ZABIĆ KSIĘDZA RAZY DWA

Ksiądz Józef G. z młodzieżą

Opracowali plan w punktach. Punkt pierwszy: uciec z domu i ruszyć gdzieś w Polskę. Na początek do Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Punkt drugi: zdobyć pieniądze i środek transportu. Nie zamierzali tłuc się autobusem. Chcieli uciec, bo na miejscu, w Zagłobie, nie widzieli dla siebie przyszłości.

 Do siedemnastego roku życia Irek był grzecznym, posłusznym chłopcem. Nieźle się uczył. Pomagał matce w domu. Służył do mszy jako ministrant.

Potem mu się odmieniło.

Irek miał wyobraźnię i był wygadany. To on wszystko obmyślił i dokonał podziału ról. Wiedział, że ksiądz Józef bez wahania otworzy mu drzwi, jeżeli poda jakiś inteligentny powód późnej wizyty. Coś się znajdzie. Kto jak kto, ale ministrant, stawiany za wzór innym nastolatkom, budził zaufanie.

Potem do akcji miał wkroczyć Darek. Chociaż  był starszy o Irka o  dwa lata, to we wszystkim go słuchał. Irek wolałby co prawda kogoś lotniejszego, z większą inicjatywą, ale przecież nie mógł przeprowadzić castingu na wspólnika. Na bezrybiu i rak ryba. Zwłaszcza że zadanie, jakie wyznaczył kumplowi, nie wymagało umysłu Alberta Einsteina.

Plan był już w zasadzie gotowy. Mogli zacząć odliczać godziny. Niemal za pięć dwunasta dokonali drobnej korekty. Nie byli już duetem, lecz tercetem. 28 września dołączył Arek. Trzynastolatek, który zwiał z Państwowego Domu Dziecka w Garbowie i przypałętał się do nich. Leszczyk, który niewiele wiedział o życiu. Ale Irek zdecydował, że może im się przydać.

Dowal, żeby popamiętał

Jak człowiek ma plan, to nie spodziewa się niespodzianek. Choć w zasadzie powinien. Najlepszy strateg nie przewidzi wszystkiego. A co mówić o chłopakach, którzy we trzech liczyli niespełna 50 lat.

Zagłoba to niewielka miejscowość pod Opolem Lubelskim. 30 września 1993 roku wypadało w czwartek. Zwykły dzień powszedni. Ludzie kręcili się po wsi, załatwiając najrozmaitsze sprawy. Na polach  trwała jesienna orka. Zbliżało się bierzmowanie młodzieży. W związku z przygotowaniami do tej uroczystości ksiądz wikariusz z parafii w Zagłobie miał mnóstwo pracy.

Ireneusz M. i Dariusz K. oficjalnie byli „na gigancie”. Nie pokazywali się przez cały dzień we wsi, żeby ich nie zauważono. Arkadiusz J. też nie chciał by go ktoś zobaczył.  Obcy chłopak tak samo mógł zwrócić czyjąś uwagę.

Dopiero gdy zapadła noc, wyszli na drogę prowadzącą w kierunku kościoła. Wikary mieszkał w parterowej organistówce,  nieopodal świątyni. W oknie paliło się światło. Ksiądz Józef G. wciąż pracował. Podeszli bliżej. Darek i Arkadiusz schowali się w zaroślach. Ireneusz M. zapukał do drzwi. Na pytanie „kto tam”, przedstawił się i poprosił księdza o pomoc.

– Irek! Stało się coś? – duchowny wyjrzał na ganek i spojrzał zaniepokojony na chłopaka, którego doskonale znał. Ireneusz M. wyjaśnił, że gdy przejeżdżał koło organistówki, zepsuł mu się samochód. Silnik nagle zgasł.

 – Mógłby mi ksiądz pomóc w naprawie, bo ja się na tym nie znam?

Starał się, żeby ton jego głosu wskazywał na podenerwowanie. Chciał być wiarygodny. Zgodnie z przewidywaniami, wikary wyszedł z nim na drogę. Żaden samochód tam nie stał. Z przydrożnych krzaków wyskoczyli Dariusz K. i Arkadiusz J. Starszy z chłopaków uderzył księdza w głowę trzymanym w dłoni metalowym drągiem. Kapłan przewrócił się i zaczął się zasłaniać ręką przed kolejnymi ciosami. Ireneusz M. stał tuż obok.

– Mocniej! Dowal mu jeszcze raz! Wal, żeby popamiętał! – mówił cicho do Darka, który jak automat wykonywał jego polecenia. Arkadiusz J. patrzył ze spokojem jak dziewiętnastolatek katuje bezbronnego człowieka.

Nie trwało to długo. Gdy duchowny stracił przytomność, zawlekli go we trzech w krzaki. Potem, zachlapani krwią ofiary, weszli do domu, żeby poszukać pieniędzy i kluczyków do samochodu wikarego. Ksiądz Józef jeździł czerwonym fordem escortem. Prawie nówką. Irek marzył o takim aucie.

