Z kamieniem u szyi do rzeki

Znajomi pamiętają ją jako uśmiechniętą brunetkę z włosami do ramion. W ubiegłym roku zniknęła i nie widziano jej przez kilka miesięcy. Gdy poszukiwania rodziny i policji nie przynosiły rezultatu, nie odkryły nawet żadnych śladów zaginionej, zaczęły pojawia się różne, czasem dziwne przypuszczenia. Na przykład, że wyjechała za granicę i chce zatrzeć za sobą polskie ślady, aby rozpocząć tam nowe życie.

 Ale rodzina Danuty Wielochy, zwłaszcza dwoje jej dorosłych dzieci, była pewna, że to niemożliwe. Zdecydowała się więc na  zaangażowanie detektywa, a ten najgorszy trop uznał za najbardziej prawdopodobny. Po sprawdzeniu biografii zaginionej, zwłaszcza ostatniego jej okresu, stwierdził, że jej styl życia i zachowania nie dają realnych podstaw do podejrzenia, że pozostawiła dzieci i resztę rodziny bez jakichkolwiek informacji na temat zagranicznych zamierzeń. Wydedukował też, że została zamordowana, a nawet kto był sprawcą  zabójstwa. Powołując się na dotychczasowe wyniki swojej pracy z dumą oznajmił prasie, nim jeszcze zostało odnalezione jej ciało, że nigdy nie myli się w swoich wnioskach. Do czasu wstrzymywał się jednak z ujawnieniem nawet inicjałów zbrodniarza. Były tak czytelne, że bez trudu zostałaby odgadnięta jego tożsamość. A przecież ostateczną pewność dawało jedynie odnalezienie zwłok.

Nie miała wrogów

 

Danuta Wielocha mieszkanka Radomia, miała 53 lata, gdy zniknęła  w zimie ubiegłego roku. Poszukiwania prowadziła nie tylko policja, ale rodzina, przyjaciele, znajomi i zwykli mieszkańcy, którzy nie mogli pogodzić się z dramatyczną zagadką, która dotknęła ich miasto. Sprawę nagłośniły media.

Ostatni raz widziano zaginioną 11 grudnia 2016 roku w jej własnym domu przy ul. Garbarskiej. Zaparkowała tam swój samochód po przyjeździe ze szpitala, gdzie odwiedziła córkę. Policja namierzyła jej telefon o 16.44 w okolicach radomskiego Urzędu Miasta, właśnie wracała do domu z wizyty w szpitalu. Potem nie kontaktowała się już z nikim. Ani tego dnia, ani nigdy później. Nikt nigdzie potem jej nie widział, jakby rozpłynęła się w powietrzu.

O jej zniknięciu zawiadomiła policję rodzina. Gdy poszukiwania własne i policyjne nie przynosiły rezultatów, zaangażowała prywatnego detektywa. Bliscy nie potrafili wskazać żadnych tropów, nie umieli też określić powodów zniknięcia kobiety. Nie miała długów finansowych, które mogłyby sprowokować wierzycieli; nie słyszeli o żadnym konflikcie w ostatnim okresie; nie znali nikogo, kto byłby jej wrogiem.

Tymczasem wróg żył w zasięgu ręki.

Nie mówiono wprost o śmierci, skoro nie znaleziono ciała, posługiwano się określeniem „zaginięcie”. Ale zaangażowany w śledztwo detektyw  stwierdził już po wstępnym okresie pracy nad tą sprawą: policja powinna zmienić terminologię – z poszukiwania na zabójstwo. Był pewny potwierdzenia swoich podejrzeń, gdy tylko zostanie odnalezione ciało. Wprawdzie w poszukiwaniach już wykorzystano psy tropiące, georadar, duży specjalistyczny sonar i śmigłowce, ale śledczy mieli nadzieję, że tylko poprawa pogody na wiosnę posunie dochodzenie naprzód, i będzie można wówczas skorzystać z doświadczenia płetwonurków.

