LALECZKA OD PEDOFILA

Mirosław S. zamknięty w ośrodku w Gostyninie dla szczególnie niebezpiecznych przestępców otrzymał, za pośrednictwem pracowników domu dziecka „Młody Las” w Toruniu, dane przebywającej tam ośmiolatki. Zaczął słać do niej kartki z życzeniami i paczki. Chciał przepisać na nią swoją polisę na życie.

Skandal wybuchł na początku czerwca tego roku, kiedy do lokalnych mediów trafił mail w tej sprawie. Wynikało z niego, że to sam Mirosław S. po prostu zadzwonił z ośrodka w Gostyninie do „Młodego Lasu” w Toruniu oferując przepisanie swojej polisy ubezpieczeniowej na jakieś dziecko. Telefon odebrała pracownica z wieloletnim stażem. Ani przy pierwszej rozmowie, ani przy kolejnych nie zareagowała negatywnie na termin „Gostynin”.

– Dzwonią do nas setki darczyńców. Pracownica kierowała się dobrą wolą, nie skojarzyła Gostynina, ale powinno się jej zapalić czerwone światło. Choćby po rozmowie z agentem ubezpieczeniowym Mirosława S., który wyraźnie zaznaczył, że ofiarodawca przebywa w ośrodku w Gostyninie. Natomiast pracownica zajmująca się tą sprawą nie musiała zgłaszać dyrekcji faktu, że ktoś chce obdarować wychowanka polisą ubezpieczeniową – mówi Anna Czeczko-Durlak, dyrektor Centrum Placówek-Opiekuńczo-Wychowawczych „Młody Las” w Toruniu”.

Jak Mirosław S. tłumaczył fakt, że chce obdarować polisą jakieś dziecko właśnie z Młodego Lasu w Toruniu? Mieszkał w Toruniu. Uczęszczał do szkoły specjalnej. Miał ojca alkoholika. Często cierpiał głód. Łowił więc ryby w rozlewisku nieopodal domu dziecka. Spotykał tutaj jego wychowanków, którzy go dokarmiali. Teraz chciałby się odwdzięczyć.

Lato było bardzo ładne

Z naszych informacji wynika, że Mirosław S. mieszkał rzeczywiście kiedyś w Toruniu. A do Gostynina zaprowadziła go okrutna zbrodnia, której ofiarą była 10-letnia dziewczynka. Została zamordowana w sierpniu 1990 roku we wsi Krzeszna.

To letniskowa miejscowość, położona w samym sercu Kaszub, dokładnie w gminie Stężyca, w powiecie kartuskim. W tamtych czasach tutejsze jeziora (Krzeszna leży u zbiegu Ostrzyckiego i Potulskiego) dosłownie oblepione były wypoczynkowymi ośrodkami zakładowymi. Swoje letnie bazy miały tu m.in. zakłady rybne, mięsne, kolejowe i stocznia.

– Do jednego z takich ośrodków przyjechali też ci rodzice z dziesięcioletnią dziewczynką – wspomina emerytowany policjant z tej gminy, do którego udało nam się dotrzeć. – Pamiętam, że lato 1990 roku było całkiem ładne. W tamte dni bardzo dużo dzieciaków praktycznie nie wychodziło z jeziora. Rodzice spokojnie puszczali je w miejsca, gdzie była mielizna. Ta dziewczynka też tam się bawiła…

Mirosław S., wówczas koło trzydziestki, podpłynął do bawiących się dzieci łódką. Był w samych kąpielówkach. Zapraszał dzieci na łódź, ale chętnych nie było. W końcu zgodziła się ta jedna dziewczynka. Zrobiła to mimo protestów młodszej, 6-letniej towarzyszki zabaw, która przypominała jej, że „miała już wracać do domu, rodzice kazali”.

Mirosław S. z dzieckiem wypłynął z Jeziora Potulskiego w kierunku Jeziora Ostrzyckiego. Akweny ta łączy „rzeczka”, jak mówili miejscowi. Przepłynęli ją spokojnie, dobili do brzegu i tutaj mężczyzna wysadził 10-latkę. Tak, jak jej obiecał – stąd miała już bliżej do kwatery.

