Kolędnicy rozpustnicy

Tradycja w narodzie umiera. Dawne zwyczaje i obyczaje odchodzą w zapomnienie. Bywają jednak jeszcze ludzie niosący w lud kaganek tradycji, wskrzeszający folklor wiejski i miejski. Ludzie, bez których zapomnielibyśmy o zwyczajach naszych przodków.

Co prawda Józefa Ł. trudno zaliczyć do spadkobierców idei Kolberga, jednak nie sposób zaprzeczyć, że miał pewien wkład w kultywowanie archaicznych zwyczajów. Zwłaszcza w latach  80. minionego wieku, o których opowiada ta historia.

Józef F. nie ukończył studiów etnologicznych, etnograficznych, tak jak nie ukończył też żadnych innych. Wykształcenie, w tym konkretnym przypadku, nie gra żadnej roli. Wiadomo, że liczy się talent, a tego mu nie brakowało. Były to zdolności specyficzne, ukierunkowane na motanie afer nie do rozmotania, oszustw i fałszerstw. Brakowało jednak Józkowi zapału do pracy. Pracował wówczas, gdy potrzebował pieniędzy na gorzałkę i inne proste rozrywki. Szczególną aktywność Józefa można było zaobserwować z początkiem każdego grudnia. A to za sprawą tradycji, którą szanował ponad wszystko. Wychodził z założenia – i słusznie – że Boże Narodzenie obchodzić należy wyjątkowo uroczyście. Aby tradycji stało się zadość, potrzebna była większa ilość gotówki. Trzeba przyznać, że w tych przypadkach zarabiał ją niemal uczciwie. Zdarzały  się drobne odstępstwa od tej zasady. Takie, jak handel kradzionymi drzewkami z pobliskiej plantacji, czy spekulacja ozdobami choinkowymi. Jednak zestawiwszy to z wyczynami Józefa w pozostałych 11 miesiącach, dało się dostrzec znikomą szkodliwość tych czynów. Czym, bowiem jest zawyżenie ceny zimnych ogni o parę złotych, wobec sprzedaży podrobionych praw jazdy.

Można stwierdzić, że Józef Ł. był w miasteczku G. ostatnim Mohikaninem tradycji bożonarodzeniowej. Już od początku grudnia, każdego roku, przyjmował zapisy na wizyty Świętego Mikołaja, organizował także grupy kolędników. Był w tej dziedzinie lokalnym monopolistą. Zdarzało się, lecz rzadko, iż kilku niedorostków tworzyło samozwańczą ekipę kolędników. Na krótko. Józek eliminował konkurencję bezwzględnie.

Cokolwiek by o tym mówić, to usługi świadczone przez Józefa i jego ludzi, były zajęciem uczciwym. Święty Mikołaj podawał stawkę i klient godził się lub nie. Kolędnicy zaś brali „co łaska” – mogła być gotówka, gorzała inne fanty również, chociaż mniej chętnie. Interes szedł nieźle. Józef, jako Święty Mikołaj, rozdzielał prezenty i rózgi, kolędnicy zaś odstawiali szopki.

Była gotówka, a co za tym idzie, syte i wesołe święta. Tyle, że nieco pracowite. I byłoby tak pewnie także podczas Bożego Narodzenia 1988 roku, gdyby nie pechowe zdarzenie.

W dzień wigilijny zebrał Józef swoich ludzi u siebie w mieszkaniu. Spotkali się rano, wypili nieco – wbrew tradycji, która mówi, że pić można dopiero po północy, gdy Chrystus się narodził. I to może był błąd, za który spotkała Józefa i jego ekipę kara. Należało tradycję uszanować  i – jak co roku –  pić po północy.

 Około siedemnastej Mikołaj  oraz dwie ekipy kolędników, wyruszyli w  teren. Przed rozstaniem ustalili, że spotkają się u Jolanty K., gdzie co roku kończyli pracę w wigilijny wieczór.

Jolanta K., rozwódka lat 33, bez stałego miejsca zatrudnienia: – Dorabia sobie – mówili złośliwi sąsiedzi. Również Olga F., stomatolog i sąsiadka Jolanty, wyrażała się o niej niepochlebnie. W wigilijny wieczór nastąpiła jednak w ocenie sąsiadki zmiana. Na krótko.

 Olga od kilku miesięcy była sama, gdyż jej mąż – ordynator chirurgii w miejskim szpitalu – pojechał zmywać gary do Szwecji i nie wracał.  A miał to zrobić w listopadzie. Dzieci nie mieli, rodzice Olgi nie żyli, teściów nie lubiła. I tak zastał ją wigilijny wieczór. Wiadomo, że nikt nie lubi być w tym dniu sam. Olga zastukał do sąsiadki. Powiedziała w czym problem.

