Ciągnęło klawisza do więźniarek

W marcu ubiegłego roku, w reportażu „Seksbiznes za więziennym murem” opisywaliśmy zakład karny przy ulicy Kleczkowskiej we Wrocławiu.   Można tam było kupić bez problemu praktycznie wszystko: seks, prochy i alkohol. Zaś łapówki maiły być na porządku dziennym. Można było odnieść wrażenie, że nie ma ani jednego uczciwego strażnika. Tymczasem, pod koniec listopada 2017 roku wybuchła tam nowa seks afera. Głównym bohaterem stał się Janusz M., strażnik z 10-letni stażem.

Jego problemy rozpoczęły się jeszcze w 2013 roku, gdy za więziennymi murami poznał Małgorzatę S. W tym zakładzie karnym, na wydzielonym oddziale, przebywają skazane kobiety.

Służbę pełni tu 400 funkcjonariuszy, osadzonych jest 1370 osób. Rotacja wśród więźniów jest tu ogromna. Jednostka ta przyjmuje i zwalnia rocznie około 5 tysięcy osadzonych.

– Więźniarki przy Kleczkowskiej to tymczasowo aresztowane, młodociane, ukarane, skazane, odbywające karę po raz pierwszy lub recydywistki pozostające jednocześnie do dyspozycji dolnośląskich sądów i prokuratur – informuje major Bartłomiej Turbiarz z Zespołu Komunikacji Medialnej i Promocji Centralnego Zarządy Służby Więziennej. – We Wrocławiu kobiety przebywają w oddzielnym pawilonie mieszkalnym.

Porucznik Tomasz Wołkowski, rzecznik prasowy dyrektora zakładu karnego we Wrocławiu przy ul. Kleczkowskiej, podkreśla, że budynek przeznaczony dla osadzonych kobiet jest autonomiczny i przebywające w nim nie mają możliwości bezpośredniego kontaktu ze skazanymi mężczyznami.

Zakochany klawisz

Ale czy osadzone mają możliwość kontaktowania się ze strażnikami z oddziału męskiego? Widocznie tak, skoro w 2013 roku nic nie przeszkadzało Januszowi M. w nawiązaniu kontaktu z Małgorzata S., która odsiadywała wyrok za rozbój na innej kobiecie.

Opinia jest taka, że Małgorzata uchodziła za ładną i ponętną. I Janusz M. z nią romansował. Może to nawet za wiele powiedziane, że romansował. Pisywał po prostu do niej regularne grypsy, w tym przypadku listy miłosne. Wyznała namiętnie, że mu się bardzo podoba. Sugerował więźniarce, jak ma chodzić ubrana, aby sprawiało mu to przyjemność. Jak ma czesywać długie włosy, by wyglądała dla niego tak jak trzeba.

Trudno powiedzieć, jak długo trwała taka korespondencja. W każdym razie, wiosną 2013 roku dowiedziała się o niej wychowawczyni oddziału kobiecego, i porozmawiała z Małgorzatą S. A potem wezwała do siebie Janusza M.

Trudno również określić, jakimi argumentami dysponowała wówczas wychowawczyni oddziału, ale Janusz M. przyznał się od razu. I pokazał kolejny liścik, który miał przy sobie, i który miał zamiar przekazać Małgorzacie S. Dodatkowego smaczku całej tej sprawie dodawał fakt, iż w tym samym więzieniu odsiadywał wtedy wyrok ówczesny narzeczony Małgorzaty S. Gdyby zauroczenie klawisza osadzoną wyszło ta na jaw, i informacja o tym dotarł do narzeczonego, zapewne przysporzyłoby to Januszowi M. jeszcze dodatkowych problemów.

Na razie jednak sprawą miłosnych listów do Małgorzaty S. zajęła się dyrekcja zakładu karnego. Konfrontowano podejrzanych, ale Małgorzata S. zachowała twarz i nie wsypała Janusza M. Sprawa trafiła do prokuratury, w której zeznawała, że z Januszem znają się już od dawna. Jeszcze od 2007 roku. Choć nie precyzowała, skąd i jak się poznali. Stwierdziła, że już wtedy się spotykali. Natomiast listy pomiędzy sobą. wymieniali od dawna. Pisywali jedynie o miłości, i żadnego seksu pomiędzy nimi nigdy nie było, co podkreślała sama zainteresowana.

Rozpytywany w tej sprawie Janusz M. kluczył i zmieniał wersje. Najpierw mówił, że listy był kierowany do matki dziewczyny, a potem, że pisał sam do siebie. W końcu dodawał, że jednak pisał listy, ale stchórzył i w końcu je wszystkie wyrzucił.

Jednak kiedy po rewizji celi Małgorzaty S. znaleziono kolejny list od Janusza M., ten nadal bronił się, że była to jedynie jego chwile słabości, która nie powtórzy się więcej.

W końcu prokuratur doszedł do wniosku, że Janusz M. przecież nic złego nie zrobił. Tylko zakochał się i to wszystko.

