Zabójstwo bez zamiaru

Marcin W. doprowadził do śmierci niewinnego człowieka. Jednak zdaniem sądu nie było to zabójstwo, lecz ciężki uszczerbek na zdrowiu. Rodzina ofiary nie może się pogodzić z tą oceną.

– Halo, halo… z twierdzy dzwonię. Na pawilony te krótkie, na 29 listopada z nożem mnie napadł…

– Pan tam jest przy pawilonach?

– Uciekłem. Troszkę się boję, żeby mnie nie znaleźli te cwaniaczki.

Zapis tej rozmowy pomiędzy Marcinem W. (wkrótce oskarżonym o zabójstwo) a policją z Nowego Dworu Mazowieckiego, otwiera szereg zdarzeń do dziś nie do końca wyjaśnionych, które skończyły się śmiercią jednego z uczestników starcia.

21 grudnia w  mieszkaniu małżeństwa W. trwa spotkanie przedświąteczne. Przy stole siedzi siostra Katarzyny W. ze swoim chłopakiem. Za ścianą śpi dwójka dzieci państwa W., stąd też Katarzyna nie zostanie dłużej ze swoimi gośćmi, dołącza do dzieci. Niedługo po tym Paulina i Artur zbierają się do wyjścia. Marcin W. upewnia się, czy ich nie odprowadzić, to w końcu niebezpieczna okolica. Wrócą sami, dzięki, to przecież tylko 5 minut drogi. Marcin W., czterdziestoletni pracownik zakładu gospodarki komunalnej, wcześniej – z powodu kręgosłupa – odsunięty od wojska (miłości do militariów jednak nie tak łatwo wytrzebić – szczególnym uczuciem darzyć będzie broń białą) postanawia jednak siostrę żony i jej chłopaka asekurować aż do ich bloku.

Nóż typu Rambo

Jak kot podąża za nimi, w bezpiecznej odległości monitorując ich przejście. Już tak ma – zawsze staje po stronie słabszych, czuje się w obowiązku pomagać, interweniować. Tej nocy (jest po północy) zaopatrzy się na ten osobliwy spacer w nóż – jego dumę, można powiedzieć. Ręcznie przerobione osiemnastocentymetrowe ostrze ma przez niego ponacinane ząbki.

– Mój mąż ma kolekcję noży. Fascynował się nimi jeszcze przed naszym ślubem. Ma około 10 noży – zeznała na prokuraturze Katarzyna W.  Po czasie prokurator określi go mianem: „nóż typu Rambo”, sam oskarżony nazwie  „feralnym”, a 18 centymetrów ostrza stanie się przyczyną ogromnej tragedii.

Szwagierka z narzeczonym docierają bezpiecznie do domu, W. jest wówczas w okolicy ulicy 29 listopada. Kątem oka dostrzega, jak jeden z mężczyzn kopie w witrynę sklepową. Marcin W. jest pewien, że to próba włamania. A nie zwykł odwracać oczu w takich chwilach. Zakrzyknie w tamtym kierunku: – Ej, co wy tam kurwa robicie!

Reakcja będzie natychmiastowa – Spierdalaj!- i będzie tylko delikatną zaczepką słowną, od której zacznie się grubsza awantura. Według zeznań Marcina W. do ataku od razu przystąpi Damian M. Doskakują do siebie „jak dwa koguty” – tak to zapamięta Katarzyna C., pracownica sklepu „24 H”, tuż obok atakowanej pizzerii. Dochodzi do szarpaniny, w trakcie której – to wersja oskarżonego – Marcinowi W. wysunie się zza paska spodni schowany tam nóż, następnie przechwycony przez Damiana M. wyląduje rękojeścią na nosie Marcina W. (ślady po uderzeniach będą przedmiotem sporu oskarżonego i rodziny pokrzywdzonego).

Jak dwa koguty

Katarzyna C. pamięta, że próbowała uspokoić Damiana (ten według jednej wersji jej zeznań miał szukać tego dnia zaczepki), ale Damian szedł na jawną konfrontację.

– Był w stanie upojenia alkoholowego – zeznała kobieta – Jak dwa koguty się zachowywali. Jeden kopał drugiego, to zaraz drugi mu oddawał, zadawali sobie ciosy pięściami w okolice twarzy.

W pewnym momencie Marcin W. odpuścił, zaczął uciekać, choć na odchodnym rzucił do Damiana: – Ja ci jeszcze pokażę!

Ten okrzyk będzie wyciągany przez mecenasa Adama Mroczka: – Mój klient nigdy nie miał zamiaru zabić. Wciąż groził Damianowi M., że poweźmie na nim zemstę.

Damian upadł. Czy w trakcie upadku nadział się brzuchem na nóż i sam wbił sobie ostrze prawie po rękojeść? Następnie sam go wyjął i odrzucił na bok?

