ZABÓJCZE KONSORCJUM „GRAFA”

Grupa „Grafa” przypominała ośmiornicę. On o wszystkim wiedział i o wszystkim w grupie decydował. Dezinformował poszczególnych członków na temat działalności pozostałych, decydował i delegował konkretne osoby do zlecanych przestępstw. Najemnikami od najcięższych przestępstw byli ludzie ze Wschodu. Jedną z ich ofiar był biznesmen Piotr Głowala.

Człowiek, który wciąż nie może być osądzony w sprawie zabójstwa Piotra Głowali, kolejne lata przebywa w areszcie. Za zabójstwo „Maklerka” – jak na Głowalę mieli mówić członkowie grupy „Grafa” – nie siedzi nikt. Robert R., pseudonim „Kot”, w 2014 roku usłyszał w tej sprawie wyrok ośmiu lat pozbawienia wolności. Jednak nie za zabójstwo, lecz za uprowadzenie Głowali.

Janusz G. – pseudonim „Graf”, sprowadzony w ramach ekstradycji z RPA (dokąd uciekł w 2010 roku, gdy jakimś  cudem wyszedł z aresztu) wciąż nie może odpowiedzieć za zlecenie tego mordu, gdyż ekstradycja dotyczyła sprawy porwania Jacka S. Jako że paszportu nigdy nie miał, więc mu go nie zatrzymano. Wystąpił o ten dokument, gdy postanowił odwiedzić w Południowej Afryce Janusza L. – ps, „Biznesmenik”, swojego niedawnego kompana od biznesów, którego do dziś polska prokuratura bezskutecznie próbuje ściągnąć z zagranicy. „Graf” bez żadnych problemów dostał paszport i wyjechał do kompana, od którego próbował odzyskać zabrane mu pieniądze.

Śmierć trzebi gang

Obaj panowie są przez polski wymiar sprawiedliwości podejrzewani o zlecenie zabójstwa „Maklerka”. Dziś nie żyje wykonawca zbrodni – niejaki Sułtan S. – pseudonim „Artur”; Czeczen, który zginął w wypadku, w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Nie żyje też Andrzej L. – psedonim „Rigodonek”, który obszernie zeznawał na temat zlecenia zabójstwa, oraz samej grupy „Grafa”.

Członkowie tej grupy w ogóle jakoś nieszczęśliwie kończyli żywot. Zginął też Artur G. – ps. „Kręciłapa”. Był bliskim współpracownikiem „Grafa”, a później jego największym wrogiem. Został wysadzony w bramie kamienicy. W tajemniczych okolicznościach zginął niejaki Maciej J. – ps. „Juhas” – prawa ręka „Grafa”. „Juhas” zajmował się rozwiązaniami siłowymi i narkotykami. Zaginął w 2007 roku, i po jakimś czasie w stanie szczątkowym został odnaleziony w jakimś przydrożnym rowie.

Kręciłapa” był dobrze zbudowany, umiał się bić. Wszedł w ostry konflikt z „Grafem”. Wiadomo było, że albo on odpali „Grafa”, albo „Graf” jego. Pierwszy był „Graf” – podejrzewa Roman O., pseudonim „Sproket”, były gangster związany m.in. z grupą pruszkowską.

Ładunek umieszczono w skrzynce elektrycznej znajdującej się w bramie; zdetonowano go w momencie, kiedy „Kręciłapa” wszedł w tę bramę. Podobnie skończył niejaki „Zwierz”, także bliski współpracownik „Grafa”. „Zwierza” odpalono, gdy szedł ze swoją córką. Tak w każdym razie relacjonował jeszcze za życia „Rigodonek”, potwierdzając jednocześnie wersję „Sproketa” o tym, że na mieście huczało o załatwieniu „Kręciłapy” przez Janusza G.

Zginął jeszcze mężczyzna o pseudonimie „Czeczen” (Robert R.), który został zastrzelony na siłowni. Za żadne z tych zabójstw „Graf” nigdy nie został postawiony w stan oskarżenia.

