PIERWSZY I OSTATNI SYLWESTER MAŁGOSI

W sylwestrową noc w wiejskiej dyskotece bawi się kilkaset osób. Nieopodal, za stodołą, kilku sprawców gwałciło 15-latkę. Znęcali się nad nią okrutnie. Naga i poraniona, pozostawiona na mrozie dziewczyna umiera. W śledztwie, które wielokrotnie było umarzane, działy się dziwne rzeczy. Jednak do czasu.

 15-letnia Małgorzata Kwiatkowska, z Jelcza-Laskowic pod Wrocławiem, w sylwestrową noc 31 grudnia 1996 roku wybrała się z koleżankami na dyskotekę do klubu Alcatraz w sąsiednich Miłoszycach. To zaledwie kilka kilometrów od jej domu. Jednak do domu nie wróciła już żywa.

Rodzice najpierw oponowali. Ale potem się zgodzili, aby Małgosia spędziła Sylwestra na dyskotece. Sami zresztą też wychodzili na zabawę. Wzięli na wszelki wypadek numer telefonu do rodziców Iwony, z którą Małgosia wybierała się na dyskotekę. Umówili się, że najpóźniej o piątej rano, 1 stycznia 1997 roku, Małgosia wróci do domu.

Przed wyjściem nastolatka zrobiła sobie jeszcze zdjęcie. Chciała uwiecznić ten moment. To był jej pierwszy Sylwester w życiu. I zarazem ostatni.  Ciemne, długie włosy spadały na jej szczupłe ramiona. W uszach miała srebrne kolczyki. Srebrny łańcuszek z serduszkiem z napisem „love” wisiał na jej szyi, a jej dziewczęca twarz ufnie spoglądała w obiektyw aparatu fotograficznego. Jak się później okazało, było to ostatnie zdjęcie w życiu Małgosi.

O 18. założyła  kozaczki, kurtkę, i wyszła z domu. Rodzice nigdy już jej nie zobaczyli żywej.

Zabrali ją za stodołę

 Małgosia z Iwoną i koleżankami wsiadły do pociągu na stacji w Jelczu-Laskowicach. Na tego Sylwestra miała ją namówić Iwona, ale mogło być również inaczej. Ponoć Małgosia poznała „kogoś” we Wrocławiu. Nie chwaliła się tym. Świadkowie wspominali potem, że kiedy miała praktyki w domu towarowym, kilka razy odwiedzał ją 18-letni wówczas Tomasz K. Nie przedstawiła go rodzicom.

Małgosia była oczkiem w głowie rodziców. W szkole handlowej we Wrocławiu miała jak najlepszą opinię. Chwalono ją też w domu towarowym, w którym miała praktyki. Nigdy nie sprawiała żadnych problemów.

Dziewczyna opowiadała w domu, że czuje się we Wrocławiu bezpieczna, bo zawsze „ktoś” ją odprowadza na dworzec. Czy był to Tomasz K.? Nigdy tego do końca nie wyjaśniono. W każdym razie pojawił się tamtej sylwestrowej nocy w Alcatraz. Tomasz K. nie znał Miłoszyc, ale prawdopodobnie musiał mieć jakichś znajomych w miasteczku.

Na dyskotece był nadkomplet. Tego wieczora w Alcatraz  bawiło się ponad pięćset osób. Alkohol lał się strumieniami i tańczono do białego rana. Istna gorączka sylwestrowej nocy. A na dworze mróz, prawie -20 stopni Celsjusza. Niektórzy uczestnicy dyskoteki wychodzili na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Tak jak i Małgosia, która kilka razy wyszła na dwór bez kurtki. Widać było, że wypiła niejednego drinka. Wraz z nią wychodził Krzysztof K., stały bywalec Alcatraz. Poznali się na tej właśnie zabawie. Gdy nastolatka wyszła z nim po raz ostatni, wówczas podeszło do nich dwóch młodych mężczyzn. Trudno było powiedzieć, czy znali się z Krzysztofem K. Jeden z nich przedstawił się jako Irek, „brat” Małgosi. Miał nawet do niej pretensje, że za dużo wypiła. Oznajmił, że musi ją odprowadzić do domu. Ale Małgosia nie miała brata. Nie oponowała jednak, gdy wziął ją pod rękę. Być może nie miała siły protestować. Krzysztof K. wymienił z nimi kilka zdań i wrócił na dyskotekę. Tamci zaś, prowadząc Małgosię pod ręce, skierowali się ku oddalonej o 100 metrów od dyskoteki posesji Józefa R. Wkrótce zniknęli na zaśnieżonej ścieżce, pomiędzy domem a stodołą.

