MORDERCY ZE ZŁODZIEJÓWKI

Krwawe, bestialskie morderstwo wstrząsnęło mieszkańcami Rejowca Fabrycznego, w sierpniu 1999 roku. Przez kilka dni o niczym innym nie mówiło się w miasteczku. Potem mieszkańcy przeszli nad tragedią do porządku dziennego. Nikt nie przypuszczał, że to dopiero początek koszmaru.

 Córka posprzątała w izbie i w obejściu, oporządziła matkę. Potem obie usiadły w pokoju przy otwartym oknie i piły herbatę.

– Wiesz co, moja droga? Ja to chyba niedługo umrę – odezwała się w pewnym momencie staruszka. Córce wypadła z ręki łyżeczka, którą mieszała cukier. Matka miała 87 lat, przeżyła wojnę i komunę; z trudem chodziła, zapominała się. Ale wciąż była, mówiła, czasami się nawet uśmiechała. Skąd u niej takie myśli? Może przeczucie?

Matka ciągnęła dalej: Wiem, że mój czas nadchodzi. Nie chcę nikogo z rodziny narażać na koszty. Uskładałam sobie na pogrzeb 3 tysiące złotych. Powinno wystarczyć. Pieniądze są w piecu chlebowym – wskazała przez uchylone drzwi róg kuchni.

Bożena D. nie chciała już tego słuchać. Powiedziała, żeby mama wypluła te słowa i nie straszyła jej. Dopiły herbatę, porozmawiały jeszcze o tym i tamtym. Późnym popołudniem córka pożegnała matkę i obiecała, że wpadnie jutro. To była ich ostatnia rozmowa.

Podziurawiona nożem

Stanisława W. mieszkała w drewnianym domu przy ulicy Targowej w Rejowcu Fabrycznym, nieopodal torów kolejowych. Nazajutrz, 15 sierpnia 1999 roku, Bożena D. idąc do niej rano z zakupami, zobaczyła, że zaszczepki w oknie są podgięte. Wczoraj tego nie było. Ponadto zaniepokoiła ją cisza. Dzień był świąteczny. O tej porze telewizja transmitowała mszę, a matka zawsze ją oglądała.

Bożena D. weszła do mieszkania. Zawołała „mamo”, ale staruszka nie odpowiedziała. W całym domu roznosił się nieprzyjemny, mdlący odór.

Znalazła ją w narożnym pokoju i przeżyła szok nerwowy. Stanisława W. leżała martwa w lepiącym się od krwi łóżku. Splądrowany pokój wyglądał jak pobojowisko – otwarte szafy, wyciągnięte półki, rozrzucone ubrania, drobiazgi, potłuczone szkło.

Córka przypomniała sobie, co matka wczoraj mówiła o pieniądzach na pogrzeb. Gdy już jako tako doszła do siebie, udała się do kuchni. Drzwiczki starego, nieużywanego od dawna pieca chlebowego były uchylone. Zajrzała do środka, ale gotówki nie było.

Policyjny lekarz stwierdził zgon Stanisławy W. na skutek wykrwawienia się. Kobieta została dosłownie podziurawiona nożem. Na jej ciele naliczono ponad 30 pchnięć w piersi, szyję, ramiona i twarz. Wcześniej została dotkliwie pobita. Śmierć nastąpiła w nocy, na kilka godzin przed znalezieniem zwłok.

Policjanci z Chełma i z Komendy Wojewódzkiej w Lublinie przyjęli rabunkowy motyw zbrodni. Ustalono, że sprawców było co najmniej dwóch. Dostali się do mieszkania przez okno, napadli staruszkę i biciem zmusili ją do wydania pieniędzy. Oprócz 3 tysięcy zł, które trzymała w piecu, zginęło kilka mało wartościowych przedmiotów oraz legitymacja ZBOWiD-owska, należąca do zmarłego przed paroma laty męża Stanisławy W.

Mieszkało tu zło

Krwawe, bestialskie morderstwo wstrząsnęło mieszkańcami Rejowca Fabrycznego. Przez kilka dni o niczym innym nie mówiło się w miasteczku. Potem mieszkańcy przeszli nad tragedią do porządku dziennego. Nikt nie przypuszczał, że to dopiero początek koszmaru.