Okrutny człowiek

Janusz G. ps. „Graf”, na początku lat 90. był członkiem grupy pruszkowskiej. Najbliżej było mu do Andrzeja Z. – „Słowika”, Leszka D. oraz Andrzeja K. – „Pershing”, co świadczyło o jego wysokiej pozycji w tej grupie.

Po śmierci „Pershinga” zawarł bliższą znajomość ze „starymi praskimi” – Henrykiem N. „Wariatem” i Andrzejem G. „Nerwowym”. Do coraz mocniej cementującej się grupy płynęli szerokim strumieniem ci „pruszkowscy”, którym nie po drodze było ze „starymi” – „Wańką, „Parasolem” „Słowikiem”, czy „Malizną”.

„Grafa”, jak zresztą wszystkich „pruszkowskich” w początkach lat 90., zajmował handel spirytusem i napady na TIR-y. Potem specjalizował się w paliwach i przewałkach na nich. W grupie obowiązywały ogólne zasady dyscypliny – tę egzekwował „Graf”, a jego „firma” przypominała konsorcjum lub – jak zapisała prokuratura w akcie oskarżenia – ośmiornicę.

– „Graf” to był okrutny człowiek, dla którego liczyły się tylko pieniądze – mówił o swoim szefie Adam J., przez 12 lat członek grupy „Grafa”. Na mieście rozpuszczał wieści, że jest jakoby nieślubnym synem „Grafa”, a ten odwdzięczał mu się, określając go „Pojebem”. Inni też nie mieli o „Grafie” najlepszego zdania – choć mówiło się o tym, że jest równy „Korkowi”, to miał być butny i gburowaty.

– To był typowy przestępca latający w dresie i ważący 120-130 kilogramów – dodał Adam J. Jednak gdy „Graf” skręcił w stronę biznesu, to zmienił się jego wizerunek. Przestał przeklinać, dres zastąpił eleganckim garniturem.

Wzbudzał respekt

Po rozbiciu grupy pruszkowskiej to właśnie grupa „Grafa” miała największe notowania na przestępczym rynku. „Graf” był szanowany i każdy „na mieście” odczuwał przed nim respekt. Janusz G. stworzył wokół siebie dobrze prosperującą, silną ekipę, w której ważnymi postaciami byli: Robert R. ps. „Kot” czy Andrzej L. ps. „Rigodonek” vel. „Rygus”. Im podlegali bezpośrednio: Adam J. ps. „Pojeb”, Maciej J. ps. „Juhas, Artur K. ps. „Drzewko” (skazany w 2004 roku za uduszenie swojej dziewczyny), „Filo”, „Jogi”, „Fergi”, „Chamuś” i „Kruk”, a po czasie także „Sproket”.

Robert R. był bezpośrednio podległy Grafowi, działał jako jego przyjaciel. „Rigodonek” był na tym samym poziomie hierarchii, co „Kot”.

-„Kota” poznałem pod koniec lat 90. Był synem kantorowca, jego ojciec zarabiał bardzo poważne pieniądze. Był wówczas znany jako „Sponsor”. Miał kasę z handlu walutami, ale też z narkotyków. Był współwłaścicielem „Czarnego Kota”, gdzie „Graf” miał wesele z Anną G. – opowiada „Sproket”. Pozycja Roberta R. zaczęła bardzo szybko rosnąć; z chłopaka, z którym nikt się nie liczył – haraczował np. firmy związane z automatami do gier losowych – stał się ważny. Zaczął dokonywać coraz cięższych przestępstw. Na zlecenie „Grafa” byłby w stanie dokonać przestępstw najcięższych. Dysponował wyspecjalizowanymi Czeczenami i Ormianami (zwani „czarnymi” lub „przykurzonymi”) od „mokrej roboty”. Jeden z nich, Sułtan S. ps. „Artur”, uznany został przez prokuraturę za jednego z wykonawców zabójstwa Głowali. Drugiego do dziś nie ustalono.

fot 2 (2)

Jesienią 2000 roku – w trakcie największych przetasowań na mieście („Masa” idzie wówczas na współpracę z prokuraturą) – „Graf” i Robert R. byli już ze sobą bardzo blisko, do tego stopnia, że „Kot” zwykł „Grafa” nazywać „Dziadzią” – czego sam „Graf” nie cierpiał. Przełom tysiącleci, to były częste porwania handlarzy na Stadionie X-lecia. Typowano tam co bogatszych, np. Czeczenów. W tamtym czasie Robert widywany był często w towarzystwie „Maksa”. Robert miał nawet legalne pozwolenie na broń, więc zawsze jeździł „podkuty”.