Kluczyki do samochodu znaleźli bez trudu Gotówkę też, ale było jej niewiele. Zaledwie 160 tysięcy zł. W 1993 roku minimalna miesięczna pensja wynosiła dziesięć razy tyle. Zabrali też trochę jedzenia, bo cały dzień nie mieli nic w ustach.

A jednak komplikacje

Wydawało im się, że nikogo więcej nie ma w domu. Byli w błędzie. Usłyszeli w pewnym momencie odgłos kroków. W drugim pomieszczeniu natknęli się na półprzytomną ze strachu kobietę. To była miejscowa katechetka. Ireneusz M. pamiętał ją ze szkolnych lekcji religii. Jak się potem okazało, pomagała księdzu Józefowi w pracach związanych z bierzmowaniem. 

Chciała uciec z organistówki, ale nie zdążyła. Obezwładnili ją. Irek poszedł odpalić forda. Krzyknął do Darka i Arkadiusza, żeby wepchnęli kobietę do samochodu i sami zajęli miejsca. W zarośla, gdzie zataszczyli wikarego, nawet nie zajrzeli. Nie interesowało ich, czy pobity duchowny jeszcze żyje. Odjechali na pełnym gazie. Plan po części został zrealizowany.

Ale tylko po części. Byli wytrąceni z równowagi. Nie spodziewali się, że w domu księdza natkną się na katechetkę. Kobieta znała Ireneusza i Darka i mogła ich wydać policji. Coś musieli z nią zrobić. Tylko co? Załatwić ją tak samo jak księdza? Tego nie było w planie… Wynikły też inne problemy. Liczyli, że ukradną więcej pieniędzy. Łup okazał się jednak żałośnie mały. W samochodzie kończyło się paliwo. Wcześniej planowali okraść kiosk „Ruchu” w Kazimierzu Dolnym. Teraz stracili ochotę.

Jeździli bez celu po bocznych drogach. Grozili katechetce nożem. Nadrabiali minami, ale byli coraz bardziej zrezygnowani. Docierało do nich, że przegrali wszystko.

Po czterech godzinach zatrzymali się i wypuścili kobietę. Zabronili jej komukolwiek mówić co widziała i słyszała. A jeśli nie utrzyma języka za zębami, znajdą ją i zemszczą się. To nie będzie nic trudnego. W Zagłobie wszyscy się znają. Potem ruszyli w dalszą drogę. W baku nie było już prawie benzyny. Odjechali na oparach. Niebawem porzucili auto.

Katechetka wróciła pieszo pod organistówkę. Pozostawiony w zaroślach ksiądz nie dawał oznak życia. Wezwała policję. Podała nazwiska sprawców.

– Najstraszniejsze jest to, że znałam tych chłopaków – powiedziała później. – Często ich widywałam, rozmawiałam z nimi.  Wydawali się w porządku. Trudno uwierzyć i pogodzić się z tym, że dopuścili się bestialskiego mordu. Z tak błahych powodów jak chęć przejażdżki samochodem. Przecież mogli zabrać auto, nie wyrządzając księdzu krzywdy.

Policyjny lekarz stwierdził zgon Józefa G. Wikary z Zagłoby zmarł na skutek ciężkich obrażeń ośrodkowego układu nerwowego. Trójka podejrzanych chłopaków została zatrzymana. Ireneusz M. i Dariusz K. trafili do aresztu tymczasowego. Nieletni Arkadiusz J. do ośrodka wychowawczego.

Przeszedł na drugą stronę

Pięć miesięcy później Ireneusz M. i Dariusz K. zasiedli na ławie oskarżonych Sądu Wojewódzkiego w Lublinie pod zarzutem zabójstwa księdza. Rozprawa toczyła się w sali pełnej publiczności. Przebieg procesu relacjonowały media ogólnopolskie.

Na sali sądowej nie wydarzyło się nic zaskakującego. Obaj oskarżeni przyznali się do zarzutów już w postępowaniu przygotowawczym. Na rozprawie potwierdzili swój udział w zabójstwie. Ireneusz M. opowiadał o genezie zbrodni.  Nauczyciele w niego wierzyli. Ksiądz G. chwalił się przed innymi duchownymi, że ma wzorowego ministranta. Matka była dumna. A on ich zawiódł. On jeden wiedział, że wszystko co o nim mówili, to nieprawda.

Zmienił się, gdy po podstawówce poszedł do szkoły zawodowej w Puławach. Zaczął wagarować, przestało mu zależeć na dobrych ocenach. Palił i sięgał po alkohol. Żeby być jak inni koledzy.