Tymczasem przypadek pomógł w przyspieszeniu skomplikowanego śledztwa. Spacerowicze zauważyli pośród konarów powalonych drzew wystające z wody nogi. Zwłoki znajdowały się w niebezpiecznym zakolu przeoranym ostrym nurtem rzeki. Praca płetwonurków w lodowatej wodzie nigdy nie jest łatwa, ale tym razem należało się poruszać w plątaninie połamanych gałęzi drzew związanych z korzeniami nadbrzeżnych trzcin. W dodatku w trakcie pracy okazało się, że ciało zostało przytwierdzone łańcuchami do betonowego bloku na dnie rzeki i znajdowało się w takim stanie rozkładu, że nie można było nawet rozpoznać płci. Dopiero badania DNA ustaliły bezspornie tożsamość zmarłej osoby. Na jej głowie widniały liczne ślady ciosów, które niechybnie spowodowały śmierć.

 

Pomógł przypadek

 Nie mogło już być mowy o zaginięciu, lecz o morderstwie, zwłaszcza że biegły sądowy ustalił bezspornie, że urazy głowy prawdopodobnie spowodowały zgon. A nawet gdyby nie one, to wrzucenie ciała w takim stanie do rzeki było jednoznaczne ze skazaniem na śmierć.

Odnalezienie zwłok ułatwiło więc rozwiązanie zagadki śmierci, należało tylko znaleźć sprawcę. Policja już od początku poszukiwań Danuty Wielochy zabezpieczyła dane jej męża, 55-letniego Piotra W.  i pobrała próbki jego krwi. Dowodziło to, że znalazł się w kręgu podejrzeń, zresztą jako jedyny. Nikogo innego w ten sposób nie potraktowano.

Gdyby nie odnaleziono ciała, trudno by było odtworzyć przebieg zdarzeń. Wcześniej, czasie śledztwa, sprawdzano rozmaite wersje, nawet taką, że kobieta żyje, ale nie chce się ujawnić z powodów znanych tylko sobie. Poważnie też rozważano, czy nie została uprowadzona i pozbawiona wolności przez nieznanych sprawców i z nieznanych powodów. Wszystkie warianty były sprawdzane, przeprowadzono też wiele badań laboratoryjnych. Już w czasie grudniowych poszukiwań Danuty Wielochy, tuż po jej zaginięciu, znaleziono kilka przedmiotów, które mogły pomóc w jej odnalezieniu, np. na drodze wzdłuż rzeki torebkę z jej dokumentami i innymi przedmiotami, w innym miejscu klucz do jej domu.

Dokładne przeszukania terenu nie przyniosły jednak  dodatkowych informacji, więc śledczy doszli do wniosku, że ciało poszukiwanej musi znajdować się w wodzie. Określili nawet odcinek Pilicy, gdzie należy go szukać. Wielokrotne próby z udziałem płetwonurków skończyły się jednak niepowodzeniem. Nadchodziła zima, a z nią mrozy, więc ze szczegółowymi przeszukiwaniami terenu wstrzymano się do wiosny. Grunt w zimie był zlodowaciały, przykryty śniegiem, nie spodziewano się odnaleźć potrzebnych śladów, natomiast można było mimo woli zadeptać oryginalne.

Przypadek, trudno tym razem nazwać go szczęśliwym, jak to zwykle się twierdzi, wyręczył ich w uciążliwym dochodzeniu. Potwierdził też tezę, że nie ma zbrodni doskonałych, choć wyjątki potwierdzające regułę zdarzają się nazbyt często. Wiele morderczych zagadek nie zostało rozwiązanych, a z upływem czasu znalezienie sprawców zmniejsza się w postępie geometrycznym. Ze statystyk wynika, że najwięcej sprawców wykrywa się w pierwszych 3-4 dniach po popełnieniu zbrodni.

Dopiero po sekcji zwłok denatki Piotr W. został przesłuchany jako podejrzany o zabójstwo, a następnie aresztowany. Według śledczych wiele razy uderzył żonę tępym, twardym narzędziem w tył głowy, co spowodowało rany i wielokrotne złamania kości czaszki. Następnie obwiązał ciało linami, obciążył betonowym bloczkiem i wrzucił do Pilicy w miejscowości Białobrzegi, położonej przy trasie z Warszawy do Radomia. Nie wiadomo, czy w tym momencie kobieta jeszcze żyła.

Alicja Basta

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*