– Mignęło mi coś w świetle latarni, przyszło mi na myśl, że to nóż – Katarzyna C. będzie odtwarzać to starcie dwóch mężczyzn z pamięci.

Maciej M., jeden z mężczyzn, z którym ofiara piła tego dnia, z momentu zdarzenia nic nie pamiętał. Drugi z kompanów Damiana,  zamroczony alkoholem zaległ w nieopodal zaparkowanym samochodzie.

To Maciej M. znalazł Damiana M. tuż przed sklepem. Na widok „charczącego, z bebechami  na wierzchu” kolegi zadzwonił po pogotowie. Kiedy przyjechała ekipa ratunkowa, 32-letni uczestnik starcia już nie żył. Narzędzie zbrodni – ów nóż bojowy leżał obok ciała.

Biegły do spraw medycyny sądowej nie był w stanie ustalić, jak doszło do zadania śmiertelnego ciosu. Według Marcina Fudaleja rana cięta brzucha nie mogła powstać na skutek nadziania się: „Taki przebieg wydarzeń nie jest typowy dla sytuacji samoistnego nadziania się na narzędzie. Przebieg kanału rany kłutej jest wówczas inny” – zapisał w  opinii biegły do spraw medycyny sądowej.

W tym czasie uciekający Marcin W. także zadzwonił pod numer 112. Zgłosił napaść, bójkę, informując policję, że się boi. Dlatego patrol nowodworskiej policji odwiózł go do domu. I zaraz wrócił na miejsce – już zbrodni. Do ciała Damiana M.

22 grudnia policja przyszła do mieszkania Marcina W. W trakcie przeszukania odkryto nielegalne naboje (pamiątka z wojska) w ilości 20 sztuk. 23 grudnia 2013 roku Maciej Godzisz, prokurator rejonowy w Nowym Dworze Mazowieckim, postawił Marcinowi W. zarzut spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 156 par 3 kodeksu karnego) poprzez zadanie ciosu nożem w okolice jamy brzusznej, oraz zarzut nielegalnego posiadania amunicji.

Spisek i rozpacz

 

Rodzina nie może się pogodzić z tak postawionym zarzutem. Marcin W. nie odpowiada za zabójstwo (art. 148), sama sprawa ciągnie się niemiłosiernie długo (na skutek spraw rodzinnych sędzi – pierwsza rozprawa odbyła się w 2016 roku). Świadkowie raz nie pamiętają zajść (Maciej M.) – bo byli pijani: Ale pamiętają, że tego wieczoru mój syn palił z nimi marihuanę – podkreśla już na sali sądowej rozgoryczony ojciec zabitego, Waldemar M. Towarzystwo ubezpieczeniowe z tego powodu nie chce wypłacić odszkodowania za śmierć młodego rolnika.

To był spisek – mówi dziś Waldemar M. Przedstawia osoby, które mają być owego spisku elementem osobowym – to prokuratorzy z Nowego Dworu, ale też z warszawskiej prokuratury praskiej. Nieśmiało dodaje, że może także i sama sędzia Agnieszka Wilk, przewodnicząca składu orzekającego w tej sprawie.

To resortowa rodzina (o oskarżonym), mają znajomości, czują się bezkarni. Wujek Marcina W. był też kiedyś sądzony o zabójstwo pułkownika K., odsiedział zaledwie kilka lat – twierdzi zrozpaczony ojciec ofiary.

Na narrację w stylu, że ofiara miała być tą atakującą stroną, także nie ma zgody rodziców Damiana M. Zresztą jest nagranie, to jednak wnosi niewiele. Kto atakował pierwszy, gdzie był w tym momencie nóż, kto kopał. Ojciec ofiary przypomina, że Damian był po operacji nogi, kopać nie mógł: Po rehabilitacji przy szwedce chodził – przypominała matka zabitego, Teresa M. Jako jedyny był spadkobiercą ziemi, którą darzył miłością, w społeczności lokalnej miał być lubiany, szanowany. Rodzinę Damiana boli też ledwie trzymiesięczny areszt dla oskarżonego; po tym czasie Marcin W. odpowiada już z wolnej stopy.

Bliscy nieżyjącego Damiana M. wytaczają najcięższe działa; organizują wsparcie, zbierają dobre opinie lokalnej społeczności. Ludzie listy piszą: „Do niedawna śp. Damian M. był członkiem naszej małej zakroczymskiej społeczności. Kiedy przed kilkoma laty został podstępnie zamordowany, zrozumieliśmy, jak wielką nasza społeczność poniosła stratę  (…) że obok nas żyją i pracują ludzie wartościowi”.