– Ależ naturalnie, pani doktor, znajdzie się kielich i zagrycha – Jolanta  zapraszała w swoje progi. Podczas przygotowań do wigilijnej wieczerzy, kobiety zaprzyjaźniły się. Olga obiecała wyleczyć Joli zęby. Ta zaś stwierdziła:  – Co będziesz się  tym swoim wypierdkiem przejmować. Jak nie wróci, to znajdę ci chłopa z jajami a nie z pustym workiem.

– Nie trzeba Jolu – zaśmiała się dentystka.

Przez kilka godzin kobiety gawędziły, pojadając karpia, pierogi z grzybami i dziesięć innych wigilijnych potraw. Tu trzeba wspomnieć, że Jolanta też dbała o tradycję. Stąd jej silny, choć nieformalny, związek z Józefem.

Niemal punktualnie o północy zadzwonił dzwonek u drzwi. Zjawili się: Święty Mikołaj, dwóch Herodów, Śmierć, Anioł i dwa Diabły. Resztę ludzi  – nieletnich – Józef rozesłał do domów. Popłynęły kolędy i gorzała. Piły Diabły i Anioł, pił Mikołaj i Herodowie, piły panie. Śmierć nie piła, bo „zaszyta” była.

Olga, nie przyzwyczajona do nadmiernej ilości alkoholu, utraciła kontrolę nad sobą. I pociągała Diabła za ogon, na co obruszył się drugi czort, że ma bardziej puszysty.

Gdzie z ta kitą?! – wciął się Anioł.

 I byłaby bójka, lecz Józef uspokoił towarzystwo:  Będzie tego, rozchodzicie się do domów, ja zostaję z Jolką.

I tak się stało. Oldze dojść do domu pomagało: dwóch Herodów, Śmierć, Anioł i dwa Diabły. W tym komplecie towarzystwo znalazło się w M-5 państwa doktorostwa. Olgę położono na kanapie, dwa Diabły zakręciły się po mieszkaniu przynosząc alkohol, jaki dotychczas znali tylko z widzenia.

– Koniaki, to trucizna – ocenił fachowo Herod Wyższy, wyciągając zza pazuchy czystą stołową. Wypili i zaczęła się diabelsko-anielsko-śmiertelno-królewsko-stomatologiczna orgia. Robiono z Olgą rzeczy wstrętne i obrzydliwe. Źle mi się robi, gdy o tym myślę. Dlatego pominę opis seksualnego wyuzdania kolędników. Wy i tak się domyślacie, co jest w stanie wymyślić człowiek.

Pani doktor nieco protestowała. Niewiele miała jednak sił, a chyba również i ochoty. Chyba już wolała kochać się z Diabłami, Herodami, Aniołem, Śmiercią …

Wszystko co piękne szybko przemija. Tak też ulotnili się kolędnicy. Nie sami, zabrali telewizor, wideo, futro, biżuterię i nieco innych drobiazgów. Wszak kolędowali długo, i uznali, że coś się im za to należy.

 A na czym polegał pech Józefa? Otóż, wszystkie te przedmioty jego ludzie złożyli w mieszkaniu Jolanty, aby szef dokonał podziału łupów.

Olga, po przebudzeniu, wezwała milicję. Skradzione rzeczy znaleziono piętro wyżej. Nie było tam śladu diabłów czy aniołów. Tylko Józef i Jolanta wtuleni w siebie.

Alibi Józek miał wątłe, gdyż Olga nie była pewna, czy nie miała przyjemności także z Mikołajem. Sprawa trafiła do sądu, a kolędnicy na ławę oskarżonych. Olga nie wniosła jednak oskarżenia o gwałt. To wolałaby przemilczeć. Tym bardziej, że ze Szwecji powrócił jej mąż. Jednak Diabły, Anioł i reszta towarzystwa, chętnie odpowiadali o erotycznych upodobaniach pani stomatolog.

– Jak już nas seksualnie sponiewierała – zeznawał Herod Niższy – to powiedziała tak: „Macie tu chłopaki trochę gratów, co mi zbywają”.

Sąd w to nie uwierzył. Nie uwierzył także w niewinność Józefa i Jolanty, których skazano za paserstwo. Cała ekipa spędziła kolejne święta za kratami, gdzie kolędować nie sposób.

Olga, wkrótce potem, zniknęła z miasteczka G. Podobno wyjechała z mężem na  stałe do Szwecji. Zawsze to bliżej do prawdziwego Mikołaja, który ponoć żyje w Laponii.

Leo

1 komentarz do Kolędnicy rozpustnicy

  1. Hahahah ale świetna opowieść 😀 uśmiechnęłam się 😀 szczęśliwego nowego roku i więcej czytelników! Mnóstwo zdrowia oraz samych sukcesów, wiecej takich oraz dłuższych historii i reportaży bo to moja ulubiona strona. Pozdrawiam serdecznie :))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*