Krew na śniegu

Sylwestrowa dyskoteka wkrótce dobiegła końca. Zaskakujące mogło wydawać się zachowanie Iwony i pozostałych  koleżanek. Nie były zainteresowane Małgosią. Nie szukały jej. W mroźny, sylwestrowy poranek Iwona zabrała jedynie kurtkę Małgosi i wróciła do domu, jakby nic się nie stało.

O 5. nad ranem rodzice Małgosi zadzwonili do rodziców Iwony. Nastolatka opowiedziała im, jak Małgosia poszła do jakiegoś domu w Miłoszycach. Dwie godziny później rodzice Małgosi byli już w Miłoszycach. Szukali córki, krążyli pomiędzy Alcatraz a sąsiednimi  zabudowaniami. Wrócili, ale Małgosi nadal nie było w domu. Pojechali więc tam raz jeszcze. Byli przy posesji Józefa R. Jednak on nie wpuścił Kwiatkowskich do domu. Rozmawiano zatem na zewnątrz. Pytali gospodarza i jego rodzinę, czy czegoś nie widzieli. Czy nie słyszeli o Małgosi. Ale oni zaprzeczali. Kwiatkowskiego zdziwiło, że ścieżka przy posesji Józefa R. była staranie wymieciona z nadmiaru śniegu. Kto w Sylwestra robi takie porządki?

Zrozpaczeni rodzice do południa poszukiwali córki. O 13. zgłosili jej zaginięcie. Piętnaście minut później Józef R. powiadomił policję o odnalezieniu zwłok za stodołą. Było to ciało Małgosi. Leżała naga na sukience. Poraniona, bez butów, jedynie w jasnych skarpetach z czerwonym paskiem. Było sporo krwi wokół. Obok leżała też kominiarka. Na miejscu, w którym leżało ciało, znaleziono również damską chusteczkę z zaschniętą krwią. DNA na niej nie należało do zamordowanej. Nie odnaleziono natomiast kozaczków Małgosi.

– Krwi były tam potworne ilości – wspomina mecenas Ewa Szymecka z Wrocławia, pełnomocnik rodziców ofiary. Szymeckiej o zbrodni opowiedziała Jolanta Krysowetr, dziennikarka Polskiego Radia. Mówiła również o oławskiej prokuraturze, która w skandaliczny sposób prowadziła sprawę zabójstwa 15-latki. Kwiatkowscy byli pogubieni i nie wiedzieli, do kogo zwrócić się o pomoc.  Szymecka została więc ich pełnomocnikiem.

– Krew była wszędzie – dodaje mecenas Szymecka – Kilka metrów od ciała, na granicy obu sąsiadujących ze sobą posesji. Dziś nawet trudno o tym spokojnie wspominać. Tak, jakby ktoś, za przeproszeniem, zaszlachtował zwierzę.

Biegli orzekli, że ciosy zadawano ofierze narzędziami tępokrawędzistymi, lub nawet kijem. Ciało było zmasakrowane. Sprawca działał jak sadysta. Mógł cierpieć na zaburzenia seksualne. Na ciele ofiary znajdowały się odciski zębów. Dziewczyna mogła jeszcze żyć, i poruszać się pomiędzy zabudowaniami, wołając o pomoc. Może ją wleczono po śniegu? Małgosia wykrwawiła się, zanim wzeszło słońce, pierwszego dnia 1997 roku.