Z innego listu: „Spokojny, zrównoważony, a jednocześnie wesoły, pełen młodzieńczej werwy (…) Zakochany w uprawie tego kawałka ziemi, który Bóg powierzył w jego ręce”… Gdzie indziej znów: „Podobno jest tak, że dobrych ludzi Pan Bóg powołuje do siebie bardzo młodo, podobno w niebie są mu potrzebni”. I dalej w tym duchu. Sąsiedzi, przyjaciele żądają sprawiedliwości dla ofiary, której śmierć, „określona jako ciężki uszczerbek jest kpiną ze zmarłego” – to znów z wniosku rodziców Damiana, domagających się zmiany kwalifikacji prawnej czynu (z art 156 par 3. Na 148 par 1 kodeksu karnego).

Wnioski i prośby o zmianę kwalifikacji prawnej oceniał sam ówczesny prokurator generalny. Andrzej Seremet odpisał: „ani zadanie ciosu w miejsce dla życia ludzkiego niebezpieczne, ani nawet użycie narzędzia mogącego spowodować śmierć człowieka nie decyduje jeszcze o tym, że sprawca działa w zamiarze zabicia człowieka, chociażby ewentualnym”.

Rodzice walczą dalej. Nie mieści im się w głowie, zarówno niepostawienie zarzutu o zabójstwo, jak i przewlekłość całego postępowania. Dopatrują się zmowy i spisku, bo zachowanie oskarżonego, który po wypuszczeniu z aresztu jawnie kpi sobie z rodziny ofiary – gdyż w miejscu, w którym dopuścił się morderstwa, pojawia się na obiedzie! 

Marcin W. zwraca się z prośbą o wybaczenie do rodziców „tego chłopaka”. Oskarżony napisał: „Ja wiem Panie Prokuratorze, że człowiek jest odpowiedzialny za to co robi w życiu  i powinien ponosić odpowiedzialność i  konsekwencje za swoje czyny”.  Dalej prosi prokuraturę o możliwość kontaktu z rodziną ofiary.

W liście do państwa M., rodziców poszkodowanego, umieszcza „przeprosiny za tragedię, jaką Państwo przeżywacie”. Jest mu przykro, zapewnia, że bardzo żałuje tego, co się stało. Chciałby cofnąć czas.  Bardzo prosi, aby spróbowali mu przebaczyć.

Nie próbują. Odmawiają przyjęcia listu. Marcin W. powtórzy przeprosiny w ostatnim słowie. Płacze.

Sprzeczne oceny

Zamiar ewentualny, o którym wspomina Seremet w swojej odpowiedzi, zakłada, że ma się świadomość śmierci pokrzywdzonego. I na tę śmierć się godzi. Marcin W. po odwiezieniu przez policję do domu nie wiedział, jak dziś twierdzi, że człowiek, z którym walczył pod sklepem, w tym momencie już nie żył. Rodzina M. do dziś wyrzuca mu, że czuje się bezkarny. Że żadnych obrażeń na nosie nie miał: – Jakby dostał w nos rękojeścią takiego noża, miałby ogromną opuchliznę! – wykrzykuje przed sądem Waldemar M. Ojciec ofiary jest przekonany, że rany zostały przez oskarżonego sfingowane. Mimo że powołany do zbadania obrażeń oskarżonego biegły Andrzej Zbonikowski stwierdza, iż rany te mogły powstać na skutek uderzenia rękojeścią, nawet tak dużego noża.

Prokurator ku rozczarowaniu Włodzimierza M. nie wniósł o zmianę kwalifikacji czynu. Podkreślił co prawda, że: – Zeznania oskarżonego nie współgrają ze sobą, że czyn nosi znamiona wysokiej szkodliwości społecznej, a nóż siał spustoszenie.

Jednak  optowanie prokuratora  za karą 10 lat więzienia jest dla rodziny M. ogromnym rozczarowaniem.

Mecenas Krzysztof Kitajgrodzki, reprezentujący oskarżycieli posiłkowych, podkreślał, że to nie jeden cios (śmiertelny), ale wiele ciosów zadano rodzinie M. Największym zaś miało być zachowanie Marcina W., który wrócił na miejsce tragedii, aby zjeść tam pizzę. Według niego rozmiary narzędzia zbrodni  i opinia biegłego Fudaleja przesądzają jednoznacznie o winie W.: W naszej kulturze taki nóż, każdy wie, nie służy do obierania grzybów czy krojenia chleba.

– Syn został bandycko zamordowany – dorzucił w ostatnim słowie Waldemar M. Jego żona przez wszystkie rozprawy zalewała się łzami. Ciężko było formułować jej ostatnie słowa: Nie życzę nikomu, by przez to przechodził – wyznała, płacząc.