Robert z „Juhasem” byli kiedyś kontrolowani przez policję; to byli policjanci operacyjni, więc chłopaki myśleli, że mają do czynienia z konkurencyjną grupą. Robert wyjął broń, o mało nie doszło do strzelaniny. Oczywiście zostali zatrzymany, i po tej akcji odebrano mu pozwolenie na broń – opowiada Roman O. ps. „Sproket”.

Adam J. określał „Kota” mianem najniebezpieczniejszego zabójcy w Warszawie, a nawet w całej Polsce: – On zlecił zabójstwo „Buły” – przekonywał prokuraturę.

Gangster z krwi i kości

Z kolei Andrzej L. ps. „Rigodonek” zaczynał od samochodów. Jeszcze jako chłopak kradł radia samochodowe, potem przyszły tzw. „wykupki”, przebijał blachy, wywoził auta za wschodnią granicę, jeździł na TIR-y (zatrzymywał je metodą na policjanta). Był dość dobrze zorganizowany, odważny, sprawny, szybko podejmował decyzję – był gangsterem z krwi i kości, choć wzrostu raczej nie można było mu pozazdrościć.

– Trzymał ciśnienie, jak się mówi w świecie przestępczym – dodaje „Sproket”.

Początkowo „Rigodonek” działał m.in. z synem „Malizny”, ale gdy poszedł siedzieć, ani „Malizna” senior, ani junior mu nie pomagali. Zatem po wyjściu na wolność dołączył do „Grafa”.

– Grupa „Grafa” przypominała ośmiornicę. On w grupie o wszystkim wiedział i o wszystkim decydował – zeznawał Andrzej L. Dezinformował poszczególnych członków na temat działalności pozostałych, decydował i delegował konkretne osoby do zlecanych przestępstw –  twierdził „Rigodonek”.

Wiedziało się tylko o tych przestępstwach, w których brało się bezpośrednio udział. No chyba, że ktoś chlapnął o swojej akcji. Członkowie grupy pieniądze brali tylko za przestępstwa, w których uczestniczyli – wspólnej kasy nie było. Najemnikami od najcięższych przestępstw byli ludzie ze Wschodu. Co ciekawe, „Graf” miał dobre kontakty z gangami; ożarowskim, wołomińskim, mokotowskim – zero konfliktów. Był negocjatorem, który łagodził wszelkie spory na mieście.

– Był generałem, a my jego kapitanami – podawał do protokołu „Rigodonek”.

Andrzej L. był jednym z najważniejszych świadków w sprawie grupy „Grafa”. Został świadkiem koronnym, po czasie status ten został mu odebrany, i ponownie trafił do więzienia.

Śmierć świadka

„Rigodonek” rzekomo powiesił się w celi 29 września 2009 roku.

Nie wierzę w jego samobójstwo. W 2009 roku, w momencie drugiego zatrzymania „Rigodonek” trafił do więzienia mokotowskiego. Dla świata przestępczego był „rozjebusem”. Wszyscy wiedzieli, że poszedł na współpracę. W związku z czym z okien cel słychać było krzyki typu: „Jebać kurwę Rigodonka”, „jebać rozjebusa” itd. Jest to tzw. „jazda”, gdyż ludzie grypsujący dojeżdżają współpracującym z organami ścigania. Siedziałem wówczas na „enkach” razem z „Grafem”, który, co oczywiste, także dołączył się do tej „jazdy” – wspomina „Sproket”.