U progu trzeciego tysiąclecia czas na ulicy Targowej w Rejowcu Fabrycznym jakby się zatrzymał w połowie XX wieku. Niebrukowane chodniki, doły i błoto zamiast asfaltu. W gęstych chaszczach pochylone ze starości domy. Przy domach nieplewione ogródki, tu i ówdzie pola uprawne. Gaz, ciepła woda i centralne ogrzewanie były luksusem. Mieszkali tu starsi, przeważnie samotni ludzie. Potomstwo wyfrunęło w świat, a druga połowa leżała na cmentarzu.

Latem 1999 roku, po serii zabójstw i napadów, każdy nietutejszy budził nieufność. Mało kto miał ochotę na rozmowę z dziennikarzem. – Po tym, co się stało, długo będziemy się bać obcych. Pan się nie dziwi, ludzie nadal to wszystko przeżywają, chociaż najgorsze już minęło – mówiła siwa jak gołąbek staruszka, stojąc na progu domu.

Targowa miała opinię najniebezpieczniejszej ulicy w mieście. Nazywano ją „złodziejówką”. Zło mieszkało tu od dawna.

Wieczorami lepiej się tu w pojedynkę nie zapuszczać – przestrzegali rejowieccy policjanci – Człowiek idzie i nie wie, kiedy i z której strony wyskoczą zbiry, napadną, stłuką i ograbią ze wszystkiego.

Śmierć po raz drugi

Po morderstwie Stanisławy W. śledczy zabezpieczali ślady zbrodni i wzywali mieszkańców na przesłuchania. Nie chcieli powiedzieć, czy coś odkryli. Nieoficjalnie mówiło się, że podejrzewają miejscowych.

Jedną z osób, z którymi policja rozmawiała w tej sprawie, była 75-letnia Wanda C. Mieszkała w podobnym, parterowym domu, jak Stanisława W., w odległości niespełna 150 metrów od zamordowanej. Również była osobą samotną i schorowaną. Przesłuchiwano ją niecały tydzień po zabójstwie. Śledczy pamiętali zeznanie Bożeny D. Córka ofiary powiedziała, że gdy matka mówiła o pogrzebie i wskazała piec chlebowy, w którym trzymała oszczędności, okno w pokoju było otwarte na całą szerokość. Policja nie wykluczała, że znajdujący się gdzieś w pobliżu sprawcy podsłuchali rozmowę i to zdecydowało, że napadli na staruszkę.

Dom Stanisławy W. Mordercy mogli podsłuchać rozmowę matki i córki.

W trzy dni później, 22 sierpnia, Wanda C. też już nie żyła. Tak, jak jej sąsiadka, została bestialsko zamordowana. Zwłoki znalazł syn, który przyjechał do matki w odwiedziny z Chełma. Wanda C. została dotkliwie pobita w głowę twardym, tępym narzędziem (na jej ciele znajdowały się ślady kilkunastu zadanych uderzeń) oraz uduszona. Mordercy zaskoczyli ją we śnie. Wyważyli drzwi do mieszkania, po czym weszli do pokoju i obezwładnili staruszkę. Podobnie jak tydzień wcześniej, zabójców było kilku.

Zostawili w mieszkaniu ślady, które świadczyły o tym, że byli to ci sami sprawcy, którzy zamordowali i ograbili Stanisławę W. U Wandy C. również szukali pieniędzy i kosztowności. Ofiara nie była szczególnie majętna, utrzymywała się ze skromnej emerytury, kiedyś trzymała w obejściu kilka kur, teraz już nie. Ale miała kilkaset złotych oszczędności. Pieniądze zginęły. Jednakże policja brała pod uwagę nie tylko motyw rabunkowy.

Sprawcom mogło chodzić o zemstę, bądź o pozbycie się niewygodnego świadka. Wanda C., zeznając w sprawie zabójstwa Stanisławy W., być może wskazała jakiś trop. Albo wyraziła się niepochlebnie o zabójcach.