Niektórzy zeznawali, że słyszeli jakieś wołania nad ranem, jakby: „Mamo, mamo!”. Nikt jednak nie zareagował. U sąsiadów Józefa R. na podwórzu był pies. Zawsze ujadał na obcych. Tym razem nie szczekał.

Zastraszanie świadków

 W  kościołach, w obu miejscowościach apelowano do świadków o pomoc w wyjaśnieniu tej makabrycznej zbrodni. Urząd Gminy w Jelczu-Laskowicach wyznaczył nawet nagrodę w wysokości 10 tysięcy złotych dla tego, kto przyczyni się do schwytania sprawców. Nic to nie pomogło. Śledztwo posuwało się w ślimaczym tempie: – Można by nawet powiedzieć, że w ogóle go nie było – dopowiada dziś pani mecenas.

Zastraszano też świadków. Bramkarz z Alcatraz wycofał wcześniej złożone zeznania przeciwko Marcinowi Ł., synowi lokalnego biznesmena. Widziano go w noc sylwestrową, w towarzystwie zamordowanej 15-latki. Grożono też dziewczynie bramkarza.

Pewną kobietę, która była świadkiem, uprowadzono. Jacyś mężczyźni, podający się za policjantów, wsadzili ją do samochodu. Tam spojono ją alkoholem i ostrzegano, że ma wycofać oskarżenia przeciwko Marcinowi Ł. W przeciwnym przypadku zginie: – Zdechniesz jak tamta, suko – te słowa bandyty przypomina mecenas Szymecka. Strach zapanował w okolicy i ludzie zamilkli. Mówiło się szeptem, że w sprawę zamieszani byli jacyś lokalni policjanci, którzy również bawili się tamtej sylwestrowej nocy w Alcatraz. Sprawa utknęła w miejscu.

Tymczasem na ciele zamordowanej znaleziono dwa obce włosy łonowe. Inny włos odnaleziono na kominiarce. Szymecka przypominała, że DNA włosa znalezionego na  kominiarce przy ciele Małgosi było takie samo, jak włosa odnalezionego koło cmentarza i stawu w Jelczu-Laskowicach.

– Tam również dokonano gwałtu – dodaje mecenas – Równie brutalnego, jednak ofiara przeżyła. Z powodu niewykrycia sprawcy tamtą sprawę umorzono. I to tuż przed dokonaniem zbrodni w Miłoszycach!

Jednak prokuratura nie wzięła pod uwagę informacji Szymeckiej, co do takich samych śladów genetycznych włosów z obydwu gwałtów. Był jeszcze jeden gwałt w pobliżu stawu i cmentarza w Jelczu-Laskowicach. Ofiara również przeżyła:  – Jednak sprawcy też nie wykryto.

W sprawie zabójstwa 15-latki pobierano DNA tylko od osób, które się na to zgodziły. Nie porównywano DNA od podejrzanych, których wskazywali świadkowie.

 Skarpetki z paskiem

4 stycznia 1997 roku przesłuchiwano Irka, który przedstawiał się jako „brat” zamordowanej.

 – Wraz ze swoim kolegą przyjechali do Józefa R. rowerami – wspomina pani mecenas – Kolega Irka był chłopakiem jednej z córek Józefa R. Zatrzymali się obydwaj u  R. i tam pili. Irek opowiadał tylko o Małgosi, że nawet siedziała komuś na kolanach, że tańczyła na scenie, i jak była ubrana. Zwracałam uwagę śledczym, że mówił również o jasnych skarpetkach z czerwonym paskiem, które Małgosia miała na nogach pod kozaczkami i czarnymi rajstopami. Jasne skarpetki z czerwonym paskiem nie były widoczne pod czarnymi rajstopami. Aby je zobaczyć, trzeba było dopiero ściągnąć dziewczynie kozaczki, a potem rajstopy. Wskazywałam, że Ireneusz to najprawdopodobniej główny podejrzany. Oznajmiono mi dość obcesowo, abym się nie wtrącała, i nie uczyła śledczych pracy.

Potem skarpetki z czerwonym paskiem gdzieś zaginęły, i pozostały po nich jedynie policyjne zdjęcia operacyjne.