Pawilon „N” („enka” – czyli oddział dla niebezpiecznych więźniów) stoi w samym środku więzienia mokotowskiego – jest niejako otoczony więziennymi oknami. W związku z czym wszystko jest na „enkach” doskonale słyszalne.

500 osób darło się z okien, a ten im odpowiadał butnie i arogancko. Brał to wszystko na klatę, pokazując, że decyzji o byciu koronnym nie żałuje. Taki dał sygnał. Tak nie zachowuje się osoba, która ma depresję. „Rigodonek” miał niepełnosprawnego syna. On nigdy w życiu tego dziecka by nie zostawił. To był „chłopak z jednego kawałka” – miał sztywny charakter, nie mógł mieć depresji! Tymczasem jakiś czas później dowiadujemy się, że popełnił samobójstwo, wieszając się na ręczniku przywiązanym do łóżka – mówi „Sproket”.

Jego współwięzień z celi niczego nie widział i nie słyszał.

Zastanawiające jest, dlaczego „Rigodonek”, jako były koronny, nie został osadzony na „enkach”? Byli świadkowie koronni trafiają tam niejako z automatu. W każdym miejscu na „enkach” – w korytarzach, w celach, nawet w kąciku sanitarnym – są kamery. To jest miejsce, gdzie osoby osadzone podlegają szczególnej ochronie, bądź izolacji. Jakim cudem znalazł się na oddziale, na którym nie było kamer?

Także Konrad B. ps. „Caro” jest przekonany o tym, że „Rigodonek” nie popełnił samobójstwa. Zeznawał nawet, że było to zabójstwo.

Przewałki na paliwach

Ludzie, którzy chcieli „wejść do Warszawy” mogli liczyć na pośrednictwo „Grafa” w prowadzeniu swoich biznesów. Zwłaszcza ci od paliw. Na paliwach można było zarabiać na kilka sposobów.

Ta branża, podobnie jak agencje towarzyskie, czy alkohol, zawsze była na pograniczu świata przestępczego i biznesu – wspomina „Sproket”. – Firmy te prowadzą swoje biznesy w sposób nie do końca transparentny – mówi.

Opłacalne było np. sprowadzanie oleju opałowego choćby z Litwy i sprzedawanie go (po odbarwieniu) jako oleju napędowego, co robiło gigantyczną różnicę w cenie. „Graf” specjalizował się głównie w haraczowaniu właśnie tych, którzy zajmowali się tego rodzaju „uszlachetnianiem”, a następnie dystrybucją oleju napędowego. Do odbioru wierzytelności paliwowych miał swojego zaufanego człowieka, Andrzeja L. „Rigodonka”. Było niewiele uczciwych firm paliwowych. Większość popełniała przestępstwa, więc nie mogły zgłosić przestępstwa haraczu.

Jedną z takich sytuacji było wyłudzenie na stacji paliw w Olsztynie. „Rigodonek” do „tematu” zaprosił: „Nowego”, „Kuzyna”, „Chamusia” i „Sproketa”. Wyłudzenie miało nastąpić od Jacka – mężczyzny specjalizującego się w obrocie nielegalnymi paliwami. Stacja w Olsztynie należała z kolei do znajomego „Nowego”. Na tejże stacji można było bowiem bezpiecznie rozdysponować skradzione paliwo.

W umówionym dniu wszyscy „skrzyknięci” do akcji podjechali samochodami na olsztyńską stację paliw. Tam „Chamuś” – wbrew ksywie charakteryzował się przyjemnym wyglądem – miał wzbudzić zaufanie i zaprosić do swojego samochodu kierowcę cysterny, pod pretekstem rozliczenia. W środku kierowcą miał się zająć „Rigodonek”. Pech chciał, że wraz z kierowcą przyjechał właściciel paliwa z ochroniarzem. To jednak w żaden sposób nie wpłynęło na zmianę planów. Reszta przestępczego „składu” zajęła się odpowiednim sterroryzowaniem mężczyzn, obtłukli ich i doinformowali, że za żadne paliwo kasy nie mają zamiaru płacić. Za 30 tysięcy litrów paliwa, odpowiednio przelanego do dołów, wzięli kwotę 100 tysięcy złotych. „Graf” z każdej akcji brał połowę tak uzyskanego dochodu.