– To mało prawdopodobne. Rozmawiałam z Wandą tego dnia, kiedy była na przesłuchaniu. Mówiła, że maglowali ją ze dwie godziny, pytali czy nie zauważyła jakichś podejrzanych ludzi w pobliżu domu Stanisławy W. Chcieli też wiedzieć, który z jej sąsiadów nadużywa alkoholu lub znęca się nad rodziną. Ona na to, że nic nie wie, bo 14 sierpnia położyła się wcześnie spać. Poza tym miała kłopoty z poruszaniem się i rzadko wychodziła z domu, co najwyżej na podwórko. A jej obejście jest tak zarośnięte, że jak się tam stanie, to prawie nic nie widać – powiedziała znajoma drugiej ofiary.

Mordercy mogli nie wiedzieć, co Wanda C. powiedziała policji. Może bali się, że kobieta coś jednak wie na ich temat? Albo chodziło im i o pozbycie się świadka, i o forsę.

Wyjdę, to mnie zarżną

Dwa brutalne zabójstwa starszych kobiet sprawiły, że w Rejowcu Fabrycznym zaczęła narastać psychoza strachu. Starsi mieszkańcy ulicy Targowej bali się wychodzić z domu nawet w dzień.

– Kto by nas obronił, jakby doszło do kolejnego napadu? Na policję, w razie czego, trzeba by lecieć piechotą, bo mało kto ma tutaj telefon, żeby ich wezwać. A myśli pan, że tak od razu by przyjechali? Starymi ludźmi mało kto się przejmuje.

Kilka osób opowiadało o tajemniczych odgłosach, jakie po zapadnięciu zmroku dobiegały z zarośli w pobliżu ich domów.

– Słyszałem jakieś kroki, ktoś kichnął czy coś – powiedział jeden z gospodarzy Potem zaszczekał pies. Ja do drzwi, ale staję, nie wychodzę. Bo jak wyjdę, to zarżną, jak Staśkę i Wandę. Postałem chwilę, pies ucichł. Na drugi dzień zobaczyłem ślady butów przy moim płocie. Kilka par. To musiały być tamte bandziory, jak nic!

Okazało się, że był jeszcze jeden napad. Nie na Targowej i nawet nie w Rejowcu Fabrycznym, lecz we wsi Lechówka pod Krasnymstawem. Jednak okoliczności przestępstwa, jak i ślady pozostawione przez sprawców, wskazywały, że napastnikami byli mordercy Stanisławy W. i Wandy C.

Tym razem ofiarą był starszy mężczyzna. 21 sierpnia do mieszkającego samotnie pod lasem Kazimierza K. wtargnęło po zmroku trzech osobników. Czwarty został na czatach przed domem. Krzyczeli, żeby oddał wszystkie pieniądze. Byli bardzo brutalni. Bili go pięściami i drewnianym kijem. Przestali, gdy napadnięty stracił przytomność. Uciekli, być może przekonani, że zatłukli go na śmierć.

Kazimierz K. jednak przeżył. Podał policji rysopisy bandytów. Byli to mężczyźni w wieku 35-40 lat. Wcześniej jedna z wersji zakładała, że sprawcy napadów i morderstw pochodzili zza Buga. Okazała się jednak błędnym tropem. Kazimierz K. nie miał wątpliwości, że został pobity i obrabowany przez rodaków.

Grupa specjalna w akcji

Komendant wojewódzki policji w Lublinie powołał w celu schwytania morderców specjalną grupę operacyjną, złożoną z najlepszych funkcjonariuszy wydziału kryminalnego i najbardziej doświadczonych techników kryminalistycznych. Po Rejowcu Fabrycznym nadal strach było chodzić, ale ludzie mieli teraz świadomość, że nie są już sami.

Uzbrojeni wywiadowcy dzień i noc penetrowali ulice miasteczka, zwracając szczególną uwagę na osławioną „złodziejówkę”. W policyjnych patrolach pomagali mieszkańcy. Dochodzeniowcy wertowali kartoteki, sprawdzali osoby karane za podobne przestępstwa. Wytypowano kilku podejrzanych, ale póki co, nie dysponowano dowodami.