Za tę niesubordynację ukarany został jedynie przez swój zakład karny. Zdegradowano go o stopień, ale nie wyrzucono z pracy.

Gwałt w celi?

Przez prawie cztery lata był spokój z Januszem M. Do nikogo już listów nie pisał. Nie romansował w więzieniu. Przynajmniej nikt o tym nie słyszał. Nie uczestniczył też w innych aferach wstrząsających służbami więziennymi przy ulicy Kleczkowskiej. Spokój trwał aż do jesieni 2017 roku.

14 października jedna z więźniarek, 28-letnia Monika J., odsiadująca wyrok za kradzieże, poinformowała oddziałową, że została zgwałcona przez jednego ze strażników. Wskazała na Janusza M.

Po zgłoszeniu przez osadzoną rzekomych niewłaściwych zachowań w stosunku do niej, zawiadomiliśmy policję i prokuraturę i objęliśmy ją natychmiast opieką psychologiczną – informuje major Turbiarz.

Zrobiło się kolejne zamieszanie przy Kleczkowskiej. I wtedy przypomniano sobie o listach sprzed 4 lat, które Janusza M. pisywał wtedy do osadzonej, Małgorzaty S.

Dyrekcja więzienia najpierw zawiesiła Janusza M. w czynnościach służbowych, a później wydaliła ze służby.

– Ale organy ścigania nie postawiły byłemu funkcjonariuszowi zarzutu gwałtu – przypomina major Turbiarz.

W „Superwizjerze TVN” matka Moniki mówiła, że jej córka pisała do niej i sugerowała w swych listach, iż przy Kleczkowskiej gwałcono ją nawet wielokrotnie.

Gwałt taki musiał się gdzieś odbyć. Czy wszystkie pomieszczenia z zakładzie karnym przy Kleczkowskiej są monitorowane?

– System kamer obejmuje przede wszystkim tereny więzienia newralgiczne z punktu widzenia bezpieczeństwa, ze względu na ucieczki – przyznaje major Turbiarz. – Obejmuje również część korytarzy i przejść oraz cel mieszkalnych. Obecne normy prawne nie nakładają obowiązku instalowania monitoringu we wszystkich częściach zakładu karnego, czy aresztu śledczego.

A więc są miejsca nie objęte monitoringiem. Może tam właśnie gwałcono Monikę J.? Może jednak coś było na rzeczy?

Okazuje się, że Janusz M. pisał też listy do Moniki J., były podobnej treści jak te sprzed czterech lat, które wysyłał do Małgorzaty S. W listach kazał Monice J. chodzić w krótkich spodenkach. A jej włosy zaczesane do tyłu miały być sygnałem dla niego, że Monika czegoś od niego chce. Matka Moniki twierdziła, że jej córka przyznawała, iż nie wytrzyma tego wszystkiego dłużej i nie potrafi już z tym walczyć. Zatem ze strachu, zgadza się na wszystko i robi, co on jej każe, aby nie wylądować w izolatce. Fama o tym, jej zdaniem, rozeszła się po całym więzieniu.

– W sytuacji, gdy więzień informuje organy ścigania o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariusza, pojawia się naturalnie pytanie, o ewentualne ukryte motywy i intencje – przypomina major Turbiarz. – Sprawą oczywistą jest, że Służba Więzienna nie cieszy się sympatią przestępców, co jest zrozumiałe. Zdarzają się przypadki pomawiania funkcjonariuszy przez osadzonych z chęci zemsty, wzmocnienia swojej pozycji w więziennej hierarchii lub uzyskania odszkodowania.

Ostatecznie jednak prokuratura wrocławska doszła do wniosku, iż w przypadku Moniki J. coś mogło być na rzecz. Być może Janusz M. nie zgwałcił osadzonej, ale w inny sposób wykorzystywał seksualnie Monikę J. W zamian oferując dziewczynie więzienne przywileje, w tym największy, czyli kontakt ze światem. Oznaczało to częste i dłuższe rozmowy telefoniczne.

O jakich innych sposobach seksualnych może być mowa? Tego prokuratura nie ujawnia na razie.

– Śledztwo w tej sprawie jest w toku – informuje prokurator Małgorzata Klaus rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.

Usunięty ze służby Janusz M., jest bez pracy, pozostaje na utrzymaniu rodziny.

Co po oskarżeniach Moniki J. zmieniło się z zakładzie karnym przy Kleczkowskiej?

– Wdrożono szereg dodatkowych procedur i rozwiązań, które mają zapobiec podobnym tego rodzaju sytuacjom w przyszłości – sugeruje major Turbiarz. – Raz jeszcze przeanalizowano i zmodyfikowano działający w jednostce system monitoringu. Zwiększono intensywność wizytowania cel w pawilonach mieszkalnych dla osadzonych kobiet oraz wdrażane są aktualnie w nim zmiany organizacyjne.

Roman Roessler

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*