Na początku tego wieku pobieranie haraczu wpisane było w koszta prowadzenia biznesu paliwowego  – było to wręcz oczywiste. W zależności od wielkości firmy – od kilkunastu do 150 tysięcy dolarów miesięcznie. „Rigodonek” wraz z „Kotem” byli wykonawcami tego procederu dla „Grafa”. W głównej mierze haraczowali stacje sprzedające takie właśnie paliwo, z czasem zaczęli je także sami wytwarzać.

Paliwa to główna siła napędowa grupy „Grafa”. Ta jednak zajmowała się także ściąganiem wierzytelności z agencji towarzyskich – tę „działkę” obsługiwał niejaki „Tosiek”. Także narkotyki przynosiły grupie stały dochód, a najwięcej kasy robił na nich (dla „Grafa”) niejaki „Kruk” – najbardziej produktywny diler. Podlegał bezpośrednio pod „Juhasa” i „Rigodonka”. „Kot” przejął z kolei dawną grupę Jerzego W. ps. „Żaba” – pruszkowskiego gangstera zajmującego się narkotykami. W tym segmencie biznesowym ważną postacią był także „Kręciłapa”, który konflikt z „Grafem” przypłacić miał życiem.

Z początkiem lat 2000 „Graf” zaczął dostrzegać możliwość częściowego zalegalizowania biznesu.

„Legalizacja” biznesu

– Celem „Masy” byli tzw. „starzy”, ci którzy byli jego faktycznymi wrogami – mówi „Sproket” Dziś „Masa” dopisuje do tego nowe spojrzenie i wskazuje na umowę z prokuraturą. „Masa” miał prokuraturze dać tych najważniejszych, więc „Grafa” zostawił. Zatem „Graf” – po zamknięciu „Pruszkowa” – rozwijał swoją działalność nietknięty. W jego sprawie przewijają się zeznania osób, które jasno wskazują na jego daleko posuniętą bezkarność – po pierwsze miał mieć dobre kontakty z policją, po drugie z politykami. Z tymi z lewej strony politycznej.

Krok ku legalnym biznesom wykonać miał za pośrednictwem braci P.Mariusza (zwanego Markiem) i Wojtka (w swoim czasie współpracował z „pruszkowskimi”). Bracia kupowali po zaniżonych cenach nieruchomości, m.in. na Pradze i Saskiej Kępie – wszystko w oparciu o korupcję miejskich urzędników.  Następnie na horyzoncie pojawił się biznesmen większego kalibru – Janusz L. – znany jako „Biznesmenik” – były szef XIV Narodowego Funduszu Inwestycyjnego. W tym też czasie „Graf” postanowił wymusić na Mariuszu P. jego udziały w firmie „Mardex”.

– „Graf” mówił, że zna każdy mój krok, że jestem śledzony – mówił w śledztwie Mariusz P. – Pod dom podjeżdżali różni ludzie, łyse łebki; sugerowali, żebym wszystko pozałatwiał jak należy, że mam rodzinę, chyba wciąż zdrową?

Któregoś dnia miał do niego zadzwonić „Graf” i odezwać się słowami: – Ty ku…, jak nie przepiszesz tych udziałów, to ci łeb upierdolę, jak tylko wyjdziesz z domu na chodnik.

Odcięta głowa

Piotra Głowalę znaleziono z prawie odciętą głową, na ścieżce w miejscowości Brzeście, 27 maja 2004 roku. Usytuowanie zwłok w miejscu widocznym, a nie np. w krzakach, oraz rany głowy sugerowały, że do zabójstwa użyto maczety, było to jasnym sygnałem, jaką pozycję ma zleceniodawca tego zabójstwa. I kogo ma za swoimi plecami. W świecie bojówek czeczeńskich odcięcie głowy jest znakiem, że martwy okazał się zdrajcą. W protokole oględzin zwłok zapisano: „rozległa rana rąbana głowy, połączona z przecięciem lewej półkuli mózgu i odcięciem kawałka półkuli lewej móżdżku. Prawdopodobne narzędzia: tasak, maczeta, koloburda, bądź siekiera…”.