Z początkiem 1997 roku nieoczekiwanie do winy przyznał się Krzysztof K. Miał zaprowadzić ofiarę w kierunku stodoły. I za jej zgodą obcować z nią seksualnie. Potem oddał Małgosię innym. Tak w każdym razie mówił. I nawet naszkicował, gdzie się to wszystko odbyło. Wykrywacz kłamstw potwierdził, że był z Małgosią: – Ale nie potwierdził, że był z Małgosią na miejscu zbrodni – dodaje pani mecenas – Zeznania były na nim wymuszone przez funkcjonariusza, który kiedyś był milicjantem. Krzysztof K. podpisałby wszystko, co by mu okazano do podpisania.

Później odwołał wszystko, co powiedział, i rozpłakał się podczas konfrontacji z rodzicami ofiary.

Tymczasem u Józefa R., w jego zagrodzie, odnaleziono biżuterię podobną do tej, którą miała w dniu śmierci na sobie 15-latka. Srebrny łańcuszek z serduszkiem, z napisem „love”, i jeden kolczyk.

 – Leżały pomiędzy wypitymi butelkami z alkoholem, nie ściągnięto z nich nawet odcisków palców – dodaje pani mecenas – Podczas okazania biżuterii matka Małgosi powiedziała policjantce, że jest taka sama, jaką nosiła przed śmiercią jej córka. Lecz nie jest pewna, czy to ta sama.

I choć trudno było uwierzyć w taki zbieg okoliczności, to jednak policjantka odpuściła i oddała biżuterię rodzinie Józefa R., która natychmiast pozbyła się tego dowodu.

Pomogła sąsiadka

Zmieniło się pięciu prokuratorów prowadzących to śledztwo. Jednemu cofnięto nawet immunitet i odpowiadał karnie za branie łapówek, między innymi od gangsterów. Odpowiadał za nieudolne prowadzenie wielu spraw, w tym również tej o zabójstwo 15-latki z Miłoszyc.

Z powodu niewykrycia sprawców, sprawę umorzono, ale mecenas Szymecka była nieustępliwa i sprawę wznowiono.

W 1999 roku zbrodnia z Miłoszyc trafiła do telewizyjnego magazynu kryminalnego „997”. Program we Wrocławiu oglądała sąsiadka Tomasza K. Sporządzony i pokazany na ekranie portret pamięciowy jednego ze sprawców pasował jakoś kobiecie do twarzy syna sąsiadów. Kilka dni potem, na swoich imieninach, poinformowała o swych spostrzeżeniach jednego z gości, był nim funkcjonariusz z Centralnego Biura Śledczego. Przekazał jej spostrzeżenia dalej. W efekcie Tomasza K. aresztowano.

Wszystko pasowało. Policyjne psy po zapachu z kominiarki – przechowywanej przez lata w szczelnym pojemniku – od razu wytypowały wrocławianina. Pasował również odlew uzębienia Tomasza K. do śladów pozostawionych na ciele ofiary.  25-latek zasiadł na ławie oskarżonych jako jedyny spośród trzech nieznanych sprawców zbrodni. Zaprzeczał w sądzie wszystkiemu i nie przyznawał się do winy.

– Obrońca przedstawił świadka, kobietę, która miała stanowić alibi dla Tomasza K. – przypomina Szymecka – Jakoby miała słyszeć Tomasza K., z tym, że świadek była osobą głuchą. Co wykazał sąd. Nie słyszała z paru metrów tego, co mówił do niej sędzia.

Tomasz K. nie przyznawał się do znajomości z ofiarą. W trakcie śledztwa powiedział tylko, że poznał w Miłoszycach na dyskotece jakąś Kasię. I miał z nią stosunek w lesie. Ale się po tym rozeszli. On wrócił do Wrocławia. Potem odwołał te zeznania, że niby wymusili je na nim śledczy. W pierwszej instancji skazano go na 15 lat więzienia. 16 czerwca 2004 roku, we wrocławskim Sądzie Apelacyjnym, otrzymał  wyrok 25 lat pozbawienia wolności. Odsiaduje go w Zakładzie Karnym w Strzelinie. Współtowarzyszy gwałtu i zabójstwa jednak nie wydał.