– Mała ubrana była tylko w strój kąpielowy. Weszła już między szuwary, a on najpewniej odprowadzał ją wzrokiem. Jakiś impuls kazał mu z tej łodzi zejść i pobiec za dziewczynką. Udusił ją i zaciągnął do łodzi – relacjonuje emerytowany policjant  – Potem zgwałcił ją kilka razy, już jako nieżywą. Z tego, co pamiętam, przyznał się do zgwałcenia jej jeszcze nazajutrz.

Zakrwawiony ręcznik

Rodzice 10-latki zaalarmowali miejscowy komisariat o zaginięciu córki, gdy dziecko nie wróciło na noc. Aby pomóc miejscowym policjantom w poszukiwaniach, do Krzeszny przyjechały posiłki z komendy wojewódzkiej.

– Bardzo pomogła nam wtedy ta sześcioletnia dziewczynka, która widziała, jak dziesięciolatka wsiadała z Mirosławem S. do łodzi. Potrafiła go opisać, nawet jego kąpielówki. Szukaliśmy jego i żywej lub martwej dziewczynki – wspomina emerytowany policjant.

Nasz rozmówca nie pamięta, czy Mirosław S. był w Krzesznej na wakacjach, czy też tam pracował. Z dokumentów wynika, że miejscem zbrodni był Ośrodek Wypoczynkowy Kolejowych Zakładów Usługowych w Krzesznej.

– Pamiętam, że dotarliśmy do podejrzanego, to miał u siebie zakrwawiony ręcznik. Tłumaczył, że to po goleniu okolic krocza. Faktycznie, zgolił się do ostatniego kłaczka. Ale to po to, aby zatrzeć ślady. Wiedział dokładnie, co robi – relacjonuje policjant – A krew na ręczniku, jak się później okazało, była krwią tej dziewczynki.

Mirosław S. w obecności śledczych przyznał się do zbrodni. Do szyi ofiary przywiązał kawał metalu (prawdopodobnie był to kawałek szyny), a potem zwłoki wrzucił do jeziora.

– Ale wypłynęły. Znaleźliśmy je. Pamiętam, jak przyjechał prokurator – wspomina nasz rozmówca.
Nie zapomni tego widoku i tego, że Mirosław S. miał u siebie pisemka pornograficzne. Każdej kobiecie wydłubał krocze. Agresywnie, z impetem. Scyzorykiem albo cyrklem jakimś.

– No, normalne to  nie było – komentuje nasz rozmówca.

Akt oskarżenia przeciwko Mirosławowi S. kierowała do sądu Prokuratura Rejonowa w Kartuzach. Proces toczył się przed ówczesnym Sądem Wojewódzkim w Gdańsku.  Oskarżycielem posiłkowym był ojciec 10-letniej ofiary.

– 12 grudnia 1991 roku Mirosław S. skazany został na karę śmierci. Karą dodatkową było

pozbawienia praw publicznych na zawsze – informuje sędzia Tomasz Adamski, rzecznik

prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Gdańsku.

Od tego wyroku jednak 20 marca 1992  roku rewizję wniósł obrońca oskarżonego.

– Na rozprawie rewizyjnej sytuacja przedstawiała się następująco. Obrońca poparł rewizję, prokurator wnosił o wymierzenie kary 25 lat pozbawienia wolności, a oskarżyciel posiłkowy o utrzymanie wyroku w mocy. Sam oskarżony natomiast prosił o danie mu szansy – relacjonuje sędzia Tomasz Adamski.

W wyniku rewizji Sąd Apelacyjny w Gdańsku wyrokiem z 27 maja 1992 roku zmienił wyrok i skazał Mirosława S. na karę 25 lat wiezienia. Dożywocia wówczas nie było. Sąd orzekł też pozbawienie go praw publicznych na 10 lat.