Gdy przyjeżdżał do Zagłoby, był na wszystkich zły. Był wściekły także na siebie. Miał wszystkiego dość. Obmyślając plan zabójstwa i namawiając starszego kolegę do zadania księdzu śmiertelnych ciosów, chciał – być może podświadomie – raz na zawsze oderwać od siebie metkę grzecznego, pobożnego chłopaka. Postanowił przejść na drugą stronę i niestety, udało mu się…

Dariusz K. opisując moment zabijania księdza, zaczął mdleć. Sędzia musiał przerwać rozprawę. Wezwany na świadka Arkadiusz J. zeznawał zgodnie z prawdą – to co widział i słyszał.

28 marca 1994 roku Sąd Wojewódzki w Lublinie uznał Ireneusza M i Dariusza K. winnymi zabójstwa księdza Józefa G. i skazał ich na kary po 15 lat więzienia. W grudniu lubelski Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy wyroki.

Będę musiał z tym żyć

Latem 1997 roku o zbrodni w Zagłobie znowu zrobiło się głośno. Ireneusz M. wyszedł z zakładu karnego na kilkumiesięczną przepustkę zdrowotną. Przyjechał do domu. Decyzja Sądu Penitencjarnego we Włocławku, wywołała oburzenie w rodzinnej miejscowości zabójcy. Parę osób chciało go zlinczować.

Zastałem Ireneusza M. w mieszkaniu. Niechętnie zgodził się na rozmowę. – Wiem, co ludzie o mnie mówią. Morderca, potwór! Na szubienicę z nim! Co mogę teraz zrobić? – wysoki ciemnowłosy chłopak o bystrym spojrzeniu, zawiesił na chwilę głos. – Mam wyjść i powiedzieć „przepraszam”? To bez sensu. Będę musiał z tym żyć…

Po zakończeniu przepustki Ireneusz M. wrócił do więzienia. Podobnie jak Dariusz K. odsiedział w całości zasądzoną karę.

Pół wieku wcześniej

To co wydarzyło się w Zagłobie w ostatnią noc września 1993 roku dla pamiętających czasy przedwojenne mieszkańców było czymś w rodzaju koszmarnego deja vu. Wieczorem 25 stycznia 1939 roku znaleziono przed plebanią  podziurawione kulami z rewolweru zwłoki proboszcza parafii, księdza Władysława Walencika. Policyjne śledztwo wykazało, że motywem morderstwa był rabunek.

Podczas nieobecności duchownego, na plebanię wtargnęło kilku Cyganów. Sterroryzowali gospodynię, przystawiając jej do głowy lufę dubeltówki, którą znaleźli w mieszkaniu. Chcieli pieniędzy i kosztowności. Nie zadowolili się złotym kielichem mszalnym z kolorowymi medalionami. Grożąc gospodyni śmiercią, zażądali żeby wskazała miejsce, gdzie trzymana jest grubsza gotówka.

Przerażona kobieta powiedziała, że pieniądze znajdują się w metalowej kasie, która stała w gabinecie księdza. Gotówka pochodziła ze zbiórki wiernych na budowę kościoła. Budowa była już na ukończeniu. Na lato zaplanowano uroczyste otwarcie świątyni, połączone z konsekracją.

Jeden rabuś pilnował gospodyni a dwaj pozostali próbowali otworzyć kasę. Nie potrafili jednak poradzić sobie ze skomplikowanymi zamkami. Zdecydowali się więc zabrać kasę ze sobą. Była bardzo ciężka. Stękając z wysiłku wywlekli ją przed plebanię, gdzie obsunęła się do rowu. Nie zauważyli nadjeżdżającego bryczką proboszcza, który wracał z wizyty w pobliskim majątku ziemskim.

– Co tu się dzieje? – spytał zdziwiony. Bandyci w odpowiedzi sięgnęli po rewolwery i zaczęli strzelać do księdza. Jedna z kul trafiła go w klatkę piersiową. Sprawcy porzucili łup i uciekli. Ciężko rannego proboszcza znalazł kilka minut później kościelny. Nie zdołał mu już pomóc. Ksiądz Walencik zmarł na jego oczach.

Mordercy zostali schwytani w trzy dni później. Okazało się, że w zbrodnię jest zamieszana kilkunastoosobowa grupa Cyganów, którzy przed tygodniem przyjechali do Zagłoby. Pod pozorem wróżenia i sprzedaży patelni, chodzili od domu do domu, wyciągając od gospodarzy informacje o ich stanie majątkowym. Dowiedzieli się, że najbogatszą osobą w okolicy jest proboszcz i postanowili napaść na plebanię. Specjalnie wybrali dzień, kiedy w domu była tylko gospodyni. Śledztwo wykazało, że banda miała na swoim koncie wiele kradzieży, dokonanych w innej części województwa.

W czerwcu 1939 roku przed Sądem Okręgowym w Lublinie odbyła się rozprawa zabójców księdza. Główny sprawca został skazany na dożywocie. Pozostali na kary od 2,5 do 15 lat więzienia.

Mariusz Gadomski

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*