Urodzony gwałciciel

W listopadzie 2016 roku w Komendzie Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu powołano specjalną grupę operacyjną. Składa się ona z najbardziej doświadczonych policjantów i funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego. I to oni ponad 20 lat po zabójstwie Małgosi Kwiatkowskiej, 13 czerwca 2017 roku, zatrzymali drugiego ze sprawców tej zbrodni, 42-letniego Ireneusza M.

Dla dobra dalszego śledztwa – wznowionego przez ministra sprawiedliwości –  Robert Tomankiewicz, naczelnik Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji we Wrocławiu, nie ujawnia szczegółów.

O wznowieniu śledztwa Prokuratura Krajowa dotychczas milczała. Nie chciano spłoszyć podejrzanych. Do wznowienia śledztwa przyczyniła się również Ewa Szymecka: – Pisałam w tej sprawie rok temu do ministra. Proponowałam nawet, aby zajęło się nią policyjne Archiwum X z Krakowa.

Można przypuszczać, że zatrzymany 42-latek to nie kto inny, jak ów Irek, który w tamten sylwestrowy poranek 1997 roku przedstawiał się jako „brat” Małgosi. To ten, który przyjechał rowerem do Józefa R. i pił u niego w domu. Na przesłuchanie doprowadzono Ireneusza M. z więzienia. Odsiadywał  już wyrok 6 lat więzienia za gwałt i groźby karalne. Nie był to pierwszy wyrok w jego bandyckiej karierze. 18 czerwca 2010 roku został skazany również za gwałt i próbę gwałtu oraz groźby karalne. Otrzymał wtedy 4,5 roku więzienia.

 – Z tego, co wiem, skazano go w tych dwóch wyrokach łącznie za pięć gwałtów – dodaje mecenas Szymecka. Może Ireneusz M. ma również na sumieniu inne gwałty, także w rejonie cmentarza i stawu w Jelczu-Laskowicach w 1996 roku?

– Analizowaliśmy te sprawy – odpowiada krótko prokurator Robert Tomankiewicz. Niewątpliwie Ireneusz M. jest recydywistą w sprawach gwałtów. Funkcjonariusze z nowej grupy śledczej przyglądali się uważnie zdjęciom operacyjnym białych skarpetek z czerwonym paskiem. Tym samym, na które w 1997 roku bez skutku zwracała uwagę Ewa Szymecka.

– Nie tylko białe skarpetki z czerwonym paskiem spowodowały aresztowanie Ireneusza M. – dopowiada pani mecenas – Pogrążyły go również inne dowody, które stanowią dziś tajemnicę wznowionego śledztwa.

– Zebraliśmy je na podstawie setek przesłuchań – dodaje prokurator Tomankiewicz – To one wskazały na Ireneusza M. Mogliśmy mu postawić zarzuty i aresztować go.

Ireneusz M. ma postawione zarzuty gwałtu ze szczególnym okrucieństwem i zabójstwa 15-latki. Jednak  nie przyznaje się do winy.

– Dzwoniłam do rodziny Kwiatkowskich – mówi Ewa Szymecka – Przestali wierzyć w sprawiedliwość, ale ulżyło im, gdy dowiedzieli się, że śledztwo zostało wznowione.

10 lipca 2017 roku do sądu wpłynął wniosek o poddanie Ireneusza M. obserwacji sądowo-psychiatrycznej. Czy takie badanie może dziś określić, czy w trakcie popełniania tamtego czynu sprzed 20 lat był poczytalny?

– O tym zadecydują biegli – podkreśla prokurator.

– Sądzę, że badania wykażą również, czy Ireneusz M. nie powinien reszty życia spędzić w zakładzie zamkniętym – sugeruje pani mecenas.

Celem sporządzenia kolejnej opinii toksykologicznej i genetycznej, 11 lipca 2017 roku  ekshumowano ciało 15-latki.

Roman Roessler

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*