Mirosław S. trafił do ośrodka w Gostyninie tuż po tym, jak skończył odbywać karę 25 lat więzienia. W placówce umieszczono go na podstawie tzw. ustawy o bestiach.

– 23 kwietnia 2015 roku (pod koniec odbywania kary – przyp. red.), po zapoznaniu się z opiniami biegłych, Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał mężczyznę za osobę stwarzającą zagrożenie. Dlatego umieszczono go w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie – wyjaśnia sędzia Adamski.

Laleczka jak Barbie

Dyrekcja „Młodego Lasu” zaprzecza, aby dane osobowe wychowanki przekazano bezpośrednio Mirosławowi S. do Gostynina. Trafić miały one tylko do jego agenta ubezpieczeniowego. Tak, czy inaczej, w kwietniu tego roku do „Młodego Lasu” w Toruniu przyszła karta na urodziny 8-latki. Od wujka z Gostynina.

Dyrekcja Młodego Lasu zaprzecza również, aby ona i dwie paczki z Gostynina trafiły w ręce dziewczynki. Zresztą, tylko pierwsza z nich została rozpakowana. Była w niej laleczka przypominająca Barbie. Trafiła do piwnicy. Drugiej paczki nawet nie rozpakowano.

Obie paczki od „sponsora” dom dziecka odesłał do Gostynina. Nastąpiło to jednak dopiero pod koniec maja. Dlaczego akurat wtedy?

Na 24 maja 2017 roku datowane jest pismo z Biura Rzecznika Praw Dziecka do „Młodego Lasu”. W nim prośba o wyjaśnienia. Takich dyrekcja dokonała w liście z 14 czerwca.

Na 29 maja 2017 roku natomiast datowane jest pismo dyrektorki „Młodego Lasu” do Mirosława S. Napisała w nim, że „niedawno dowiedziała się o nawiązaniu kontaktu z pracownikiem Centrum, którym kieruje”. I że ukrył fakt bycia pacjentem KOZZD.
„Zawiadamiam pana, że rezygnujemy z pomocy w postaci polisy, a także zabraniam panu kontaktów z placówką w jakiejkolwiek formie. Odsyłam też dostarczone do placówki przesyłki” – napisała do darczyńcy z Gostynina dyrektorka.

Toruński dom dziecka  „Młody Las” to  prosto z ośrodka w Gostyninie zadzwonił Mirosław S. / fot.  Waldemar Piórkowski
Toruński dom dziecka „Młody Las” to prosto z ośrodka w Gostyninie zadzwonił Mirosław S. / fot. Waldemar Piórkowski

Pracownica, która z Mirosławem S. podjęła rozmowy, została ukarana upomnieniem. Urząd Miasta Torunia w porozumieniu z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie, który bezpośrednio nadzoruje dom dziecka, zarządził w nim kontrolę. Dyrekcja zobowiązana została do przeszkolenia pracowników w zakresie udostępniania danych osobowych dzieci. Ma też opracować procedury postępowania z darczyńcami.

Prawo do kontaktu

Co na to wszystko ośrodek w Gostyninie?

„Uprzejmie informuję, że KOZZD jest podmiotem leczniczym i dlatego nie obowiązują tutaj zasady organizacyjne odpowiednie dla zakładu karnego. Osoby posiadają status pacjenta mają prawo do kontaktu telefonicznego i korespondencyjnego z innymi. Ustawa z 22 listopada 2013 roku o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej nie daje personelowi możliwości ani uprawnień do cenzurowania rozmów telefonicznych oraz korespondencji. Nasi pacjenci nie mają dostępu do Internetu” – napisał Ryszard Wardeński, dyrektor KOZZD w Gostyninie.

Mimo wszystko, dyrekcja ośrodka wiedziała, że kontakt Mirosława S. z domem dziecka nie jest dobry. Jak podkreśla w piśmie dyrektor Ryszard Wardeński, to KOZZD zawiadomił Rzecznika Praw Dziecka, kiedy „powzięto informację o kontakcie pacjenta z nieletnią”.

Waldemar Piórkowski

współpraca Małgorzata Oberlan

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*