Po sześciu tygodniach od zabójstwa Wandy C., na trop sprawców naprowadziło policję zeznanie świadka incognito. Wkrótce zatrzymano czterech miejscowych recydywistów: Edwarda S., Andrzeja L., Ireneusza L. i Krzysztofa P. Policja znalazła u nich m.in. książeczkę ZBoWiD-owską, skradzioną z mieszkania Stanisławy W. Prokuratura Okręgowa w Lublinie postawiła im zarzuty zabójstw Stanisławy W. i Wandy C, napadów na kobiety oraz napadu na Kazimierza K. Zostali aresztowani. Pod klucz trafiła także Krystyna W., przyjaciółka Edwarda S. Kobieta wiedziała o zbrodniach, bo wspólnicy zabierali ją na napady. Odpowiadała za to, że nie udzieliła pomocy staruszkom i nie zawiadomiła policji o morderstwach.

Poza Edwardem S. pozostali byli mieszkańcami ulicy Targowej. Ludzie mieli o nich jak najgorsze zdanie. Pijaczyny i łachudry – określili ich. Matka jednego z podejrzanych znała dobrze obie zamordowane kobiety. Ze Stanisławą W. widziała się i rozmawiała w dniu jej śmierci. Czy domyślała się udziału syna w zbrodniach?

– Nawet gdyby tak było, to kryłabym go. To moje dziecko – powiedziała w śledztwie.

Zabijali, żeby pić

Motywy, jakimi kierowali się mordercy, były szokujące, Potrzebowali pieniędzy na alkohol. Postanowili w łatwy sposób je zdobywać, napadając, torturując i zabijając mieszkające po sąsiedzku starsze osoby. Po popełnieniu zbrodni przez kilka dni „odpoczywali”, zalewając się do nieprzytomności i planując kolejne napady i morderstwa.

Hersztem grupy był Edward S. To on decydował, kiedy zrobić „skok”, który z kompanów ma bić ofiary, a który stać na czatach. Pozostali informowali go, na kogo warto napaść. Od Stanisławy W. ponoć kilka dni wcześniej kupowali wino domowej roboty i spodziewali się, że staruszka jest „kasiasta”. Edward S., dzieląc później łupy, dla siebie brał największą część. Herszta rozpoznał Kazimierz K. Zeznał, że Edward S. bił najmocniej z trójki, która go napadła. Był z nich najgorszy. Ustalono, że to on zadał najwięcej ciosów nożem Stanisławie W., a torturując Wandę C., tak mocno okładał kobietę drewnianą pałką, że aż ją złamał.

Żaden z podejrzanych nie przyznał się do winy. Andrzej L., u którego w domu znaleziono książeczkę kombatancką męża zamordowanej staruszki, chciał się wykręcić sianem, twierdząc, że podrzuciła mu ją policja. Próbował też przedstawić alibi – w czasie jednego z zabójstw przebywał rzekomo u znajomej. Nic z tego nie wyszło, kobieta bowiem zaprzeczyła.

Zabójcy odpowiadali za swoje zbrodnie przez Sądem Okręgowym w Lublinie. 22 września 2002 roku zapadły wyroki. Edward S. został skazany na dożywotnie więzienie. Andrzej L., Ireneusz L. i Krzysztof P. na kary po 25 lat pozbawienia wolności, natomiast Krystyna W. na 5 lat.

Edward S. nie posiedział długo za kratami. Morderca popełnił samobójstwo, wieszając się w celi. W kilka lat później, w więzieniu zmarł Ireneusz L. Dwóm pozostałych sprawcom, sąd trzykrotnie uchylał wyroki. Sprawa wracała do ponownego rozpoznania. To był jeden z najdłuższych procesów karnych w dziejach lubelskiego wymiaru sprawiedliwości. W 2009 roku, prawie 10 lat po zabójstwach w Rejowcu Fabrycznym, Sąd Apelacyjny w Lublinie utrzymał wyrok 25 lat więzienia dla Krzysztofa P. Natomiast do 15 lat pozbawienia wolności złagodzono karę Andrzejowi L.

 Mariusz Gadomski

Fot. Mariusz Gadomski

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*