Marcin W. wciąż pracuje i odpowiadał z wolnej stopy. Nie został zwolniony z pracy, mimo że ciąży na nim tak poważny zarzut. Jego rodzina spodziewa się kary 8 lat więzienia, jest na to przygotowana. Sędzia Wilk nie zdecydowała się na zmianę kwalifikacji na artykuł 148, zagrożony sankcją 25 lat albo dożywotniego więzienia.

Prokuraturze nie udało się dokładnie odtworzyć zajść z feralnego dnia. Sam oskarżony nie pamięta, jak to się stało, że nóż wyleciał mu spod kurtki i jak go przechwyciła ofiara. Z kolei futerał od noża znaleziono w miejscu, z którego Marcin W. zawezwał policję (ulica Bema). Oskarżony zaprzecza, jakoby miał go tam porzucić.

Rodzina, znajomi, sąsiedzi Damiana M. wskazywali, że może nie był przypadkową ofiarą. Lata temu Damian i Marcin mieli mieć kolizję drogową, może W. wybrał sobie celowo M. na ofiarę? Rodzina oskarżonego dowodzi, że to bzdura. Że szykanom ze strony rodziny ofiary nie było końca, że rozumieją ten ból, ale nie dają się zwariować.

O ile wywiad środowiskowy jest Marcinowi W. przychylny –  nigdy nie awanturował się, nie był karany, nie jest konfliktowy, zawsze służy pomocą. O tyle trudno zrozumieć pasję Marcina W., a szczególnie zamiłowanie do przechadzania się z nożem u boku.

Oskarżony w ostatnim słowie przez łzy ponownie zapewniał, że nie chciał nikogo skrzywdzić, chciałby cofnąć czas i przyjmie każdą karę.

Surowa kara?

 

Sąd przyjął, że do bójki doszło pomiędzy tymi dwoma uczestnikami – Marcinem W. i Damianem M. Więc tylko Marcin W. mógł ostatecznie zadać ten śmiertelny cios.

Ale czym się kierował, wymierzając dźgnięcie – czy motywem była chęć pozbawienia życia, czy jedynie zranienia, a następnie ucieczki – zastanawiał się sąd. Sam cios i użycie narzędzia, według sądu nie dają podstaw do postawienia zarzutu o zabójstwo. Zachowanie Marcina W. nacechowane było przypadkowością w zadawaniu chaotycznych dźgnięć, zaś „pożegnanie” z ofiarą; „Ja ci jeszcze pokażę!” – sugerowało, że nie miał zamiaru go zabić. Ważne było też w ocenie sądu zachowanie oskarżonego, który przecież dzwoni na policję, co prawda zdając relację odbiegającą od rzeczywistości: „ktoś mnie zaatakował nożem”. Ponadto wrócił do domu i oznajmił żonie, że opowie jej jutro o wszystkim, i idzie spać. Zatem jego zachowanie kłóci się z zamiarem zabójstwa. O odtworzenie zdarzenia można się pokusić, przywołując jedynie skąpą relację oskarżonego. Sąd nie znalazł podstaw, aby mu nie wierzyć.

Nie znaleziono logicznego wytłumaczenia zachowania oskarżonego.

– Człowiek ten z natury spokojny, niewdający się w niepotrzebne awantury, o pozytywnej opinii środowiska, który stojąc już przed sądem okazał skruchę – co według sędzi Agnieszki Wilk było szczerą postawą – doprowadził do śmierci drugiego niewinnego człowieka. A już wyciągnięcie noża – nawet jeśli ten samoistnie się wysunął – nie znajduje racjonalnego wytłumaczenia. Stąd też kara musi być surowa i musi być sygnałem dla społeczeństwa, że takie metody nie są sposobem na rozwiązywanie problemów.

7 lutego 2018 roku, przed Sądem Okręgowym Warszawa – Praga, zapadł wyrok 10 lat więzienia. Jest on nieprawomocny, zaś rodzina M. od razu zapowiedziała apelację. Nie ma ich zgody na traktowanie morderstwa ich syna w kategorii innej niż jako zabójstwo.

Marcin W. w trakcie ogłaszania wyroku płakał.

Gabriela Jatkowska

Fot 2. Oskarżony w ostatnim słowie przez łzy ponownie zapewniał, że nie chciał nikogo skrzywdzić/ fot. Gabriela Jatkowska

 

Cytat: Człowiek ten z natury spokojny, niewdający się w niepotrzebne awantury, o pozytywnej opinii środowiska, który stojąc już przed sądem okazał skruchę, doprowadził do śmierci drugiego niewinnego człowieka. Stąd też kara musi być surowa i musi być sygnałem dla społeczeństwa, że takie metody nie są sposobem na rozwiązywanie problemów.

 Gabriela Jatkowska

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*