 

W skrócie przypominając sprawę tego głośnego zabójstwa – „Maklerek” miał dysponować dokumentami, które wprost oskarżały Janusza L. o pranie brudnych pieniędzy (wyprowadzał pieniądze z Narodowego Funduszu Inwestycyjnego). Głowala szantażował nimi gangstera w imieniu innego biznesmena – Grzegorza W. (były prezes PZU), któremu Janusz L. miał być winien 250 000 dolarów. Głowala nachodził tego ostatniego, jako „reprezentant” Grzegorza W. Zatem „Biznesmenik” zlecił  – wedle zeznań „Rigodonka” – dotkliwe pobicie Piotra Głowali.

– Być może czarnych poniosło – miał stwierdzić Robert R. ps. „Kot”. To miało przemawiać za wersją, że Głowala miał być spektakularnie pobity, nie zaś zamordowany. Inna wersja (prezentowana przez wówczas świadka koronnego Andrzeja L.) zakłada, że dzięki temu zabójstwu „Graf” miał mieć w garści Janusza L. Ten przesłuchiwany oświadczył: „Grzegorz W. to mitoman. Związał się ze światem przestępczym. Wymyśla takie zobowiązania. Ma wyuzdane roszczenia wobec wielu osób”. Założył przeciwko Grzegorzowi W. prywatny akt oskarżenia o pomówienie

Janusz L. miał być dla „Grafa” przepustką z życia przestępczego do legalnego, istną wygraną w „lotka”. Janusz L. działał biznesowo, a „Graf” miał mu dawać daleko idącą pomoc, był swoistym „mieczem i tarczą”.

Układ „Grafa” z Januszem L. mieli chronić oficerowie WSI zamieszani w spekulacje giełdowe. Rzekomo usiłowali oni przeszkadzać policji w prowadzeniu śledztwa w sprawie interesów Głowali.

Niewinny gangster

„Graf” zaliczył dość długą odsiadkę. Zatrzymany do sprawy zabójstwa Głowali w 2005 roku, wyszedł na leczenie kręgosłupa i niedowładu nóg w 2012 roku. Przez ten czas słał błagalne listy do sądu o zamianę środka zapobiegawczego na łagodniejszy, podkreślając, że; „jako człowiek niewinny, w warunkach tej izolacji nauczyłem się, że podłość ludzka nie zna granic”. I że liczy na sprawiedliwy wyrok w swojej sprawie, że ma nadzieję, iż „te bandziory, które mnie pomawiają zostaną ukarani”.

Konsekwentnie zaprzecza, jakoby stał na czele jakiejś grupy przestępczej; a biznesy jego były legalne. Zaś aresztowanie rozwinęło u niego chorobę, i doprowadziło do rozkradzenia jego majątku m.in. przez Janusza L. „Biznesmenika”, którego następnie odwiedził w RPA, gdy już sąd przychylił się do prośby i zwolnił „Grafa” z wieloletniego aresztu.

Na jednej z pierwszych rozpraw mówił: Cała sprawa zaczęła się od aresztowania Adama J. – oszusta, złodzieja, gwałciciela i wielokrotnego przestępcy. Jest to patologiczny kłamca. Andrzeja L. traktowałem jako zwykłego znajomego. A według policjantów, z którymi się zetknąłem, był jednym z największych bandytów w Polsce.

Dziś „Graf” odsiaduje czteroletni wyrok za zlecenie porwania Jacka S. Wyrok usłyszał w 2015 roku. Wcześniej jego sprawa została wyłączona z tej, w której sądzono m.in. Roberta R. za zabójstwo Głowali. Dziś ta zbrodnia nadal pozostaje niewyjaśniona i nie jest osądzona. Zaś większość członków grupy „Grafa” nie żyje, a część odsiaduje wysokie wyroki.

Gabriela Jatkowska

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*