydy dopiero w wieku 45 lat. Co innego czytałem, a co innego odczuwałem na własnej skórze. Był taki czas, gdy tak naprawdę spróbowałem wszystkiego.
Ochrona chodzi z tobą na siłownię? Bo ja ich nigdy nie widziałem.
I nie zobaczysz. Mój szwagier Remek, gdy jeszcze byłem z moją żoną Elżbietą, to widział ich raz, a może dwa razy przez 12 lat. A przecież często bywał u nas w domu.
Czujesz się bezpieczny?
Oczywiście, że tak. Chronią mnie profesjonaliści i zawsze są bardzo blisko mnie.
Nie przeszkadza ci zbytnio ich obecność w twoim życiu?
Przyzwyczaiłem się. Nic mnie to nie uwiera, bo są to wspaniali ludzie.
Ale w zasadzie wszystko o tobie wiedzą.
Muszą wiedzieć. Czasami zadają mi pytania, i to często niewygodne, a ja im mówię wszystko.
Zatem wiedzą o każdej twojej rozmowie.
Może nie o każdej, ale mój telefon jest oficjalnie na podsłuchu.
Czyli teraz też nas słuchają?
Tak, ale nikt oprócz nich nie wie, o czym rozmawiamy. No, i jeszcze czytelnicy tego wywiadu i naszej książki.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*